Выбрать главу

— Wspaniale, że jesteś! — zawołał doktor Talos. — Niepokoiliśmy się o ciebie.

Baldanders wykonał nieznaczny ruch głową mający oznaczać, że w rzeczywistości niepokoiła się tylko Dorcas. Mogłem się tego domyślić bez jego pomocy.

— Uciekłem — poinformowałem go. — Tak samo jak Dorcas. Dziwne, że was nie zabito.

— Niewiele brakowało — odparł doktor, kiwając głową.

Jolenta wzruszyła ramionami, lecz w jej wykonaniu ten prosty gest przeistoczył się w coś w rodzaju ceremonii.

— Ja też uciekłam. — Ujęła w dłonie swoje wielkie piersi. — Czy nie sądzisz jednak, że nie jestem stworzona do biegania? I tak zresztą prawie od razu wpadłam na jakiegoś arystokratę, który powiedział, że nie muszę nigdzie uciekać, ponieważ on mnie obroni. Potem jednak zjawili się kawalerzyści na wspaniałych rumakach — chciałabym, żeby kiedyś zaprzęgnięto takie do mojego powozu — a z nimi wysoki urzędnik, jeden z tych, co to nie zwracają uwagi na kobiety. Miałam nadzieję, że zostanę zaprowadzona przed oblicze Autarchy — którego oczy są jaśniejsze od gwiazd — tak jak to się prawie stało na scenie. Niestety, żołnierze kazali odejść arystokracie, po czym odstawili mnie z powrotem do teatru, gdzie byli już oni. — Wskazała ruchem głowy doktora Talosa i Baldandersa. — Doktor opatrywał mu rany. Żołnierze najpierw chcieli nas zabić — choć jestem pewna, że mnie darowaliby życie — ale potem wypuścili nas i tak oto trafiliśmy tutaj.

— Znaleźliśmy Dorcas o świcie — uzupełnił jej relację doktor Talos. — A raczej ona znalazła nas. Ruszyliśmy pomału w kierunku gór. Pomału, gdyż choć taki chory, tylko Baldanders ma dość sił, aby nieść bagaże, a chociaż większość rzeczy pozostawiliśmy w ogrodzie Domu Absolutu, to zostało i tak całkiem sporo.

Powiedziałem, iż jestem zdumiony, widząc Baldandersa jedynie chorego, gdyż byłem pewien, że już nie żyje.

— Doktor Talos zdołał go powstrzymać — wyjaśniła Dorcas. — Czy nie tak, doktorze? Dzięki temu został pojmany. Dziwne, że nie zabito ich obu.

— Jednak jak widzisz, obaj żyjemy — stwierdził doktor z uśmiechem. — A choć wyglądamy nieszczególnie, to nareszcie jesteśmy bogaci. Baldanders, pokaż Severianowi nasze pieniądze.

Olbrzym z trudem zmienił pozycję i wydobył nabitą skórzaną sakiewkę. Przez chwilę spoglądał na doktora, jakby oczekując jakichś dodatkowych poleceń, a następnie wysypał na dłoń mnóstwo świeżo wybitych chrisos.

Doktor Talos wziął w palce jedną z monet i podniósł ją tak, by padły na nią promienie słońca.

— Jak myślisz, ile czasu wieśniak znad jeziora Diuturna będzie gotów pracować przy wznoszeniu ścian naszego domu, żeby dostać ten pieniążek?

— Co najmniej rok.

— Dwa lata! Dzień w dzień, latem i zimą, bez względu na pogodę, naturalnie pod warunkiem, że co jakiś czas będziemy wypłacać mu część należności w miedzi, co też uczynimy. Zatrudnimy pięćdziesięciu takich ludzi.

— Jeżeli będą chcieli pracować — odezwał się Baldanders swoim dudniącym głosem.

Rudowłosy doktor podskoczył jak ukłuty nożem.

— Oczywiście, że będą chcieli! Możesz mi wierzyć, od poprzedniego razu zdążyłem już nauczyć się tego i owego.

— Przypuszczam, że część tych pieniędzy należy do mnie oraz do tych dwóch kobiet — wtrąciłem się.

Doktor Talos natychmiast się uspokoił.

— Naturalnie, byłbym zapomniał. One dostały już swój udział. Połowa tego, co widzisz, jest twoja. Bądź co bądź, bez ciebie na pewno byśmy tego nie zarobili.

Wyjął pieniądze z dłoni olbrzyma i zaczął układać na ziemi w dwa stosiki.

Odniosłem wrażenie, że jego uwaga odnosi się tylko do mego udziału w sztuce, ale Dorcas, która chyba wyczuła, iż kryje się za tym coś jeszcze, zapytała:

— Co pan ma na myśli, doktorze?

Na lisiej twarzy doktora Talosa pojawił się uśmiech.

— Severian ma wysoko postawionych przyjaciół. Muszę przyznać, iż podejrzewałem to od samego początku. Kat przemierzający kraj od miasta do miasta niczym jakiś włóczęga, to trochę za dużo nawet dla Baldandersa, a ja lubię czasem myśleć, że jestem od niego trochę bystrzejszy.

— Nawet jeśli rzeczywiście mam takich przyjaciół, to nic o nich nie wiem — odparłem.

Stosiki były już równe. Doktor przesunął jeden w moją stronę, drugi zaś w kierunku olbrzyma.

— Kiedy znalazłem cię w łożu z Baldandersem, w pierwszej chwili pomyślałem, że wysłano cię w charakterze ostrzeżenia, żebym zrezygnował z zamiaru wystawienia mojej sztuki. Jak zapewne sam zauważyłeś, pod wieloma względami — przynajmniej pozornie — traktuje ona cokolwiek krytycznie osobę Autarchy.

— Cokolwiek! — prychnęła z przekąsem Jolenta.

— Jednak potem doszedłem do wniosku, że wysyłanie z Cytadeli kata tylko po to, by napędzić stracha dwóm wędrowcom, nie miałoby najmniejszego sensu. Jeszcze później uświadomiłem sobie, iż wystawiając sztukę, zapewniamy ci znakomity kamuflaż. Mało kto byłby gotów podejrzewać sługę Autarchy o bratanie się z lada aktorami. Dlatego stworzyłem dodatkowo postać Pomocnika, aby lepiej uzasadnić twoją obecność na scenie.

— Nie wiedziałem o tym.

— Naturalnie. Nie chciałem przecież dopuścić do tego, żebyś stracił do nas zaufanie. Kiedy wczoraj zaczęliśmy przygotowywać scenę, zjawił się wysoki urzędnik z Domu Absolutu i zapytał, czy wchodzisz w skład naszej trupy oraz czy jesteś gdzieś w pobliżu. Właśnie wtedy uznałeś za stosowne oddalić się z Jolentą, ja jednak odpowiedziałem twierdząco na oba pytania. On wówczas zapytał, jak duży jest twój udział w przedstawieniu, a kiedy mu powiedziałem, poinformował mnie, że polecono mu zapłacić nam z góry za występ. Okazało się to dla nas bardzo szczęśliwym rozwiązaniem, gdyż wątpię, czy po popisach tego niezrównoważonego osiłka udałoby nam się uzyskać choćby złamane asimi.

Chyba po raz pierwszy zauważyłem wtedy, że Baldandersowi sprawiły przykrość docinki jego lekarza. Zadał sobie trud, żeby odwrócić się do nas plecami, mimo że z pewnością musiał okupić to dodatkowym bólem.

Dorcas powiedziała mi, że kiedy spałem w namiocie doktora Talosa, byłem tam zupełnie sam. Teraz wyczułem, że olbrzym myśli tak samo. W tej chwili był na polanie tylko on oraz kilka małych zwierzątek, czasem zabawnych, ale ostatnio coraz częściej nużących.

— On już zapłacił za swoją porywczość — powiedziałem. — Widzę, że jest mocno poparzony. Doktor skinął głową.

— I tak miał sporo szczęścia. Hierodule zmniejszyły moc swoich promieni, gdyż nie chciały go zabijać, a tylko powstrzymać. Żyje dzięki ich łasce i wkrótce się zregeneruje.

— To znaczy wykuruje? — zapytała Dorcas. — Życzę mu tego. Nawet nie potrafię wyrazić, jak bardzo mi go żal.

— Masz litościwe serce, może nawet zbyt litościwe. Baldanders wciąż jeszcze rośnie, a rosnące dzieci błyskawicznie powracają do zdrowia.

— Rośnie? — zdziwiłem się. — Przecież ma już siwe włosy. Doktor roześmiał się.

— A więc widocznie siwieje rosnąc. — Poderwał się z ziemi i otrzepał spodnie. — Drodzy przyjaciele, dotarliśmy do miejsca, w którym jak mawiają poeci, każdy musi skierować się ku swemu przeznaczeniu. Zatrzymaliśmy się tutaj, Severianie, nie tylko dlatego, że byliśmy znużeni, ale także dlatego, że tu właśnie rozdzielają się drogi prowadzące do Thraxu, dokąd ty zmierzasz, i nad jezioro Diuturna, gdzie my pragniemy dotrzeć. Nie chciałem minąć tego punktu — ostatniego, w którym mogliśmy się spotkać — zanim nie podzieliłem się z tobą zarobkiem. Teraz jednak mamy już to za tobą. Czy poinformujesz swych dobroczyńców z Domu Absolutu, że rozliczyłem się z tobą jak należy?