— Zaraz przemówi Prymas — obwieścił.
Spojrzałem na Jesry’ego, który zorientował się już w sytuacji i wymachując rozpaczliwie rękami, usiłował uciszyć brata, ten jednak patrzył przez niego na wylot, jakby Jesry w ogóle nie istniał; negocjował właśnie cenę hurtową tkanek z biopsji, a był naprawdę twardym negocjatorem. Siedzące obok kobiety (siostry i szwagierki Jesry’ego) zawstydziły się i zaczęły go ciągnąć za rękaw. Odwrócił się i odszedł od stołu.
— Może pan powtórzyć, doktorze? Nie zrozumiałem tego ostatniego zdania… Coś o larwach…
Na jego obronę trzeba przyznać, że kiedy rozejrzałem się dookoła, stwierdziłem, że jest jednym z wielu gości, którzy w takim czy innym celu korzystali akurat z piszczków.
Statho przemawiał już dwukrotnie. Pierwszy raz zabrał głos niby po to, żeby wszystkich powitać, ale w rzeczywistości chciał nas ponaglić do szybszego zajęcia miejsc. Za drugim zaintonował Inwokację, napisaną osobiście przez Diaksa, zanim jeszcze zagoiły mu się pęcherze od grabi na rękach.
Gdyby usłyszał ją sentymentalny entuzjasta, wielbiący liczby i władający protorthyjskim, mógłby się poczuć niechcianym gościem, ale zdaniem wszystkich innych Inwokacja dodawała splendoru całej uroczystości.
Tym razem Prymas poinformował wszystkich zebranych, że za chwilę zabawi nas kontyngent edharczyków. Nie najlepiej mówił po fluksyjsku i użył takiego sformułowania, jakby nakazywał się nam bawić, co wywołało salwę śmiechu. Zdumiony Statho musiał poprosić inkwizytorów (którzy siedzieli obok niego przy głównym stole) o wyjaśnienie.
Trzech fraa i dwie suur odśpiewali pięcioczęściowy motet, a dalszy tuzin deklarantów kłębił się przed nimi; w rzeczywistości wcale się nie kłębił, ale tak to wyglądało z miejsca, gdzie siedziałem. Każde z nich reprezentowało indeks górny lub dolny w teorycznym równaniu uwzględniającym tensory i pewną metrykę. Biegając w tę i z powrotem, spotykając się, przecinając sobie nawzajem drogę i zamieniając się miejscami, odtwarzali wyliczenie krzywizny czterowymiarowej rozmaitości, z uwzględnieniem kolejnych etapów symetryzacji, antysymetryzacji oraz podnoszenia i obniżania indeksów. Dla człowieka nieobeznanego z teoryką ich zachowanie musiało przypominać wiejskie pląsy. Muzyka brzmiała cudownie — nawet przerywana co kilka sekund trelami piszczków.
Wróciliśmy do jedzenia i picia. Fraa z Nowego Kręgu odśpiewali swój przygotowany hymn i spotkał się on ze znacznie cieplejszym przyjęciem niż taniec tensorowy. Znów pojedliśmy i popiliśmy. Statho precyzyjnie kierował przebiegiem uroczystości, tak jak Cord sterowała swoim pięcioosiowym frezem. Zwykle nie widzieliśmy, żeby specjalnie się wysilał, ale tego wieczoru naprawdę zapracował na swoje piwo. Dla gości była to po prostu darmowa wyżerka z atrakcjami, tymczasem byliśmy świadkami rytuału równie starego i ważnego jak certyfik, który wymagał odhaczenia pewnych obowiązkowych pozycji, jeśli nie chcieliśmy narazić się na krytykę ze strony Inkwizycji. Zresztą Statho należał do ludzi, którzy odprawiliby Dziesiątą Noc jak należy nawet, gdyby Varax i Onali nie siedzieli tuż obok i nie prosili, żeby podał im sól.
Prymas przedstawił fraa Haligastreme, który wystąpił naprzód, żeby powiedzieć parę słów w imieniu kapituły edharczyków. Próbował poruszyć temat, który wyjaśniałem wcześniej Dathowi, i wyłożył się na nim gorzej ode mnie. Kiedy zapytało się go o coś znienacka, potrafił być najzabawniejszym człowiekiem na świecie, ale jeśli miał czas przygotować się do wystąpienia, musiało się ono skończyć katastrofą, zwłaszcza gdy dzwonki piszczków co rusz go dekoncentrowały. Z całej jego przemowy utkwiła mi w pamięci tylko końcówka:
— Pewnie wydaje się wam to wszystko trochę niejasne, ale taka właśnie jest prawda. Jeżeli komuś to przeszkadza, nie będzie się tu dobrze czuł, ale jeśli słuchając mnie, poczuliście ulgę, to chyba znaleźliście się we właściwym miejscu i warto byłoby się zastanowić, czy nie chcecie u nas zostać.
Następny był Corlandin z kapituły Nowego Kręgu.
— Ostatnie dziesięć dni spędziłem z rodziną — zaczął, uśmiechając się do gromadki miastowych, którzy odpowiedzieli mu uśmiechami. — Moi bliscy byli tak mili, że podczas apertu urządzili zjazd rodzinny. Wszyscy prowadzą intensywne życie w swoim świecie, tak jak ja tutaj, ale na te dziesięć dni odłożyliśmy na bok obowiązki, zapomnieliśmy o karierach, porzuciliśmy inne zobowiązania, żeby po prostu pobyć razem.
— Ja głównie oglądałem szpile — mruknął Orolo. Usłyszało go najwyżej pięciu z nas. — Takie z mnóstwem wybuchów. Przy niektórych całkiem nieźle się bawiłem.
— Przyrządzenie kolacji, czyli całkiem zwyczajna czynność, którą rutynowo wykonujemy po to, by nie umrzeć z głodu, nabrało nagle nowego wymiaru. Nacięcia wykonane przez ciotkę Prin na przypieczonej skórce ciasta stały się czymś więcej niż otworami wentylacyjnymi, przez które ze środka uchodził nadmiar powietrza. Były częścią rytuału sięgającego wiele pokoleń wstecz, inwokacją, jeśli można się tak wyrazić, do naszych przodków, którzy postępowali tak samo. Opowieść o tym, jak dziadek Myrt czyścił rynnę i spadł z dachu nad gankiem, nie była zwyczajnym sprawozdaniem z remontu domu i przestrogą przed związanymi z nim niebezpieczeństwami, lecz wyrazem naszej wzajemnej miłości, pełnym śmiechu, łez, a czasem jednego i drugiego jednocześnie. Można by więc powiedzieć, ze nic nie było takie, jakim się na pozór wydawało. W innym kontekście mogłoby to zabrzmieć złowrogo, ale w tym wypadku nie mogło być mowy o takiej pomyłce i wszyscy to rozumieliśmy. Wy też byście to zrozumieli. I właśnie tak to wygląda u nas w koncencie. Dziękuję.
Corlandin usiadł.
Pomruk obruszonych deklarantów, którzy wcale nie byli przekonani, że się z nim zgadzają, został zagłuszony oklaskami większości słuchaczy. Biedna suur Frandling była następna w kolejności: wstała i zaczęła opowiadać o Zreformowanych Faanach Starych, ale równie dobrze mogłaby w tej chwili cytować wyimki z ekonomicznej bazy danych. Elokwencja jej przedmówcy (albo gładkość jego wypowiedzi) zirytowała większość deklarantów, wśród nich Orola, który jednak uczciwie przyznał, że Corlandin załagodził niezręczną sytuację i z pewnością zaskarbił nam trochę współczucia extramuros.
— Po czym poznać, że ktoś jest naprawdę wyszczekany? — zagadnął mnie półgłosem Jesry.
— No dobrze, zagiąłeś mnie. Po czym?
— Po tym, że nie przyjdzie ci do głowy tak pomyśleć, dopóki nie wytknie tego ktoś starszy i mądrzejszy. A wtedy czerwienisz się ze wstydu.
Znowu zabrzmiała muzyka i większość z nas, deklarantów, zerwała się z miejsc, żeby sprzątnąć ze stołów i podać deser. Rozrywki, wcześniej trochę deprymujące, stały się przystępniejsze dla gości. Wiele pieśni świątecznych, odtwarzanych o tej porze roku w sklepach i windach, wywodziło się ze skomponowanej w matemach muzyki liturgicznej, przy okazji apertów przesączającej się extramuros, toteż goście byli mile zaskoczeni, słysząc znajome dźwięki dobywające się z ust zakutanych w zawoje dziwaków.
Na deser podaliśmy płaskie torty, pieczone i serwowane na szerokich blachach. Jeden z nich nieprzypadkowo wylądował przed Arsibaltem, który od razu sięgnął po podaną wraz z ciastem łopatkę — płaski metalowy sztuciec wielkości dziecięcej dłoni. Zanim jednak zaczął kroić tort, powstrzymałem go. Przyszedł mi do głowy pewien pomysł.
— Niech Dath go pokroi — powiedziałem.
— Jesteśmy gospodarzami — odmruknął Arsibalt. — Powinniśmy obsługiwać gości…
— Dobrze, podamy im porcje tortu, ale niech Dath go pokroi — uparłem się.