— Dlaczego nienawidzisz wody? Moim zdaniem jest piękna.
— Ponieważ ma taką naturę, że zawsze dąży w dół, ku ciemnym miejscom, jak najdalej od słońca.
— Ale potem znowu wznosi się w górę — odparłem. — Wiosenny deszcz składa się z tej samej wody, którą minionej jesieni widzieliśmy płynącą rynsztokami. W każdym razie, tak właśnie uczył nas mistrz Malrubius.
Przez twarz Dorcas przemknął uśmiech jak spadająca gwiazda.
— Dobrze jest w to wierzyć, bez względu na to, czy jest tak naprawdę. Severianie, postąpiłabym głupio mówiąc, że jesteś najlepszym człowiekiem, jakiego znam, gdyż oprócz ciebie nie znam nikogo dobrego. Jednak nawet gdybym spotkała tysiąc dobrych ludzi, ty nadal byłbyś najlepszy. To właśnie chciałam ci powiedzieć.
— Wiesz przecież, że będę się tobą opiekował bez względu na wszystko.
— Nie to miałam na myśli. To ja chciałam zaproponować ci swoją opiekę. Cóż za głupota, prawda? Nie mam rodziny, nie mam nikogo prócz ciebie, a mimo to wydaje mi się, że mogłabym się tobą opiekować.
— Znasz przecież Jolentę, doktora Talosa i Baldandersa.
— Oni są nikim. Nie wyczuwasz tego, Severianie? Ja też jestem nikim, ale oni znaczą jeszcze mniej ode mnie. Minionej nocy spaliśmy w piątkę w namiocie, a mimo to byłeś w nim zupełnie sam. Powiedziałeś mi kiedyś, że nie masz zbyt bujnej wyobraźni, ale chyba nawet ty to wyczuwasz.
— I właśnie przed tym chcesz mnie chronić? Przed samotnością? Z radością powitam taką opiekę.
— W takim razie będę cię nią otaczała tak długo, jak tylko zdołam. Jednak przede wszystkim pragnę chronić cię przed opinią świata. Czy pamiętasz, co powiedziałam ci o moim śnie? Wszyscy ludzie na ulicy uważali mnie za jakiegoś odrażającego ducha. Kto wie, czy nie mieli racji.
Drżała jak w febrze, więc przycisnąłem ją mocno do piersi.
— Między innymi właśnie dlatego ten sen sprawia mi tyle bólu. Wiem, że się mylą, choć jednocześnie mają trochę racji. Zły duch jest we mnie, ale razem z mnóstwem innych rzeczy, które są mną w takim samym stopniu, jak ja jestem nimi.
— Nie mogłabyś być złym duchem ani w ogóle czymkolwiek złym.
— Nieprawda — powiedziała poważnie i spojrzała mi w oczy. Jej drobna twarz nigdy nie była równie piękna i równie czysta jak wtedy. — Mogłabym, Severianie. Tak samo jak ty mógłbyś być tym, za kogo cię uważają i kim czasem się stajesz. Pamiętasz, jak zobaczyliśmy płonącą katedrę unoszącą się w niebo? Zaraz potem zauważyliśmy światło wśród drzew i spotkaliśmy doktora Talosa, Baldandersa i Jolentę, przygotowujących się do przedstawienia.
— Trzymałaś mnie wtedy za rękę i rozmawialiśmy o filozofii. Jakże mógłbym o tym zapomnieć?
— A pamiętasz, co powiedział doktor Talos, kiedy wyszliśmy z lasu?
Cofnąłem się myślami do tego wieczoru, który zapadł po dniu, kiedy zgładziłem Agilusa. Ponownie usłyszałem ryk tłumu, przeraźliwy krzyk Agii i łoskot bębna Baldandersa.
— Powiedział, że teraz wszyscy już się zeszli i że ty jesteś Niewinnością, a ja Śmiercią.
Dorcas skinęła głową.
— Otóż to. Ale ty nie jesteś Śmiercią, bez względu na to, jak często będzie cię tak nazywał. Nie jesteś Śmiercią tak samo jak nie jest nią rzeźnik, który przez cały dzień podrzyna gardła zwierzętom. Dla mnie jesteś Życiem, młodym mężczyzną imieniem Severian i gdybyś zechciał założyć inny strój i zostać cieślą albo rybakiem, to nikt nie mógłby cię powstrzymać.
— Nie mam zamiaru opuszczać mojej konfraterni.
— Ale mógłbyś to uczynić. Nawet dzisiaj. Powinieneś o tym pamiętać. Ludzie nie chcą, żeby inni ludzie byli po prostu ludźmi. Nadają im różne nazwy, które są jak skorupy, zamykające człowieka na całe życie. Nie chcę, żeby ciebie też tak zamknięto. Doktor Talos jest najgorszy. Przede wszystkim, na swój sposób ciągle kłamie…
Umilkła, a ja skorzystałem z okazji, żeby wtrącić:
— Baldanders twierdzi, że nawet jeśli kłamie, to rzadko.
— Powiedziałam: na swój sposób. Baldanders ma rację. Doktor Talos nie kłamie tak jak inni ludzie. Nazywając cię Śmiercią posłużył się…
— Metaforą — podsunąłem jej brakujący wyraz.
— Ale to była niebezpieczna, zła metafora, która miała ugodzić cię tak samo jak kłamstwo.
— Sądzisz więc, że doktor Talos mnie nienawidzi? Odniosłem wrażenie, że jest jedną z nielicznych osób, które okazały mi serce po tym, jak opuściłem Cytadelę. Ty, Jonas — który już odszedł — stara kobieta, którą spotkałem w więzieniu, androgyn w żółtej szacie — nawiasem mówiąc, on także nazwał mnie Śmiercią — i doktor Talos. To bardzo krótka lista.
— Nie wydaje mi się, żeby nienawidził zgodnie z naszym rozumieniem tego słowa — odparła cicho Dorcas. — Albo żeby kochał. On po prostu pragnie manipulować wszystkim, co napotka na swojej drodze i naginać to do swojej woli, a ponieważ burzenie jest znacznie łatwiejsze od budowania, to właśnie robi najczęściej.
— Mimo to Baldanders chyba go kocha — zauważyłem. — Miałem kiedyś okaleczonego psa. Wydaje mi się, że Baldanders patrzy na doktora w taki sam sposób, w jaki Triskele patrzył na mnie.
— Rozumiem cię, ale wcale tego tak nie odbieram.Czy kiedykolwiek zastanowiłeś się, jak ty wyglądałeś, patrząc na swego psa? Wiesz coś o ich przeszłości?
— Tylko tyle, że mieszkali razem w pobliżu jeziora Diuturna. Tamtejsza ludność podpaliła ich dom, żeby się stamtąd wynieśli.
— Nie przypuszczasz chyba, że doktor Talos może być synem Baldandersa?
Pomysł był tak absurdalny, że wybuchnąłem śmiechem, szczęśliwy, iż w ten sposób udało mi się rozładować napięcie.
— Zwróć uwagę, że w taki właśnie sposób się zachowują — ciągnęła nie zrażona Dorcas. — Jak wolno myślący, zaharowany ojciec i bystry, niestały syn. W każdym razie, tak mi się wydaje.
Dopiero kiedy wstaliśmy z kamiennej ławki i ruszyliśmy w drogę powrotną do Zielonego Pokoju (który w najmniejszym nawet stopniu nie przypominał obrazu pokazanego mi przez Rudesinda), zaświtała mi niejasna myśl, czy nazywając Dorcas „Niewinnością" doktor Talos nie posłużył się przypadkiem jedną ze swoich metafor.
ROZDZIAŁ XXIII
Jolenta
O ile stary sad i ogródek z ziołami były tak ciche i opuszczone, że przywiodły mi na myśl Ogród Czasu oraz Valerię o ślicznej twarzy okolonej futrami, to Zielony Pokój kipiał życiem. Nikt już nie spał i odnosiło się wrażenie, że wszyscy krzyczą. Dzieci wspinały się na drzewa, aby uwolnić zamknięte w klatkach ptaki, rodzice zaś ciskali w nie wszystkim, co nawinęło im się pod rękę. Stawiano namioty nie zważając na trwające przez cały czas próby, w związku z czym byłem świadkiem, jak jedna z płóciennych piramid zawaliła się nagle, odsłaniając stojącego na tylnych kończynach megathera i tancerkę wykonującą piruety na jego czole.
Baldanders zniknął, podobnie jak nasz namiot, ale niemal natychmiast nadbiegł zdyszany doktor Talos i poprowadził nas wśród sztucznych wodospadów, delikatnych balustrad oraz grot wypełnionych szlachetnymi kamieniami do nieckowatego zagłębienia porośniętego starannie przystrzyżoną trawą, gdzie olbrzym budował dla nas scenę, co bacznie obserwowało stadko białych danieli.
Miała to być znacznie obszerniejsza scena niż ta, na której występowałem w pobliżu Muru. Służba pałacowa dostarczyła więcej desek, gwoździ, narzędzi, farby i płótna, niż mogliśmy wykorzystać. Szczodrość ta obudziła zamiłowanie doktora do przepychu (które nigdy nie spało zbyt głębokim snem), w związku z czym z wypiekami na twarzy to polecał Baldandersowi i mnie wykonanie jakiejś dodatkowej przybudówki, to znów rzucał się na manuskrypt swojej sztuki, dokonując w niej poprawek i uzupełnień.