Выбрать главу

POMOCNIK: On ją zabije! Puszczaj, ty góro mięsa!

POMOCNIK chwyta metalowy pręt i zaczyna okładać nim SEN, który wydaje potworny ryk, próbuje go złapać i pozwala nieprzytomnej JAHI osunąć się na ziemię. POMOCNIK łapie ją za nogę, po czym ciągnie w kierunku AUTARCHY.

POMOCNIK: Dobra, ty też się nadasz.

Błyskawicznie pęta AUTARCHĘ w taki sposób, że jedna jego ręka jest zaciśnięta na przegubie JAHI, po czym dalej torturuje MESCHIANE. Za jego plecami SEN uwalnia się z łańcuchów.

ROZDZIAŁ XXV

Bitwa z hierodulami

Mimo iż przedstawienie odbywało się na otwartym powietrzu, gdzie dźwięki łatwo rozpływają się w bezkresnych przestrzeniach nieba, wyraźnie usłyszałem hałas, z jakim Baldanders wyswobadzał się z więzów. Słyszałem także rozmowy dobiegające z widowni. Jedna dotyczyła samego przedstawienia (dowiedziałem się z niej o zawartych w nim aluzjach, których istnienia nie podejrzewałem nie tylko ja, ale zapewne także doktor Talos), druga zaś jakiejś sprawy sądowej, w której Autarcha — zdaniem jakiegoś człowieka mówiącego z arystokratycznym akcentem — z całą pewnością podejmie błędną decyzję. Wykonując kolejny obrót skrzypiącym kołem odważyłem się rzucić ukradkowe spojrzenie na tych, którzy przybyli nas oglądać.

Zajętych było nie więcej niż dziesięć miejsc siedzących, ale wiele wysokich postaci stało z lewej i prawej strony widowni, a także za nią. Dostrzegłem kilka kobiet w sukniach bardzo podobnych do tych, jakie swego czasu widziałem w Lazurowym Pałacu: z głębokimi dekoltami i suto marszczonymi spódnicami, często składającymi-się niemal z samych koronek. Kobiety miały proste fryzury, lecz przystrojone kwiatami, klejnotami lub jaskrawymi, fosforyzującymi larwami.

Jednak zdecydowaną większość widzów stanowili mężczyźni, a z każdą chwilą przybywało ich coraz więcej. Niektórzy byli równie wysocy jak Vodalus albo nawet wyżsi od niego. Stali owinięci szczelnie płaszczami, jakby lękali się podmuchów ciepłego, wiosennego wiatru. Nie mogłem dostrzec ich twarzy, ukrytych pod obszernymi skrzydlatymi kapeluszami.

Kajdany Baldandersa upadły z łoskotem na scenę, a Dorcas krzyknęła przeraźliwie na znak, że olbrzym jest już wolny. Odwróciłem się gwałtownie, po czym złapałem najbliższą pochodnię i zacząłem się cofać, zasłaniając się nią przed nim jak tarczą.

Baldanders znakomicie odgrywał rolę szaleńca. Zmierzwione włosy zsunęły mu się na oczy, które jednak płonęły tak dziko, że bez trudu mogłem je dostrzec. Z ust kapała mu ślina, spod warg wyłoniły się wielkie, pożółkłe zęby, a ramiona co najmniej dwa razy dłuższe od moich wysunęły się w moją stronę.

Tym jednak, co naprawdę mnie przeraziło — a przyznaję, że byłem przerażony i żałowałem, że zamiast pochodni nie ściskam w dłoni rękojeści Terminus Est — był wyraz jego twarzy ukryty pod maską pozbawioną jakiegokolwiek wyrazu. Widziałem go tak, jak się czasem widzi ciemną wodę pod cienką warstwą świeżego lodu. Baldanders nie posiadał się z zachwytu, że może robić to, co właśnie robi, a stojąc z nim twarzą w twarz uświadomiłem sobie po raz pierwszy, iż nie tyle udaje szaleńca na scenie, co raczej normalnego, skromnego człowieka poza nią. Przyszło mi wówczas do głowy pytanie, jak wielki miał wpływ na treść sztuki, choć prawda mogła wyglądać również w ten sposób, że doktor Talos po prostu znał i rozumiał swego pacjenta znacznie lepiej niż ja.

Rzecz jasna, nie zamierzaliśmy przerazić dworzan Autarchy tak, jak czyniliśmy to z prostymi ludźmi. Scena miała zakończyć się w ten sposób, że Baldanders wyrwie mi pochodnię i uda, że łamie mi kark. On jednak tego nie uczynił. Nie wiem, czy jego prawdziwa wściekłość dorównywała udawanej czy też może rozgniewała go nasza publiczność. Przypuszczalnie i jedno, i drugie.

Olbrzym wyszarpnął mi pochodnię z ręki, a następnie rzucił się ku widzom, wymachując płonącym drzewcem i rozsiewając dokoła snopy iskier. Instynktownie schyliłem się po leżący u moich stóp miecz, którym niedawno groziłem Dorcas, ale kiedy się wyprostowałem, Baldanders znajdował się już wśród widzów. Pochodnia zgasła, więc posługiwał się nią jak maczugą.

Ktoś strzelił z pistoletu. Pocisk zapalił kostium olbrzyma, lecz nie dosięgnął ciała. Kilku arystokratów obnażyło miecze, a ktoś — nie byłem w stanie stwierdzić, kto — użył najrzadziej spotykanej broni, to znaczy snu. Przypominał ciężki, smolisty dym, lecz poruszał się znacznie szybciej i w okamgnieniu spowił Baldandersa od stóp do głów. Odniosłem wrażenie, jakby olbrzym znalazł się w samym środku czegoś, co było przeszłością, a jednocześnie nigdy się nie zdarzyło: z ciemnego obłoku wychynęła jakaś siwowłosa kobieta, w powietrzu pojawiła się na chwilę rybacka łódź, a lodowaty wiatr ugasił płomienie pożerające kostium.

Lecz wizje, które pozbawiają żołnierzy ochoty do walki i czynią ich bezbronnymi wobec nieprzyjaciela, nie wywarły na Baldandersie najmniejszego wrażenia. Nadal kroczył naprzód, torując sobie drogę uderzeniami maczugi.

Tuż przed tym, jak rzuciłem się do ucieczki (gdyż szybko doszedłem do wniosku, iż nie pozostaje mi nic innego, jak oddalić się z miejsca bezsensownej walki), zobaczyłem, jak kilka postaci zrzuca kapelusze oraz ukryte do tej pory w głębokim cieniu twarze. Spod nich — wydawały się zrobione z równie niematerialnej substancji jak notule — wyłoniły się potworności, jakich istnienia nigdy bym nie podejrzewał: okrągłe usta, pełne ostrych niczym szpilki zębów, oczy złożone z tysiąca mniejszych oczu, stłoczonych jak łuski na szyszce, szczęki przypominające szczypce. Maszkary te pozostały w mojej pamięci, podobnie jak wszystko, co kiedykolwiek widziałem, i mogłem je potem jeszcze wiele razy oglądać w najciemniejszych mrokach nocy. Zawsze cieszę się, zwracając wzrok ku gwiazdom lub przesączonym księżycowym blaskiem obłokom, że dostrzegłem wówczas tylko kilka postaci, stojących najbliżej oświetlonej sceny.

Powiedziałem już, że uciekłem, ale niewiele brakowało, żebym drogo zapłacił za tych kilka chwil, jakie straciłem na podniesienie Terminus Est i obserwację szaleńczego ataku Baldandersa. Kiedy odwróciłem się, aby złapać Dorcas za rękę i odprowadzić ją w bezpieczne miejsce, już jej nie było.

Dopiero wtedy zbiegłem ze sceny. W gruncie rzeczy nie myślałem o tym, by uciec przed wściekłością Baldandersa, pretorianami Autarchy (których należało spodziewać się lada chwila) czy kakogenami z widowni, lecz o tym, żeby odnaleźć Dorcas. Biegnąc przed siebie i wykrzykując głośno jej imię mijałem kolejne fontanny, sadzawki i studnie ciągnącego się w nieskończoność ogrodu, aż wreszcie, niemal bez tchu w piersi i na uginających się nogach, zwolniłem kroku.

Nie jestem w stanie opisać żalu, jaki wówczas mnie ogarnął. Nie byłem w stanie znieść myśli o tym, że odnalazłem Dorcas tylko po to, by ją utracić. Kobiety wierzą — albo przynajmniej często udają, że wierzą — iż czułość, jaką im okazujemy, bierze się z pożądania, i że kochamy je tylko dopóty, dopóki ich nie zdobędziemy, potem zaś, zaspokojeni (albo raczej wyczerpani), odtrącamy je jak niepotrzebne sprzęty. Choć pogląd ten może wydawać się słuszny, to nie ma w nim i ani odrobiny prawdy. Kiedy jesteśmy naładowani podnieceniem, potrafimy udawać wielką czułość w nadziei, że podniecenie to zostanie zaspokojone. Jednocześnie nigdy tak często jak wtedy nie traktujemy kobiet brutalnie i z pogardą, dążąc jedynie do zadośćuczynienia własnym żądzom. Wędrując przez pogrążone w ciemności ogrody nie odczuwałem wobec Dorcas fizycznego pożądania (mimo iż po raz ostatni cieszyłem się jej ciałem, kiedy spaliśmy w fortecy dimarchów, w pobliżu Okrutnego Pola), ponieważ kilkakrotnie dałem upust swej męskości w łodzi, z Jolentą. Mimo to, gdybym znalazł Dorcas, obsypałbym jej twarz pocałunkami, natomiast wobec Jolenty, której do tej pory raczej nie lubiłem, czułem jedynie coś w rodzaju na wpół obojętnej sympatii.