— No dobrze… Co dokładnie ma powiedzieć dżdżownica nietoperzowi?
— A co to ma wspólnego z Kuzynami?
— Wszystko!
— Myślisz, że Kuzyni są hybrydą muchy, nietoperza i dżdżownicy?
— Oni nie. My tak.
— No, ja nie mogę… — poskarżył się Beller.
Odpowiedział mu wybuch śmiechu. Arsibalt rozłożył bezradnie ręce, jakby chciał powiedzieć „Przecież prościej już się nie da!”.
— Wyjaśnij mi to, proszę — powiedział Beller. — Nie jestem przyzwyczajony do takich rozważań, szybko się męczę.
— Nie, ty mi to wyjaśnij. Co powie dżdżownica do nietoperza?
— Przecież dżdżownice nie mówią!
— To kwestia drugorzędna. Z czasem mogły się nauczyć układania ciała w różne kształty rozpoznawalne dla much i nietoperzy.
— W porządku, niech pomyślę… Mucha może zlecieć na dół, przysiąść na ciele dżdżownicy i łażąc po niej w umówiony sposób, coś jej przekazać. Każde z nich mogłoby chyba wymyślić sygnały wykrywalne dla pozostałych, w parach: dżdżownica-nietoperz, nietoperz-mucha i mucha-dżdżownica.
— Zgadza się. Wróćmy do mojego pytania: co sobie powiedzą?
— Zaraz, Arsibalcie, nie tak prędko. Zgadzamy się, że dżdżownica może ułożyć się na ziemi w kształt C albo S, rozpoznawalny dla obserwującej ją z góry muchy. Ale to tylko alfabet, nie język.
Arsibalt wzruszył ramionami.
— Języki wykształcają się z czasem. Pokrzykujące na siebie nawzajem małpy wypracowują prymitywny kod, żeby powiedzieć „Pod kamieniem siedzi wąż” czy coś w tym guście.
— Wszystko pięknie, dopóki twój świat ogranicza się do węży i kamieni.
— Świat w naszym eksperymencie myślowym składa się z ogromnej jaskini o nieregularnym kształcie, w której porozrzucane są pułapki: niektóre świeżutkie i wciąż niebezpieczne, inne stare, zużyte i niegroźne.
— Usilnie próbujesz dać mi do zrozumienia, że te pułapki to urządzenia mechaniczne. Chcesz przez to powiedzieć, że są przewidywalne?
— Gdybyśmy ty albo ja je obejrzeli, moglibyśmy się domyślić, jak działają.
— Wobec tego wszystko sprowadza się do rozpracowania mechanizmu: ta zębatka zahacza tę, ta z kolei uruchamia tłok połączony ze sprężyną…
— Owszem. — Arsibalt skinął głową. — Tego rodzaju informacje muszą sobie przekazywać muchy, nietoperze i dżdżownice, żeby odróżnić pułapki od nie-pułapek.
— Skoro małpy na drzewach dogadały się, który wyraz ma oznaczać kamień, a który węża, one również wypracują symbole lub słowa na określenie tłoków, przekładni i tak dalej.
— Czy to wystarczy?
— Nie, jeśli mechanizm będzie skomplikowany. Powiedzmy, że są w nim dwa koła zębate. Znajdują się blisko siebie, ale nie na tyle, żeby ich zęby mogły o siebie zaczepić.
— Bliskość. Odległość. Miara. Jak dżdżownica ma zmierzyć odległość między dwoma tłokami?
— Wyciągając maksymalnie ciało.
— A jeśli to nie wystarczy?
— Może pomierzyć większą odległość, jeśli zapamięta, ile razy musiała się wyciągnąć.
— A nietoperz?
— Porówna odstęp między usłyszeniem echa odbitego od jednego i drugiego tłoka.
— Mucha?
— To proste: wystarczy, że porówna wielkość obrazów przekazywanych z oczu do mózgu.
— Pięknie. Powiedzmy zatem, że cała trójka pomierzyła odległość między dwoma tłokami. Każde po swojemu. Jak mogą porównać swoje notatki?
— Dżdżownica przełoży wynik pomiaru na ten swój cielesny alfabet.
— A co powie jedna mucha do drugiej, kiedy zobaczy taką dżdżownicę?
— Nie wiem.
— Powie tak: „Dżdżownica próbuje nam chyba zakomunikować jakieś swoje dżdżownicowe przemyślenia, ale ponieważ nie pełzam po ziemi i nie wyobrażam sobie, jak to jest być ślepym, nie mam zielonego pojęcia, co właściwie chce nam w ten sposób przekazać!”.
— No przecież dawno o tym mówiłem — poskarżył się Beller. — Muszą wypracować wspólny język, bo sam alfabet nie wystarczy.
— Jaki to musiałby być język?
Beller się zamyślił.
— Co próbują sobie przekazać? — podpowiedział mu Arsibalt.
— Geometria trójwymiarowa — odparł Beller. — Plus informacja o czasie, ponieważ elementy mechanizmu się poruszają.
— Cokolwiek dżdżownica powie musze, mucha nietoperzowi, a nietoperz dżdżownicy, zabrzmi jak bełkot — mówił dalej Arsibalt, naprowadzając Bellera na właściwe skojarzenia.
— Tak jakby ślepcowi opowiadać o kolorze niebieskim.
— Otóż to. Wszystko będzie dla nich bez znaczenia, poza opisem geometrii i czasu. To ich jedyny potencjalnie wspólny język.
— Przypomniał mi się dowód geometryczny narysowany na burcie statku Kuzynów — powiedział Beller. — Chcesz powiedzieć, że my i oni jesteśmy jak dżdżownice i nietoperze? Że możemy się porozumieć wyłącznie za pośrednictwem geometrii?
— Nie, wcale nie o to mi chodziło.
— A o co w takim razie?
— Wiesz, w jaki sposób wyewoluowały organizmy wielokomórkowe?
— No… jednokomórkowce łączyły się w większe skupiska, żeby czerpać z tego korzyści?
— Tak. Zdarzało się też, że jedne z nich wchłaniały inne.
— Słyszałem o tym.
— Tak właśnie działa nasz mózg.
— Co takiego?!
— Nasz mózg to takie muchy, dżdżownice i nietoperze, które zebrały się do kupy, bo uznały, że tak będzie dla nich lepiej. I te różne części naszego mózgu nieustannie się porozumiewają; przekładają to, co postrzegają, na wspólny język geometrii. Tak funkcjonuje mózg. Na tym polega świadomość.
Beller najpierw pohamował chęć panicznej ucieczki z krzykiem (co zajęło mu parę sekund), a potem zamyślił się nad słowami Arsibalta (co trwało kilka dobrych minut). Arsibalt nie spuszczał go z oka.
— Nie mówisz chyba dosłownie? — upewnił się Beller.
— Oczywiście, że nie.
— Ulżyło mi.
— Twierdzę jednak, że pod względem funkcjonalnym nasz mózg byłby nie do odróżnienia od mózgu, który ewoluował w przedstawiony przeze mnie sposób.
— Ponieważ musi cały czas przetwarzać informacje, tylko po to…
— Żebyśmy byli istotami rozumnymi. Świadomymi. Musimy nieustannie analizować nasze wrażenia zmysłowe i tworzyć z nich spójny model nas samych i naszego otoczenia.
— To o tym mówiłeś wcześniej? Przy krakersach?
— W pewnym przybliżeniu… — Arsibalt pokiwał głową. — Można powiedzieć, że to koncepcja postkrakerska. Metateorycy, którzy znaleźli się pod silnym wpływem krakersów, zaczęli posługiwać się taką argumentacją w późniejszym okresie, mniej więcej w czasie Pierwszego Zwiastuna.
Beller nie potrzebował chyba tak szczegółowych objaśnień, ale porozumiewawcze spojrzenie Arsibalta potwierdziło moje wcześniejsze podejrzenia: czytał o tym przy okazji analizowania późnych prac Evenedryka. Odczekałem jeszcze chwilę, aż jego dialog z Bellerem zacznie tracić impet, po czym udałem się prosto do swojej celi, gdzie planowałem długi, pokrzepiający sen. Tymczasem Arsibalt, poruszając się z niezwykłą u niego prędkością, dopadł mnie zaraz po wyjściu z jadalni.
— Co ci chodzi po głowie? — zapytałem.
— Przed kolacją setnicy zrobili taką małą calcę…
— Zauważyłem.
— Liczby się nie zgadzają.
— Jakie liczby?
— Statek jest za mały, żeby w rozsądnym czasie przemieszczać się między gwiazdami. Nie pomieściłby tylu bomb atomowych, żeby rozpędzić się do prędkości relatywistycznej.