Albo tak sobie przynajmniej wyobrażałam. Nawet jeśli tak nie było, pozostawała mi przynajmniej radość, jaką czerpałam z widoku tej iskierki.
Kiedy wyciągnęłam rękę, świeca znikła, moje oczy zaś oraz skóra na twarzy i ramionach powiedziały mi, że wraz z nią znikła cała cela. Dostrzegłam przyćmione światło, ale nie był to blask świecy trzymanej przez kata stojącego w korytarzu, sączący się do wnętrza celi przez zakratowane okienko w drzwiach. Słabe, lecz wyraźne echo świadczyło o tym, że znalazłam się w pomieszczeniu większym niż sto takich cel. Wrażenie to potwierdzały moje czoło i policzki, które do tej pory bez przerwy sygnalizowały bliskość ścian i sufitu.
Wstałam, wygładziłam suknię, po czym ruszyłam przed siebie jak lunatyczka… Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, siedem kroków, a potem odór stłoczonych ciał i stęchłe powietrze podpowiedziały mi, gdzie jestem. W przedpokoju! Przez chwilę nie mogłam zebrać myśli. Czyżby Autarcha polecił przenieść mnie tu, kiedy spałam? Czy inni powstrzymają bicze, kiedy mnie zobaczą? Drzwi! Prędko, do drzwi!
Byłam tak bardzo zdezorientowana, że niewiele brakowało, a runęłabym jak długa, nie mogąc sobie poradzić z natłokiem myśli.
Załamałam ręce, ale nawet one były jakieś dziwne: lewa wydała mi się znacznie większa i silniejsza, a po chwili takie samo podejrzenie powzięłam wobec prawej.
Myśli Thecli spłynęły ze mnie jak sen czy też raczej poczęły się błyskawicznie kurczyć, aż wreszcie niemal zupełnie zniknęły, pozostawiając mnie samego.
Mimo to zdążyłem zapamiętać najważniejsze: usytuowanie tajnego przejścia, którym młodzi arystokraci przedostawali się nocą do przedpokoju z biczami skręconymi z miedzianych włókien. Mogłem uciec stąd już jutro lub nawet dzisiaj.
— Dokąd poszła ta pani? — odezwał się tuż przy mnie cienki głosik.
Była to ta sama dziewczynka o ciemnych włosach i wielkich oczach. Zapytałem ją, czy rzeczywiście widziała jakąś kobietę.
Wzięła mnie za rękę.
— Tak. Była bardzo wysoka. Strasznie się boję. Tutaj blisko jest okropna rzecz.
— Przecież ty nie boisz się okropnych rzeczy. Nie pamiętasz, jak śmiałaś się z zielonej twarzy?
— To jest coś innego. Zupełnie czarne i sapie w ciemności. Mała ręka drżała spazmatycznie, a w głosie dziewczynki usłyszałem autentyczne przerażenie.
— Jak wyglądała ta kobieta?
— Nie wiem. Zauważyłam ją tylko dlatego, że była ciemniejsza od cieni, a poznałam, że jest kobietą, po tym, jak się poruszała. Kiedy tu podeszłam, byłeś zupełnie sam.
— Rozumiem, choć wątpię, czy ty kiedykolwiek będziesz mogła powiedzieć to samo — odparłem. — Teraz wracaj do matki i kładź się spać.
— To pełznie wzdłuż ściany… — szepnęła, po czym cofnęła rękę i zniknęła, ale jestem pewien, że nie zastosowała się do mojego polecenia. Musiała śledzić Jonasa i mnie, gdyż po powrocie do Domu Absolutu widziałem ją już co najmniej dwa razy. Prawdopodobnie ukrywa się po ciemnych kątach, jedząc resztki ze stołów. (Możliwe, że wracała na posiłki do przedpokoju, ale teraz poleciłem, aby uwolniono wszystkich, którzy byli tam przetrzymywani, mimo iż niektórych trzeba będzie zapewne siłą zmusić do opuszczenia tego miejsca. Kazałem także przyprowadzić do mnie Nicarete. Kiedy niedawno opisywałem, jak doszło do naszego uwięzienia, wszedł szambelan i poinformował mnie, że stara kobieta już jest i czeka na moje rozkazy).
Jonas leżał tam, gdzie go zostawiłem. Ponownie dostrzegłem w ciemności blask jego otwartych oczu.
— Twierdziłeś, że musisz stąd uciec, jeżeli chcesz pozostać przy zdrowych zmysłach — zwróciłem się do niego. — Chodźmy więc. Ten, kto wysłał za nami notule — kimkolwiek jest — postanowił skorzystać z innej broni. Wiem, jak można stąd wyjść.
On jednak nie poruszył się, musiałem więc chwycić go za ramię i podnieść z podłogi. Wiele spośród metalowych części, z jakich składało się jego ciało, zostało zapewne wykonanych z tego białego, zdumiewająco lekkiego stopu, gdyż odniosłem wrażenie, że mój przyjaciel waży nie więcej niż mały chłopiec. Zarówno metal, jak i ciało były pokryte cienką warstwą jakiegoś lepkiego śluzu, a tuż przy ścianie moja stopa natrafiła na sporą kałużę tej samej substancji. Istota, przed którą ostrzegała mnie dziewczynka, minęła nas podczas naszej rozmowy, ale wyglądało na to, że nie zainteresowała się Jonasem.
Tajne drzwi, przez które wchodzili nasi nocni ciemiężyciele, znajdowały się całkiem niedaleko, prawie dokładnie naprzeciwko wejścia do przedpokoju. Jak niemal wszystkie tego rodzaju starodawne urządzenia, otwierało się je tajnym hasłem. Szepnąłem to hasło, one zaś stanęły otworem. Ruszyłem naprzód, ciągnąc za sobą nieszczęsnego Jonasa.
Zaraz za drzwiami zaczynały się wąskie, pokryte kurzem i zarośnięte pajęczynami schody, prowadzące spiralnie w dół. Powietrze, choć stęchłe i nieruchome, miało zapach wolności. Mimo dręczącego mnie niepokoju odetchnąłem pełną piersią i niewiele brakowało, żebym roześmiał się na głos.
Na kolejnych podestach znajdowały się liczne drzwi, ale istniała spora szansa, że za nimi natrafimy na któregoś z mieszkańców Domu Absolutu, schody zaś wydawały się bezpieczne, gdyż były zupełnie puste. Zależało mi na tym, aby przed spotkaniem z kimkolwiek znaleźć się jak najdalej od wejścia do przedpokoju.
Pokonawszy około stu stopni stanęliśmy przed drzwiami opatrzonymi szkarłatnym teratoidalnym znakiem, który wziąłem za glif jakiegoś języka sięgającego korzeniami daleko poza granice Urth. W tej samej chwili usłyszałem za nami kroki. Drzwi były pozbawione klamki, ale naparłem na nie całym ciężarem ciała, a one, po początkowym oporze, otworzyły się bezszelestnie. Wślizgnąłem się do środka, pociągając za sobą Jonasa, drzwi zaś zamknęły się za nami, nadal nie czyniąc najmniejszego hałasu.
Komnata, w której się znaleźliśmy, była pogrążona w półmroku, ale w chwilę po naszym wejściu rozbłysło dość silne światło. Kiedy już upewniłem się, że jesteśmy sami, przyjrzałem się uważnie Jonasowi. Jego twarz nadal była zupełnie nieruchoma, tak jak wówczas, kiedy siedział oparty plecami o ścianę przedpokoju, ale nie była martwa. Przypominała raczej twarz człowieka, który lada chwila powinien przebudzić się z głębokiego snu. Po policzkach płynęły łzy, pozostawiając po sobie wilgotne ślady.
— Wiesz, kim jestem? — zapytałem, a on skinął w milczeniu głową. — Jonas, muszę za wszelką cenę odzyskać Terminust Est. Uciekłem jak ostatni tchórz, ale teraz, kiedy miałem okazję się zastanowić, zrozumiałem, że muszę po niego wrócić. W pochwie jest ukryty list do archonta z Thraxu, a poza tym i tak nie mógłbym rozstać się z moim mieczem. Zrozumiem cię, jeśli będziesz chciał natychmiast stąd uciec. Nie jesteś ze mną w żaden sposób związany. Odniosłem wrażenie, że nie usłyszał ani słowa z tego, co mówiłem.
— Wiem, gdzie jesteśmy… — szepnął, a następnie podniósł sztywno rękę i wskazał na coś, co wyglądało jak złożony parawan.
Uradowałem się, słysząc jego głos.
— W takim razie, gdzie jesteśmy? — zapytałem głównie po to, aby ponownie się odezwał.
— Na Urth — odparł, po czym skierował się ku parawanowi. Jego zewnętrzna strona była inkrustowana diamentami i pokryta takimi samymi znakami jak ten, który zauważyłem na drzwiach. Jednak znaki te nie były nawet w połowie tak dziwne jak zachowanie mojego przyjaciela: niepokojąca sztywność kończyn, jaką nie tak dawno zaobserwowałem, zniknęła bez śladu, lecz mimo to nie mogłem powiedzieć, że stał się znowu tym samym Jonasem, którego znałem.