Выбрать главу

Służący, którzy jak jeden mąż przyznają się do tego, że często rzucają do niej orichalki, kiedy ostatni goście opuszczą już ogrody, równie jednomyślnie twierdzą, jakoby wróżby, które otrzymali, nigdy się nie spełniły. Nie bardzo chce mi się w to wierzyć, gdyż mam jeszcze świeżo w pamięci zielonego człowieka, odstraszającego gapiów przepowiedniami dotyczącymi ich przyszłości. Czy nie może być tak, że moi słudzy, widząc nieciekawy los, jaki ich czeka, po prostu nie chcą przyjąć tego do wiadomości? Pytałem także ministrów, którzy bez wątpienia rzucają chrisos całymi garściami, lecz uzyskałem mętne i wykrętne odpowiedzi.

Bardzo trudno było mi odwrócić się plecami do fontanny oraz jej kuszących, choć tajemniczych przepowiedni i ruszyć w stronę starego słońca. Pojawiło się już w całej okazałości nad horyzontem, ogromne i czerwone niczym twarz olbrzyma. Czarne sylwetki topoli przywiodły mi na pamięć posąg Nocy wznoszący się na szczycie kurhanu na zachodnim brzegu Gyoll, który tak często oglądałem rysujący się wyraźnie na tle zniżającego się ku horyzontowi słońca, kiedy wracaliśmy do Cytadeli z naszych pływackich eskapad.

Nie zdając sobie sprawy, że znajduję się niemal w samym sercu Domu Absolutu, a tym samym daleko od patroli strzegących jego obrzeży, lękałem się, iż lada chwila zostanę zatrzymany i ponownie odprowadzony do przedpokoju, skąd nie byłoby ucieczki, gdyż tajne przejście zostało już z całą pewnością odkryte i zapieczętowane. Nic takiego jednak nie nastąpiło. O ile mogłem stwierdzić, byłem jedyną osobą, jaka poruszała się na ogromnym obszarze porośniętym aksamitną trawą i starannie przystrzyżonymi żywopłotami, wśród których pyszniły się różnobarwne trawy i płynęły szemrzące strumyki. Nad ścieżką zwieszały się kielichy lilii znacznie wyższych ode mnie, a ich rozgwieżdżone twarze były pokryte świeżą, nie naruszoną rosą. Dokoła śpiewały słowiki — jedne na wolności, inne zamknięte w złotych klatkach zawieszonych na gałęziach drzew.

W pewnej chwili dostrzegłem przed sobą jeden z poruszających się posągów i na mgnienie oka ogarnęło mnie znane już dobrze przerażenie. Przesunął się przez wypielęgnowany trawnik jak olbrzymi człowiek (choć wątpię, czy istoty te mają cokolwiek wspólnego z ludźmi), stąpając w rytmie niesłyszalnej muzyki. Przyznaję, iż ukryłem się w głębokim cieniu i zaczekałem, aż mnie minie, zastanawiając się z niepokojem, czy wie o mojej obecności i czy przykłada do niej jakąkolwiek wagę.

Bramę Drzew ujrzałem wtedy, kiedy już niemal straciłem nadzieję, że kiedykolwiek ją odnajdę. Nie sposób było nie zwrócić na nią uwagi. Zwykli ogrodnicy przycinają gałęzie krzewów, nadając im pożądany kształt, natomiast ogrodnicy z Domu Absolutu, mając do dyspozycji tylekroć więcej czasu, cierpliwie kierowali wzrostem gałęzi dębów, aż wreszcie każda z nich zaczęła spełniać rolę starannie zaplanowanego architektonicznego detalu, tak że ja, stąpając po pokrytych ziemią dachach największego pałacu na Urth, zobaczyłem nagle po mojej prawej stronie ogromną, zieloną bramę zbudowaną z żywych drzew równie starannie i dokładnie, jak z cegły i kamienia.

Pobiegłem w jej stronę.

ROZDZIAŁ XXII

Personifikacje

Zaraz za wysoko sklepionym łukiem Bramy Drzew znalazłem się na rozległej, trawiastej równinie upstrzonej różnokolorowymi namiotami. Niezmąconą ciszę przerwał donośny ryk megathera oraz klekot łańcucha, którym zwierzę było skute. Przez długą chwilę stałem bez ruchu, czekając, aż bestia uspokoi się i ponownie zapadnie w głęboki, podobny do śmierci sen. Kiedy to nastąpiło, słyszałem już tylko szmer rosy spływającej z liści i wesoły świergot ptaków.

Nastawiwszy ucha wyłowiłem jeszcze jeden odgłos, coś jakby powtarzający się w nieregularnych odstępach świst zakończony słabym uderzeniem. Ponieważ, jak mi się wydawało, dobiegał z bardzo daleka, ruszyłem w jego stronę ścieżką wiodącą między namiotami, lecz okazało się, iż błędnie oszacowałem odległość, gdyż doktor Talos dostrzegł mnie, nim ja zobaczyłem jego.

— Mój przyjacielu! Mój wspólniku! Wszyscy jeszcze śpią, Dorcas i cała reszta… Tutaj, tutaj!

Świszczący odgłos wydawała jego laska, którą ścinał łebki kwiatów.

— Zjawiasz się w samą porę. W samą porę! Dziś wieczorem wystawiamy nasze przedstawienie i gdybyś nie przybył, musiałbym wynająć kogoś, żeby cię zastąpił. Ogromnie się cieszę, że cię widzę! Jestem ci jeszcze winien trochę pieniędzy, pamiętasz? Nie ma tego wiele, a mówiąc między nami, podejrzewam, że znaczna część jest fałszywa, niemniej jednak dług pozostaje długiem, a ja zawsze zwracam swoje długi.

— Nie przypominam sobie tego, więc istotnie nie może to być duża suma — odparłem. — Chętnie z niej zrezygnuję, jeśli przekonam się, że Dorcas jest cała i zdrowa, a ty dasz mi coś do zjedzenia i wskażesz miejsce, gdzie mógłbym się trochę przespać.

Ostro zakończony nos doktora opadł na chwilę, aby wyrazić żal.

— Spać możesz dopóty, dopóki nie obudzi cię harmider, natomiast obawiam się, że nie mamy nic do jedzenia. Jak wiesz, Baldanders ma wilczy apetyt. Co prawda marszałek uroczystości obiecał nam coś dostarczyć, lecz wątpię, żeby nastąpiło to wcześniej niż przed samym południem.

— Nie szkodzi. I tak jestem zbyt zmęczony, żeby ucztować, ale gdybyś zechciał wskazać mi jakieś posłanie…

— Co ci się stało w głowę? Zresztą, nieważne, pokryjemy to pudrem. Tędy!

Ruszyłem za nim przez labirynt namiotowych linek w kierunku płóciennej kopuły w kształcie kielicha heliotropu. Przed wejściem dostrzegłem wózek Baldandersa i wreszcie uwierzyłem, że udało mi się odnaleźć moją Dorcas.

Kiedy się obudziłem, poczułem się tak, jakbyśmy nigdy się nie rozstawali. Delikatna uroda Dorcas była taka sama jak przedtem. Co prawda Jolenta jak zwykle przyćmiewała ją swoim blaskiem, lecz miało to tylko taki skutek, że pragnąłem, aby jak najprędzej zostawiła nas samych, abym mógł bez przeszkód rozkoszować się pięknem mojej ukochanej. Mniej więcej wachtę po tym, jak wszyscy się obudziliśmy, wziąłem olbrzyma na stronę i zapytałem, dlaczego zostawił mnie samego w lesie za Bramą Skruchy.

— Nie byłem z tobą, tylko z doktorem — odparł po namyśle.

— Ja także. Mogliśmy szukać go wspólnie, służąc sobie nawzajem pomocą.

Tym razem wahanie trwało jeszcze dłużej. Czując na swojej twarzy ciężar jego tępego spojrzenia pomyślałem, że dobrze się stało, iż olbrzym nie ma w sobie dość energii i ochoty, żeby się rozgniewać.

— A więc byłeś z nami, kiedy wyszliśmy z miasta? — zapytał wreszcie.

— Oczywiście. Tak samo jak Dorcas i Jolenta.

Znowu się zawahał.

— Czylijednak cięodnaleźliśmy.

— Nie pamiętasz?

Pokręcił powoli głową, a ja zauważyłem ze zdumieniem, że w jego gęstych, czarnych włosach pojawiły się już nitki siwizny.

— Któregoś ranka obudziłem się, a ty byłeś obok mnie. Szybko odszedłeś.

— To co innego. Wtedy umówiliśmy się na spotkanie.

(Poczułem wyrzuty sumienia, gdyż pamiętałem dokładnie, że nie miałem najmniejszego zamiaru dochować umowy).

— I spotkaliśmy się — stwierdził Baldanders, po czym dodał zauważywszy zapewne, że nie satysfakcjonuje mnie ta odpowiedź: — Dla mnie istnieje tylko doktor Talos.

— Twoja lojalność jest godna podziwu, ale może zauważyłeś, że na mojej obecności zależało mu co najmniej tak samo jak na twojej.

Stwierdziłem, że nie potrafię gniewać się na tego potulnego, łagodnego olbrzyma.

— Zbierzemy pieniądze tutaj, na południu, a potem zaczniemy budować tak jak przedtem, kiedy wszyscy zapomnieli, jak to się robi.