— Hmm… Może odłączył się od statku-matki, którego jeszcze nie widzieliśmy i który jest wystarczająco duży?
— Nie wygląda na tego rodzaju pojazd. Sam w sobie jest ogromny, mógłby pomieścić dziesiątki tysięcy ludzi.
— Za duży na wahadłowiec, za mały na statek międzygwiezdny…
— Otóż to.
— Ale coś mi się widzi, że ci setnicy oparli się na licznych aksjomatach, nie próbując ich weryfikować.
— To celny zarzut — przyznał Arsibalt, wzruszając ramionami. Widziałem po nim, że ma w zanadrzu jeszcze jakąś inną hipotezę.
— No dobrze — powiedziałem. — A co ty o tym sądzisz?
— Że statek przybył z innego wszechświata. I że to dlatego powołali fraa Paphlagona.
Stanęliśmy przed drzwiami mojej celi.
— Ja się gubię już w naszym kosmosie — przyznałem. — Nie wiem, czy o tej porze powinienem w ogóle rozważać istnienie innych wszechświatów.
— W takim razie dobranoc, fraa Erasmasie.
— Dobranoc, fraa Arsibalcie.
Obudziły mnie dzwony. Nie rozumiałem ich kadencji, ale po chwili przypomniałem sobie, gdzie jestem, i zrozumiałem, że nie są to dzwony koncentowe, tylko klasztorne, bezlitośnie budzące mnichów do jakiegoś porannego rytuału.
Przez noc w mojej głowie zapanował połowiczny ład. Wiele nowych idei, zdarzeń, ludzi i obrazów, napierających na mnie dzień wcześniej, udało mi się uporządkować — jak zapisane arkusze, które zostały zrolowane i upchnięte do właściwych przegródek. Chociaż tak naprawdę nic przecież nie zostało rozstrzygnięte; wszystkie pytania, dręczące mnie, gdy przykładałem głowę do poduszki, nadal czekały na odpowiedź. Ale potem, kiedy zapadłem w sen, mój mózg intensywnie zmieniał się w taki sposób, żeby dostosować się do nowego kształtu mojego świata. To chyba dlatego, kiedy śpimy, nie robimy nic innego: praca wre.
Dzwony ucichły i po jakimś czasie nie wiedziałem już, czy nadal je słyszę, czy tylko po prostu dzwoni mi w uszach. Trwał tylko jeden niski ton, mocny, niewzruszony, przytłumiony odległością. Wiedziałem, że słyszę go od wielu godzin; że w tych na wpół sennych chwilach, gdy przewracałem się na drugi bok albo podciągałem wyżej koc, słyszałem go, zastanawiałem się nad nim i znów zapadałem w sen. Pierwszym i najbardziej oczywistym podejrzanym był jakiś nocny ptak, ale tak basowy dźwięk nie mógł się wydobywać z ptasiego gardła: miałem wrażenie, jakby ktoś grał na dziesięciometrowym flecie w połowie wypełnionym wodą i kamieniami. Zresztą ptaki rzadko siedzą w jednym miejscu i hałasują przez pół nocy. W takim razie jeśli nie ptak, to jakiś spory płaz, stęskniony partnerki, przycupnięty na kamieniu obok źródła i wydmuchujący powietrze z rozedrganego rezonatora. Ale nie, dźwięk był zbyt regularny. Powtarzalny. Jak pomruk generatora; rechot pompy nawadniającej pracującej gdzieś w dolinie; wizg pneumatycznych hamulców ciężarówki na stromym zjeździe.
Ciekawość i pełny pęcherz nie dały mi już zasnąć. W końcu wstałem (po cichu, żeby nie obudzić Lio) i ściągnąłem koc z koi. Zamierzałem się nim owinąć, ale zawahałem się, kiedy przypomniałem sobie, że powinienem ubierać się jak mieszkańcy extramuros. W półmroku przedświtu nawet nie widziałem stosu, na który wieczorem zrzuciłem spodnie, bieliznę i całą resztę, wróciłem więc do planu A: ściągnąłem koc z pryczy, owinąłem się nim i wyszedłem.
Wydawało mi się, że dźwięk dobiega ze wszystkich kierunków jednocześnie. Zanim skorzystałem z latryny, wyszedłem z niej i dałem się owionąć rześkiemu powietrzu poranka, wtedy zorientowałem się, skąd naprawdę dochodzi: od strony muru oporowego, który mnisi wybudowali na stromiźnie, żeby zapobiec osunięciu się drogi. Ruszyłem w jego kierunku, gdy nagle pojaśniało mi w głowie i nie pojmowałem już, jak mogłem sobie wyobrażać, że słyszę płaza albo ciężarówkę. To był ludzki głos. Ktoś śpiewał — a właściwie zawodził basem, utrzymując tę samą nutę, odkąd się obudziłem.
Melodia minimalnie się zmieniła — więc jednak nie był to po prostu burdonowy ton, tylko prawdziwa pieśń. Chociaż śpiewana w bardzo, bardzo wolnym tempie.
Nie chcąc przestraszyć fraa Jaada ani — tym bardziej — mu przeszkadzać, zatoczyłem łuk po miękkiej, wilgotnej trawie, przeszedłem przez strzelnicę i w ten sposób zobaczyłem go z odległości kilkuset stóp. Proste odcinki muru oporowego były połączone pękatymi basztami o płaskich szczytach, mierzących około czterech stóp średnicy. Fraa Jaad wyratował z bagażu swój zawój, napuszył go do zimowej grubości, otulił się nim i wspiął się na basztę, skąd miał piękny widok na południową pustynię. Klęczał tam w tej chwili, siedząc na piętach, z rozłożonymi rękami. Po lewej stronie niebo miało świetlisty odcień fioletu, który zmył z niego gwiazdy. Po prawej nadal świeciły najjaśniejsze gwiazdy i jedna planeta, zmagając się ze światłem nadchodzącego dnia i poddając mu się po kolei w miarę upływu czasu.
Mógłbym tak stać i patrzeć godzinami. Przyszło mi do głowy coś, co mogło być wyłącznie moim złudzeniem: że fraa Jaad śpiewa pieść kosmograficzną, requiem dla pożeranych przez świt gwiazd. Z całą pewnością tempo tej muzyki było prawdziwie kosmograficzne; niektóre nuty trwały dłużej, niż ja potrafiłem wstrzymać oddech. Fraa Jaad musiał opanować jakąś sztuczkę, która pozwalała mu jednocześnie śpiewać i oddychać.
W klasztorze (za moimi plecami, nieco powyżej mnie) zabrzmiał pojedynczy dzwon i śpiewana przez samotnego kapłana starorthyjska inwokacja. Odpowiedział jej chór głosów. Musiało to być wezwanie na jakiś poranny ryt. Byłem niepocieszony, że ceremonia mnichów zakłóca śpiew fraa Jaada, ale musiałem przyznać, że gdyby Cord zbudziła się i przyszła posłuchać, miałaby problem z odróżnieniem ich. Wiedziałem, że śpiew fraa Jaada wywodzi się z tysiącletnich badań teorycznych, zespolonych z równie wiekową tradycją muzyczną. Ale po co w ogóle mieszać teorykę do muzyki? Po co zarywać noc, przesiadywać do rana w pięknym miejscu i śpiewać takie pieśni? Istnieją przecież łatwiejsze sposoby na dodanie dwóch do dwóch.
Śpiewałem basem od pamiętnej wiosny sprzed sześciu lat, kiedy to spadłem z sopranów jak po schodach. W mojej okolicy śpiewanie basem zwykle oznaczało długotrwałe podtrzymywanie burdonowych tonów. Kiedy człowiek przez trzy godziny trzyma jedną i tę samą nutę, coś się dzieje z jego mózgiem — zwłaszcza kiedy wpadnie w rezonans z otaczającymi go śpiewakami i razem dostroją się do naturalnej częstotliwości drgań tumu (nie mówiąc już o tysiącach beczek ustawionych pod ścianami). Całkiem poważnie myślę, że drgania mózgu wywołane falami akustycznymi prowadzą do zmian w jego funkcjonowaniu. I gdybym był starym, szczerbatym tysięcznikiem (a nie dziewiętnastoletnim dziesiętnikiem), może wystarczyłoby mi pewności siebie, żeby twierdzić, że w takim stanie mózg może snuć rozważania, do których w innej sytuacji nie byłby zdolny. Chodzi mi o to, że fraa Jaad nie zarwał całej nocy po prostu dlatego, że lubił muzykę — ale dlatego, że coś robił.
Zostawiłem go i poszedłem się przejść. Wschodziło słońce. Dobiegający z jadalni szczęk zastawy świadczył o tym, że personel azylu przygotowuje śniadanie. Wróciłem więc do celi, przebrałem się i poszedłem pomóc. Pod pewnymi względami byłem extramuros bezradny jak dziecko, ale gotować umiałem. Fraa Jaad i pozostali pomału, pojedynczo przesączali się do kuchni i również próbowali pomagać, dopóki ich nie wygoniono do jedzenia.
Poza czwórką mnichów, którzy poprzedniego wieczoru zjedli z nami kolację, na śniadaniu pojawiło się jeszcze trzech nowych — w tym jeden staruszek, który koniecznie chciał rozmawiać z fraa Jaadem, chociaż mocno niedosłyszał. Reszta deklarantów zostawiła ich w spokoju: skoro mnisi najwyraźniej czuli się zaszczyceni, mogąc porozmawiać z tysięcznikiem, czemu mielibyśmy im w tym przeszkadzać? Drugiej szansy nie będą mieli.