Выбрать главу

Androgyn zatrzasnął z hukiem księgę, jakby to były drzwi.

— Co zobaczyłeś? — zapytał.

Ogarnęła mnie ogromna ulga, że nie muszę już patrzeć na karty przerażającej księgi.

— Dziękuję ci, sieur. Kimkolwiek jesteś, od tej pory masz we mnie oddanego sługę. Skinął głową.

— Kto wie, może kiedyś przypomnę ci o tym? Ale na pewno nie zapytam powtórnie, co tam widziałeś. Masz, otrzyj sobie czoło.

Wręczył mi czystą chustkę, a ja przesunąłem nią po czole, gdyż wyraźnie czułem, jak ściekają mi po nim krople potu. Kiedy spojrzałem na chustkę, przekonałem się, że jest zbroczona krwią.

— Nie jesteś ranny — powiedział, jakby czytając w moich myślach. — Lekarze nazywają to chyba „krwawym potem". Zdarza się, że pod wpływem silnego stresu maleńkie naczynia krwionośne pękają i krew wypływa przez pory skóry. Obawiam się, że zostanie ci paskudny siniec.

— Dlaczego to zrobiłeś? — zapytałem. — Myślałem, że pokażesz mi mapę. Chcę tylko znaleźć Zielony Pokój, gdzie według starego Rudesinda zakwaterowano artystów. Czy w wiadomości od Vodalusa znajdowało się polecenie, że masz zabić tego, kto ci ją dostarczy?

Sięgnąłem do miecza, ale kiedy zacisnąłem dłoń na jego rękojeści przekonałem się, że jestem zbyt słaby, aby go wyciągnąć.

Androgyn roześmiał się. Początkowo jego śmiech był nawet dość przyjemny dla ucha, jakby kobiecy, a może raczej chłopięcy, lecz wkrótce potem zmienił się w skrzypiący chichot. Na ten dźwięk wspomnienia Thecli poruszyły się we mnie tak gwałtownie, iż przestraszyłem się, że zaraz się obudzą.

— A więc tylko tego pragniesz? — zapytał, kiedy udało mu się zapanować nad wybuchem wesołości. — Poprosiłeś mnie, żebym użyczył ci ognia, abyś mógł zapalić świecę, ja zaś dałem ci całe słońce, w którego blasku boleśnie się poparzyłeś. To moja wina… Być może chciałem zyskać na czasie, choć i tak nie pozwoliłbym ci zapuścić się aż tak daleko, gdybym nie dowiedział się od Vodalusa, że masz w swoim posiadaniu Pazur Łagodziciela. Teraz jest mi naprawdę przykro, lecz nie mogłem powstrzymać się od śmiechu. Dokąd pójdziesz, Severianie, kiedy już odnajdziesz Zielony Pokój?

— Tam, dokąd mnie poślesz. Jak dobrze wiesz, przysiągłem wierność Vodalusowi.

(W rzeczywistości bałem się go i nie chciałem, aby androgyn doniósł mu o moim nieposłuszeństwie).

— A jeżeli nie mam dla ciebie żadnych poleceń? Czy pozbyłeś się już Pazura?

— Nie miałem okazji.

Nic na to nie odrzekł.

— Udam się do Thraxu — podjąłem, odczekawszy chwilę. — Mam list do tamtejszego archonta. Podobno może znaleźć dla mnie jakieś zatrudnienie. Chciałbym tam dotrzeć, choćby ze względu na honor mojej konfraterni.

— Znakomicie. Powiedz mi, ale szczerze: jak bardzo kochasz Vodalusa?

Znowu poczułem w dłoniach stylisko topora. Słyszałem, że wspomnienia nikną z czasem; moje nawet nie blakną. Poczułem na twarzy liźnięcia mgły, która tamtej nocy spowijała nekropolię, powróciły też doznania, jakie stały się moim udziałem, gdy otrzymałem od Vodalusa złotą monetę, a potem patrzyłem, jak odchodzi tam, gdzie nie mogłem za nim podążyć.

— Ocaliłem mu kiedyś życie.

— W takim razie oto, co uczynisz: udasz się do Thraxu, tak jak planowałeś, wmawiając wszystkim — w tym także sobie — że pragniesz objąć urząd, który tam na ciebie czeka. Czy zdajesz sobie sprawę, że z posiadaniem Pazura wiąże się poważne ryzyko?

— Owszem. Vodalus ostrzegł mnie, iż gdyby wyszło na jaw, że klejnot znajduje się w naszych rękach, moglibyśmy utracić poparcie ludności.

Androgyn milczał przez chwilę, a następnie powiedział:

— Peleryny przebywają obecnie na północy. Powinieneś zwrócić im Pazur, jeśli tylko nadarzy się okazja.

— To właśnie mam nadzieję uczynić.

— Znakomicie. Musisz zrobić jeszcze jedną rzecz: Autarcha jest teraz tu, w Domu Absolutu, ale na długo przed twoim przybyciem do Thraxu on także znajdzie się na północy, razem ze swoim wojskiem. Jeśli zjawi się w pobliżu miasta, będziesz musiał obmyślić jakiś sposób, aby dostać się do niego i odebrać mu życie.

Zdradził go ton jego głosu. Chciałem paść na kolana, ale on klasnął w dłonie i do pokoju wślizgnął się mały, zgarbiony człowieczek w habicie, z kapturem naciągniętym na głowę. Autarcha przemówił do niego, lecz byłem tak oszołomiony, że nic nie zrozumiałem.

* * *

Na całym świecie niewiele jest chyba widoków piękniejszych niż ten, jaki można ujrzeć o świcie, kiedy promienie wschodzącego słońca padają na tysiące wodnych sztyletów wystrzelających z Fontanny Wróżb. Z pewnością nie można nazwać mnie estetą, ale kiedy go ujrzałem, podziałał na mnie jak uzdrawiający balsam.Do tej pory lubię wspominać chwilę, kiedy po wielomilowym marszu tajnymi korytarzami Drugiego Domu zakapturzony służący otworzył przede mną drzwi, a ja ujrzałem srebrzyste strumienie wypisujące tajemnicze słowa na słonecznym dysku.

— Prosto przed siebie — wymamrotała zgarbiona postać. — Idź ścieżką aż do Bramy Drzew. Wśród aktorów będziesz zupełnie bezpieczny.

Drzwi zatrzasnęły się za mną, a kiedy się obejrzałem, ujrzałem tylko gładkie zbocze porośniętego trawą pagórka.

Niezbyt pewnym krokiem ruszyłem w kierunku fontanny i wkrótce znalazłem się wśród odświeżających strumieni wody. Długo stałem bez ruchu, usiłując odczytać swoją przyszłość wśród roztańczonych kształtów, a następnie począłem grzebać w poszukiwaniu czegoś, co mógłbym złożyć w ofierze. Pretorianie zabrali mi wszystkie pieniądze, ale przetrząsając zawartość sakwy (składały się na nią: kawałek flaneli, osełka, buteleczka oliwy do smarowania miecza, grzebień oraz książka w brązowej okładce), dostrzegłem monetę, która utknęła na sztorc między kamiennymi płytami tworzącymi ścieżkę. Kiedy ją stamtąd wydobyłem, okazało się, że to asimi, tak bardzo już wytarte, że jedynie z najwyższym trudem dało się rozpoznać wytłoczony na nim wizerunek. Wypowiedziawszy szeptem życzenie cisnąłem je w sam środek fontanny. Strumień wody porwał pieniążek i uniósł go wysoko, gdzie na chwilę zawisł nieruchomo, lśniąc w promieniach słońca. Potem spadł, a ja zająłem się odczytywaniem kształtów rysowanych przez wodę na tle nieba.

Miecz. To akurat było bardzo proste: dalej będę wykonywał katowskie rzemiosło.

Róża, a pod nią rzeka. Będę kontynuował wędrówkę w górę Gyoll, gdyż tamtędy właśnie wiedzie droga do Thraxu.

Wzburzone fale, ustępujące powoli miejsca falującej łagodnie powierzchni. Morze? Ale przecież nie sposób dotrzeć do morza posuwając się w górę rzeki.

Następnie pojawiły się berło, tron i mnóstwo wież. Zwątpiłem w prorocze zdolności fontanny, ale kiedy odwracałem się od niej, w ostatniej chwili zobaczyłem jeszcze wieloramienną, rosnącą szybko gwiazdę.

* * *

Od chwili powrotu do Domu Absolutu dwukrotnie odwiedziłem Fontannę Wróżb. Raz zjawiłem się o świcie, idąc tą samą drogą, którą przyszedłem tu podczas mojej pierwszej wizyty, ale nie odważyłem się zadać jej żadnych pytań.