Выбрать главу

— Wiem — odparł Jonas. Nigdy nie słyszałem u niego równie obojętnego tonu.

— Czyżbyś znał rozwiązanie tej zagadki?

Nie odpowiedział. Przez długi czas siedzieliśmy w milczeniu — ja z brązową książką w dłoni, tak bardzo przypominającą mi Theclę i wszystkie wieczory, jakie razem spędziliśmy, on oparty plecami o zimną ścianę, z rękami — tą z krwi i kości, i tą z metalu — leżącymi bezwładnie na podłodze jak zapomniane przedmioty.

Milczenie przerwał cichy, cieniutki głosik:

— To chyba bardzo stara historia.

Tak bardzo martwiłem się o przyjaciela, że poczułem gniew na dziewczynkę za to, że ośmieliła się odezwać, ale nie zdążyłem nic powiedzieć, bo Jonas wymamrotał:

— Tak, to rzeczywiście bardzo stara historia. Jej bohater zapowiedział swojemu ojcu, królowi, że jeśli wyprawa zakończy się niepowodzeniem, to wróci do Aten pod czarnymi żaglami.

Nie jestem pewien, co miała oznaczać ta uwaga; całkiem możliwe, że mój przyjaciel majaczył, ale ponieważ były to jedne z ostatnich słów, jakie od niego usłyszałem, uznałem za stosowne przytoczyć je tutaj, podobnie jak powtórzyłem całą opowieść, która je poprzedziła i sprowokowała.

Próbowaliśmy we dwójkę nakłonić go, aby powiedział coś jeszcze, on jednak uparcie milczał, więc w końcu daliśmy mu spokój. Pozostałą część dnia spędziłem siedząc przy nim, a kiedy po mniej więcej jednej wachcie dołączył do nas Hethor (zapewne nie starczyło mu konceptu, aby dłużej zabawiać więźniów swymi opowieściami), poprosiłem Lomera i Nicarete, aby wyznaczyli mu miejsce po przeciwnej stronie pomieszczenia.

* * *

Cokolwiek byśmy twierdzili, każdemu z nas zdarza się mieć kłopoty ze snem. Niektórzy prawie wcale nie śpią, innych dręczą nocne koszmary, jeszcze innych — niestety, najmniej licznych — nawiedzają rozkoszne senne marzenia. Są też tacy, którzy kiedyś doświadczali dużych trudności przy zaśnięciu, lecz teraz już się z tego wyleczyli — jakby życie na jawie było jakąś chorobą, czego zresztą nie można do końca wykluczyć.

W moim przypadku sprawa przedstawia się w taki sposób, że zazwyczaj nie zapamiętuję snów (choć miewam je od czasu do czasu, o czym czytelnik, który dotarł do tego miejsca mojej opowieści, zdążył się już wielokrotnie przekonać), i rzadko kiedy budzę się przed świtem. Jednak tej nocy mój sen tak bardzo różnił się od tego wszystkiego, do czego zdążyłem się już przyzwyczaić, że zastanawiam się, czy w ogóle powinienem nazwać go snem. Możliwe, iż był to jakiś zupełnie inny stan, tylko udający sen — coś takiego jak alzabo, które po pożarciu człowieka próbuje się do niego upodobnić.

Jeżeli zjawisko to zostało spowodowane naturalnymi przyczynami, to przypisuję je połączonemu działaniu wyjątkowo niefortunnych okoliczności. Ja, który od małego przywykłem do ciężkiej pracy i aktywnego trybu życia, przez cały dzień byłem pozbawiony jakiegokolwiek ruchu. Opowieść z brązowej książki pobudziła moją wyobraźnię, na co nałożyły się jeszcze wspomnienia o Thecli wywołane widokiem samej książki oraz świadomość, że przebywam w murach Domu Absolutu, o którym tak wiele od niej słyszałem. Chyba jednak najważniejszy był niepokój o Jonasa, a także przeczucie (narastające we mnie przez cały dzień), że osiągnąłem już cel mojej wędrówki, że nigdy nie dotrę do Thraxu, nie odnajdę Dorcas, nie zwrócę Pazura ani nawet nie zdołam się go pozbyć, że Prastwórca, któremu służył pierwszy właściciel klejnotu, postanowił, iż powinienem umrzeć w taki sam sposób jak więźniowie, umierający na moich oczach w celach Wieży Matachina.

Spałem — o ile w ogóle można nazwać to snem — tylko krótką chwilę. Nagle poczułem, że spadam, i moimi kończynami szarpnął gwałtowny skurcz — odruchowa reakcja ofiary zepchniętej w przepaść. Usiadłem raptownie i otworzyłem oczy, ale ujrzałem tylko nieprzeniknioną ciemność. Słyszałem oddech Jonasa, a wyciągnąwszy rękę przekonałem się, że nadal siedzi oparty o ścianę, tak jak go zostawiłem. Położyłem się więc i ponownie zasnąłem, a raczej próbowałem zasnąć, lecz ogarnął mnie tylko ów niezwykły stan, który nie jest ani snem, ani jawą. Do tej pory przebywanie w nim sprawiało mi nawet przyjemność, ale nie tym razem. Zdawałem sobie sprawę, że potrzebuję snu, a jednocześnie wiedziałem, że nie śpię, choć z pewnością nie byłem do końca świadom tego, co się wokół mnie dzieje. Słyszałem przytłumione głosy dobiegające z dziedzińca, przeczuwając, że lada chwila odezwą się dzwony w naszej kaplicy i wstanie nowy dzień. Ponownie szarpnąłem się gwałtownie i usiadłem.

Przez chwilę wydawało mi się, że dostrzegam blask zielonego ognia, ale było to tylko złudzenie. Leżałem otulony płaszczem. Odrzuciłem go teraz, a jednocześnie przypomniałem sobie, że znajduję się w przedpokoju Domu Absolutu i że gospoda w Saltus jest daleko stąd, mimo iż Jonas nadal leży obok mnie ze zdrową ręką podłożoną pod głowę. W ciemności dostrzegłem błysk jego oka, choć oddychał jak człowiek pogrążony we śnie. Mnie samemu chciało się spać tak bardzo, że nawet nie próbowałem się do niego odezwać, a poza tym miałem przeczucie, że i tak mi nie odpowie.

Zająwszy z powrotem miejsce na posłaniu dałem się ogarnąć irytacji spowodowanej niemożnością zaśnięcia. Policzyłem w myślach stado bydła gnane główną ulicą Saltus: sto trzydzieści siedem sztuk. Potem zająłem się żołnierzami, którzy maszerowali od strony Gyoll. Karczmarz zapytał mnie, ilu ich może być, a ja podałem mu pierwszą liczbę, jaka przyszła mi do głowy, lecz do tej pory nie miałem okazji, aby ich dokładnie policzyć. Poza tym karczmarz mógł być szpiegiem, choć równie dobrze mógł nim nie być.

* * *

Mistrz Palaemon, który przekazał nam tyle różnorodnych wiadomości, nigdy nie nauczył nas sztuki zasypiania. Prawdę mówiąc, po całym dniu ciężkiej pracy żaden z uczniów nie miał z tym najmniejszych kłopotów. Przez jakieś pół wachty szaleliśmy jeszcze w naszej sypialni, po czym zasypialiśmy równie głęboko jak mieszkańcy nekropolii i spaliśmy aż do chwili, kiedy mistrz Palaemon zjawiał się w sali i zaganiał nas do czyszczenia posadzek i wynoszenia odpadków.

Nad stołem, na którym brat Aybert oprawia mięso, wiszą noże. Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, siedem noży, wszystkie ostrzejsze od miecza mistrza Gurloesa. W rękojeści jednego brakuje nitu, rękojeść drugiego jest lekko osmalona, ponieważ brat Aybert położył go kiedyś zbyt blisko ognia i…

Ponownie się obudziłem, nie wiedząc dlaczego. Obok mnie pogrążony w głębokim śnie pochrapywał lekko Drotte. Zamknąłem oczy i spróbowałem pójść w jego ślady.

* * *

Trzysta dziewięćdziesiąt stopni z parteru do naszej bursy. Ile jeszcze do pomieszczenia na szczycie wieży, w którym stały działa? Jedno, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć dział. Jeden, dwa, trzy wykorzystywane poziomy cel w lochach. Jedno, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, siedem, osiem skrzydeł na każdym poziomie. Jedna, dwie, trzy, cztery, pięć, sześć, siedem, osiem, dziewięć, dziesięć, jedenaście, dwanaście, trzynaście, czternaście, piętnaście, szesnaście, siedemnaście cel w każdym skrzydle. Jeden, dwa, trzy pręty w okienku w drzwiach mojej celi.

* * *

Wyrwana gwałtownie ze snu poczułam dotkliwe zimno. Obudził mnie odgłos zatrzaskiwanych drzwi, który dobiegł z korytarza. Mój kochanek, Severian, leżał obok mnie pogrążony w głębokim, chłopięcym śnie. Usiadłam na pryczy, aby zapalić świecę i popatrzeć choć przez chwilę na żywe barwy tej szlachetnie rzeźbionej twarzy. Za każdym razem, kiedy mnie odwiedzał, przynosił ze sobą iskierkę wolności, ja zaś dmuchałam na nią i tuliłam troskliwie do piersi, ale ona zazwyczaj gasła. Czasem, kiedy tego nie uczyniła, przestawałam na chwilę czuć przygniatający mnie ciężar ziemi i metalu, i wznosiłam się w górę, ku wiatrowi i niebu.