Выбрать главу

Na zakończenie śniadania podarowali nam książki. Pozwoliłem Arsibaltowi przyjąć je w naszym imieniu i wygłosić zgrabne podziękowanie. Jego słowa tak bardzo przypadły im do gustu, że aż poczułem się nieswojo, ponieważ Arsibalt zachęcał ich usilnie do doszukiwania się naturalnych podobieństw między nami i nimi — ale nic złego z tego nie wynikło. Mnisi byli dla nas dobrzy, przyjęli nas z otwartymi ramionami i nie oczekiwali niczego w zamian (dałbym sobie głowę uciąć, że państwo sekularne wynagrodzi im wszelkie trudy), i właśnie dlatego przemowa Arsibalta tak mnie zaniepokoiła: zdawało się, że podkreśla w niej możliwość rewanżu z naszej strony — w postaci przyszłych kontaktów. Na szczęście, kiedy kopnąłem go w kostkę, chyba zrozumiał aluzję. Parę minut później schodziliśmy po zboczu góry. Otrzymane od mnichów księgi uzupełniły przenośną biblioteczkę Arsibalta.

Erasmas: Fraa ze Saunty Baritoe z czternastego wieku p.r., który wspólnie z Uthentine stworzył gałąź metateoryki nazwaną protyzmem złożonym.

— Słownik, wydanie czwarte, 3000 p.r.

Pomiędzy klasztorem i Kopcem Bly’a bardzo mała rzeczka ciurkała w bardzo dużym wąwozie, którego brzegi spinał tylko jeden zdatny do przeprawy most. Dopóki przez niego nie przejechaliśmy i nie dotarliśmy do rozwidlenia dróg, nie musieliśmy się specjalnie zastanawiać, jak jechać. Teraz jednak droga prowadząca w lewo zataczała szeroki łuk i omijała górę, ta po prawej zaś biegła w górę dopływu rzeki, w kierunku osady opisanej w mapomacie jako Sambie. Pojechaliśmy w stronę Sambie i nieco ponad godzinę od opuszczenia klasztoru zobaczyliśmy w oddali coś, co z tej odległości wyglądało jak myjka do szorowania naczyń ciśnięta na gładki południowy stok Kopca Bly’a. Był to kobierzec karłowatych drzewek. Z bliska dostrzegliśmy, że jest cały pocięty murkami, płotami i dachami domów. Wyższe drzewa — pielęgnowane przez pokolenia wielbicieli zachwyconych ich urodą albo rzucanym przez nie cieniem — otaczały prostokątny spłachetek trawy, na którego jednym końcu wznosiła się szpiczasta sylwetka drewnianej arki antybazyjskiej. Nie musieliśmy się nawet kontaktować z drugim pojazdem: i oni, i my znaleźliśmy drogę na zielony placyk i wysiedliśmy z wozów. Usłyszeliśmy dobiegający z arki śpiew, nigdzie jednak nie widać było ludzi. Wszyscy — włącznie z Ganelialem Crade’em, którego aport stał zaparkowany na placyku obok arki — musieli znajdować się w środku.

Miasteczko nie wyglądało zbyt obiecująco jako potencjalne miejsce pobytu Orola albo (gdyby jeszcze żył) Estemarda, ale dało nam pewne pojęcie o tym, jak dzikus mógłby przeżyć na odludziu: w takim Sambie z powodzeniem zaopatrzyłby się w żywność i lekarstwa; pozostawała jeszcze kwestia zapłaty za nie, ale fraa Carmolathu zwrócił uwagę, że istnienie Sambie i tak nie ma sensu z ekonomicznego punktu widzenia (brak innych miast w okolicy, jałowa ziemia, brak poważniejszego przemysłu), i wysnuł przypuszczenie, że osada jest tylko wspólnotą religijną, dokładnie tak samo jak klasztor, w którym zanocowaliśmy. Gdyby rzeczywiście tak było, Orolo i Estemard nie musieliby płacić za towary pieniędzmi. Wystarczyłoby, żeby odwdzięczyli się mieszkańcom w inny, użyteczny dla nich sposób.

— A może po prostu żebrzą? — zasugerował fraa Jaad. — Jak mnisi z niektórych dawnych zakonów…

Większości z nas idea żebractwa wydała się bardziej atrakcyjna niż sugestia, że Orolo i Estemard mieliby się wysługiwać slogom, co wywołało ożywioną dyskusję. Nasze próby wzajemnego plantowania się z pewnością zakłóciłyby nabożeństwo w arce, gdyby miało ono cichy, kontemplacyjny charakter, ale wierni czynili zgiełk, o jakim nasza grupka mogłaby co najwyżej pomarzyć, a ich śpiew w wielu momentach przypominał krzyki. Paru z nas oddzieliło się od reszty i przez długą chwilę porównywało wskazania mapomatu z panoramą kopca. Według mapy Sambie (fraa Carmolathu domniemywał, że może to być zniekształcona i skrócona forma zbitki „Sawant Bly”) leżało na początku bitego traktu, który spiralą prowadził na szczyt góry. W końcu udało nam się znaleźć miejsce, gdzie zaczynał się trakt: placyk na tyłach arki. Chwilowo nie mogło być mowy o tym, żeby dało się przez niego przejechać, ponieważ był dokumentnie zastawiony parkującymi na nim pojazdami. Kilka błyszczących mobów należało zapewne do elity uchodzącej w Sambie za miastowych, znacznie więcej było jednak przykurzonych aportów z szerokimi oponami. Przez środek placyku prowadził swobodny przejazd, ale aport Crade’a skutecznie blokował wjazd na trakt.

Mapomat wskazywał, że od wierzchołka dzielą nas zaledwie cztery mile. Spieszno mi było dotrzeć na górę, więc napełniłem manierkę wodą z pompy na środku trawnika i ruszyłem pieszo. Lio przyłączył się do mnie, podobnie jak fraa Criscan, najmłodszy z setników. Trochę dziwnie się czułem, klucząc wśród nieruchomych pojazdów wiernych z Sambie, ale w końcu przecisnęliśmy się obok wozu Crade’a i weszliśmy na trakt, który kawałek dalej zakręcał zgodnie z krzywizną stoku. Mieścina zniknęła nam z oczu, a po minucie przestaliśmy także słyszeć dobiegające z arki wrzaski i został tylko suchy wiatr znad pustyni, niosący aromat rosnących na niej twardych, żywicznych roślin. Systematycznie zdobywaliśmy wysokość i rozgrzewaliśmy się w marszu, mimo że temperatura powietrza szybko spadała. Kiedy znaleźliśmy się po przeciwnej stronie góry niż Sambie, zobaczyliśmy szczyt, na którym majaczyły jakieś zabudowania, szkielety starych wież z antenami i wielościenne kopuły. Domyślaliśmy się, że są to resztki jakiejś instalacji wojskowej, co kompletnie nas nie interesowało, ponieważ człowiek zamieszkiwał tę okolicę od kilku tysięcy lat i takie pozostałości można było znaleźć dosłownie wszędzie.

Znowu zatoczyliśmy półokrąg, pnąc się w górę po spirali, i stanęliśmy dokładnie nad Sambie; mogliśmy pomachać naszym towarzyszom. Nabożeństwo trwało w najlepsze. Spodziewaliśmy się, że nasze pojazdy szybko nas dogonią, a spacer traktowaliśmy jako zdrowotną przechadzkę, ale zanosiło się na to, że dotrzemy na górę przed nimi. Nie wiedzieć czemu, pobudziło to nasz instynkt rywalizacji i przyspieszyliśmy kroku. Znaleźliśmy skrót używany przez innych piechurów i wspięliśmy się nim kilkaset stóp prosto do góry, oszczędzając sobie jednego pełnego obejścia góry.

— Znałeś fraa Paphlagona? — zagadnąłem Criscana, kiedy przystanęliśmy na końcu skrótu, żeby się napić wody i ponapawać przebytą drogą. Widok był wart paru minut zachwytu.

— Byłem jego fidem — odparł. — A ciebie uczył Orolo?

Skinąłem głową.

— Wiedziałeś o tym, że Orolo był fidem Paphlagona, zanim Paphlagon przeszedł labirynt i trafił do was? — zapytałem.

Fraa Criscan nie odpowiedział. Gdyby Paphlagon wspomniał o Orolu (albo o dowolnym innym aspekcie życia wśród dziesiętników), dla Criscana byłoby to naruszenie Dyscypliny, ale takie rzeczy często same wypływały, kiedy dyskutowało się o pracy naukowej.

— Paphlagon współpracował z innym dziesiętnikiem, Estemardem — mówiłem dalej. — Razem uczyli Orola i w tym samym okresie odeszli z naszego matemu: Paphlagon przez labirynt, Estemard przez Bramę Dzienną.

— Jaką opinią cieszył się Orolo? — zainteresował się Criscan. — Przed peanatemą, naturalnie.

— Był najlepszy z nas — odparłem, zaskoczony tym pytaniem. — Czemu pytasz? Co wy sądziliście o Paphlagonie?

— Mniej więcej to samo.