Выбрать главу

— Coś o tym słyszałem — odparł niezbyt pewnie. — Nazywają to Zielonym Pokojem.

— Możesz mnie tam zaprowadzić? Potrząsnął głową.

— Nie ma tam żadnych obrazów, więc nigdy w nim nie byłem, choć istnieje obraz przedstawiający jego wnętrze. Chodź ze mną, to ci go pokażę.

Pociągnął mnie za płaszcz, a ja poszedłem za nim.

— Wolałbym raczej, abyś zaprowadził mnie do kogoś, kto zna drogę.

— Ja także mogę to uczynić. Stary Ultan ma gdzieś w swojej bibliotece mapę. Jego chłopak znajdzie ci ją.

— To nie jest Cytadela — przypomniałem mu ponownie. — A w ogóle, to skąd się tu wziąłeś? Sprowadzili cię, żebyś oczyścił te obrazy?

— Właśnie, właśnie… — Oparł się na moim ramieniu. — Nie zapominaj, że wszystko ma swoje logiczne wytłumaczenie. Widocznie o to właśnie chodziło. Ojciec Inire zażyczył sobie, bym doprowadził do porządku jego obrazy, więc oto jestem. — Umilkł na chwilę, zastanawiając się nad czymś. — Zaczekaj, coś tu jest nie tak. Powinienem chyba powiedzieć, że już jako chłopiec odznaczałem się wielkim talentem. Rodzice zachęcali mnie, a ja potrafiłem całymi godzinami nie robić nic innego, tylko rysować. Pamiętam, że kiedyś spędziłem cały dzień wykonując szkice kredą na tylnej ścianie naszego domu.

Pociągnął mnie w lewo, wąskim korytarzem łączącym się pod kątem prostym z tym, którym szliśmy do tej pory. Mimo że gorzej oświetlony (właściwie był pogrążony w półmroku) i tak ciasny, że nie było mowy o tym, aby stanąć w odpowiedniej odległości od obrazów, zawieszony był wielkimi płótnami. Niektóre z nich sięgały od podłogi do sufitu, a ich szerokość przekraczała rozpiętość moich ramion. Jednak sądząc po tym, co zdołałem dostrzec, z pewnością nie przedstawiały sobą większej wartości.

Zapytałem Rudesinda, kto kazał mu opowiedzieć mi o jego dzieciństwie.

— Ojciec Inire, ma się rozumieć — odparł, przechyliwszy nieco głowę na bok, by móc spojrzeć mi w twarz. — A ty myślałeś, że kto? — Ponownie ściszył głos. — Powiadają, że to już zdziecinniały staruszek. Był wezyrem na dworach wszystkich autarchów, którzy panowali po Ymarze. A teraz bądź cicho i pozwól mi mówić. Znajdę ci starego Ultana.

Pewnego dnia koło naszego domu przechodził prawdziwy artysta. Moja matka, dumna z moich osiągnięć, pokazała mu kilka rysunków. Artystą tym był sam Fechin, a portret, który wówczas mi namalował, wisi tu po dziś dzień, spoglądając na ciebie moimi brązowymi oczami. Siedzę przy stole, na którym leżą pędzle i jedna mandarynka. Obiecał. że mi je da w zamian za pozowanie.

— Obawiam się, że nie będę miał teraz czasu, żeby mu się przyjrzeć.

— Ja także zostałem artystą, ale bardzo szybko zająłem się czyszczeniem i odnawianiem dzieł naprawdę wielkich mistrzów. Dwukrotnie czyściłem własny portret. Powiadam ci, to bardzo dziwne uczucie, kiedy obmywasz własną twarz sprzed wielu, wielu lat. Nieraz myślę sobie, jakby to było wspaniale, gdyby ktoś umył moją, zbierając gąbką osad czasu… Ale zdaje się, że chciałeś zobaczyć Zielony Pokój?

— Owszem — przytaknąłem gorliwie.

— Oto obraz przedstawiający jego wnętrze. Przyjrzyj mu się dobrze, żebyś go rozpoznał, kiedy już się w nim znajdziesz.

Wskazał mi jedno z wielkich malowideł. Wcale nie przedstawiało ono pokoju, tylko fragment ogrodu okolony wysokim żywopłotem, ze stawem pokrytym liliami, nad którym pochylały się potargane wiatrem wierzby. Jakiś człowiek w fantastycznym kostiumie Ilanero grał na gitarze, najwidoczniej jedynie dla własnej przyjemności. Niskie niebo zasnute było burzowymi chmurami.

— Potem możesz pójść do biblioteki, żeby zobaczyć mapę Ultana — powiedział starzec.

Malowidło należało do tych, które, oglądane z bliska, rozpadają się na niezliczone kolorowe punkciki. Cofnąłem się o krok, aby spojrzeć na nie z odpowiedniej perspektywy, potem jeszcze o jeden, i jeszcze…

Po trzecim kroku zorientowałem się, że powinienem był oprzeć się plecami o ścianę korytarza, ale nic takiego nie nastąpiło. Znalazłem się wewnątrz obrazu, który tam wisiał: w ciemnym pokoju wyposażonym w staromodne krzesła o skórzanych obiciach i stoliki o blatach z mahoniu. Rozejrzałem się dokoła, a kiedy odwróciłem się z powrotem w stronę Rudesinda, stary kurator zniknął wraz z korytarzem, w którym przed chwilą z nim stałem. Miałem przed sobą ścianę pokrytą wiekową, spłowiałą tapetą.

Odruchowo wyciągnąłem Terminust Est, lecz w pokoju nie było nikogo, kogo mógłbym uderzyć. Właśnie miałem zamiar podejść do jedynych drzwi, jakie dostrzegłem w pomieszczeniu, kiedy otworzyły się i do pokoju wkroczyła postać odziana w żółtą szatę. Krótkie, siwe włosy były zaczesane do tyłu, a zaokrąglona twarz miała niemal kobiece rysy. Na szyi mężczyzny — gdyż był to mężczyzna — na delikatnym łańcuszku wisiała znana mi już fiolka w kształcie fallusa.

— Ach — powiedział. — Zastanawiałem się, kto tu wszedł. Witaj, o Śmierci.

— Jestem czeladnik Severian z konfraterni katów — odparłem z największym spokojem, na jaki mogłem się zdobyć. — Znalazłem się tutaj bez udziału mojej woli i, szczerze mówiąc, byłbym ci bardzo wdzięczny, gdybyś zechciał mi wyjaśnić, jak właściwie do tego doszło. Kiedy stałem w korytarzu na zewnątrz, pokój ten wydawał się jedynie obrazem, lecz kiedy cofnąłem się o kilka kroków, aby móc lepiej zobaczyć ten, który wisiał na przeciwległej ścianie, wszedłem do tego pomieszczenia. Jaka sztuka mogła tego dokonać?

— Żadna — odparł mężczyzna w żółtej szacie. — Nie wydaje mi się, żeby ukryte drzwi były czymś niezwykłym, a budowniczy tego pokoju znalazł jedynie znakomity sposób, żeby je zamaskować. Pokój Jest bardzo płytki, co z pewnością zdążyłeś już zauważyć, a jeśli przyjrzysz się dokładniej, dostrzeżesz bez wątpienia, iż jest jeszcze płytszy, niż ci się wydaje, gdyż te ściany stykają się ze sobą i z sufitem pod kątem większym od prostego, a tamta jest dużo niższa od tej, przez którą wszedłeś.

— Rozumiem.

Rzeczywiście, teraz wszystko zrozumiałem. Kalekie pomieszczenie, które moje oczy, tak jak oczy każdego człowieka przywykłe do postrzegania wszystkiego w najprostszej możliwej postaci, wzięły początkowo za zupełnie zwyczajne, teraz objawiło mi się takim, jakim było naprawdę: z nachylonym, trapezoidalnym sufitem i taką samą, tyle że biegnącą lekko w górę, podłogą. Krzesła okazały się tak wąskie, że z pewnością nikt nie zdołałby na nich usiąść, a stoły były szerokości pojedynczych desek.

—  Oko łatwo poddaje się złudzeniom, dostrzegając głębię w dwuwymiarowych obrazach — ciągnął odziany na żółto mężczyzna. — Kiedy nagle napotyka prawdziwą trójwymiarową przestrzeń, umieszczoną w sąsiedztwie wielu obrazów, a w dodatku oświetloną w specjalny sposób, postrzega ją także jako obraz. Twoje pojawienie się tutaj z tym ogromnym mieczem sprawiło, że zamknęła się za tobą fałszywa ściana, aby zatrzymać cię tutaj do chwili, kiedy zostanie podjęta decyzja, co począć z tobą dalej. Chyba nie muszę ci mówić, że po jej drugiej stronie znajduje się obraz, który wydawało ci się, że widzisz.

Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek był bardziej zdumiony.

— Ale skąd ten pokój wiedział, że wyciągnąłem miecz?

— Ta sprawa jest zbyt skomplikowana, żebym potrafił ci ją wyjaśnić… Mogę tylko powiedzieć, że wejście zostało oplecione metalowymi włóknami, które reagują natychmiast, jak tylko inne metale, ich bracia i siostry, pojawiają się w tym pomieszczeniu.

— Czy to twoje dzieło?

— Och, skądże znowu. — Zatoczył ręką koło. — To, co tu widzisz, a także setki innych rzeczy, tworzą tak zwany Drugi Dom. Stanowią dzieło ojca Inire, któremu pierwszy autarcha polecił stworzyć w murach Domu Absolutu jeszcze jeden, tajny pałac. Ty lub ja, mój synu, bez wątpienia zbudowalibyśmy zwykły apartament, którego pokoje połączone byłyby ze sobą ukrytymi przejściami, on natomiast doszedł do wniosku, że tajny pałac powinien być całkowicie tożsamy z ogólnie dostępnym.