Po tych słowach zarzucił sobie kaptur na głowę i wycofał się w stronę namiotu. Napotkał biegnących w naszym kierunku Protektora i Regulatorkę, którzy rozstąpili się, robiąc mu przejście. Skinęli głowami i wymamrotali jakieś pełne szacunku powitanie, którego nikt nie raczył mnie nawet nauczyć. Oboje sprawiali wrażenie spiętych. W zwyczajnych okolicznościach granica ich wpływów była jasno określona: wytyczał ją mur. Podczas apertu sytuacja się komplikowała, bo na dziesięć dni mur przestawał istnieć.
Suur Trestanas chciała rzucić w Lio Księgą, ale fraa Delrakhones był zadowolony z obrotu spraw, miał tylko jedno zastrzeżenie: kiedy Lio zobaczył czterech slogów wymykających się z namiotu, powinien był zawiadomić kogo trzeba, zamiast w pojedynkę stawiać im czoło.
— Ale czy to jest wykroczenie? — spytała suur Trestanas. — Czy może jednak nie?
— Dla mnie jest to wykroczenie, na które można przymknąć oko — odparł Delrakhones. — Ale nie jestem Regulatorem.
— A ja jestem — przypomniała mu niepotrzebnie Trestanas. — I dla mnie bójka podczas apertu, kiedy nasi fraa mają zabawiać gości i usługiwać im przy stole, jest czymś nie do przyjęcia i powinna prowadzić do odrzucenia.
To stwierdzenie było do tego stopnia oburzające, że natychmiast wtrąciłem się do rozmowy, jakby udzieliła mi się impulsywność Lio:
— Na waszym miejscu zapytałbym najpierw o zdanie inkwizytora Varaksa.
Trestanas zmierzyła mnie wzrokiem od stóp do głów, jakby widziała mnie pierwszy raz w życiu. Co wcale nie było takie nieprawdopodobne.
— Ilość czasu, jaki spędzasz w towarzystwie naszych szacownych gości, jest doprawdy zdumiewająca i w najwyższym stopniu niezwykła — odparła.
— To przypadek, zapewniam — próbowałem się bronić.
Kłopot w tym, że — jak uświadomiłem sobie poniewczasie — suur Trestanas była zazdrosna o inkwizytorów. Można by pomyśleć, że marzy o romansie z Varaksem i Onali, a oni wolą mnie. Nie mogło być mowy, żeby uwierzyła w przypadkowy charakter naszych spotkań; Regulatorzy nie wierzą w przypadki.
— Jest dla mnie całkiem oczywiste, że nie zdajesz sobie sprawy z władzy, jaką ma nad nami Inkwizycja.
— To nie tak… Wiem, że mają prawo obłożyć koncent kwarantanną, która może trwać nawet sto lat. W tym czasie nasza dieta byłaby ograniczona do najbardziej podstawowych produktów; wystarczająca do przeżycia, ale monotonna. Jeżeli po stuleciu nie nawrócilibyśmy się na właściwą drogę, wróciliby i zrobili czystkę od góry do dołu. Mają też prawo wyrzucić każdego hierarchę i zastąpić go… lub ją… innym, wybranym przez siebie…
Zawahałem się, bo umysł zaczynał (z opóźnieniem) analizować implikacje mojej wypowiedzi. Ja oczywiście tylko powtarzałem zasłyszane wcześniej słowa Arsibalta, ale dla Trestanas musiało to zabrzmieć jak prowokacja.
— Czyżbyś uważał, że obecni hierarchowie Saunta Edhara nie wywiązują się należycie ze swoich obowiązków? — spytała spokojnie. Zbyt spokojnie. — Może należałoby pozbyć się Delrakhonesa? Albo Statha? Albo mnie?
— Wcale tak nie pomyślałem! — zarzekłem się i ugryzłem się w język, żeby nie dodać „Aż do teraz”.
— Skąd zatem te potajemne konszachty z inkwizytorami? Jesteś jedynym nie-hierarchą, z którym w ogóle rozmawiali, w dodatku teraz już dwukrotnie, i to w wybitnie prywatnych okolicznościach.
— To szaleństwo — wykrztusiłem. — Jakiś obłęd…
— Gra toczy się o stawkę, jakiej chłopiec w twoim wieku nie jest w stanie ogarnąć rozumem. Twoja naiwność, w połączeniu z niechęcią do przyznania się do niej, naraża nas wszystkich na niebezpieczeństwo. Skazuję cię na karę Księgi.
— Nie! — Nie wierzyłem własnym uszom.
— Rozdziały od pierwszego do… do… piątego.
— To jakiś żart?!
— Wiesz, co robić. — Trestanas spojrzała znacząco w stronę tumu.
— Wiem, wiem. W porządku. Rozdziały od pierwszego do piątego.
Ruszyłem w stronę namiotu.
— Stój — powstrzymała mnie suur Trestanas.
Zatrzymałem się.
— Tum jest tam — powiedziała z rozbawieniem. — Idziesz nie w tę stronę.
— Przy stole siedzą moja koligatka i kuzyn. Wyjaśnię im, dlaczego muszę ich zostawić.
— Tum jest tam — powtórzyła.
— I tak nie zdążę z pięcioma rozdziałami przed wschodem słońca — zauważyłem. — Zanim wyjdę z celi, brama zostanie zamknięta, a ja muszę się jeszcze pożegnać z rodziną.
— Musisz? Ciekawy dobór słów. Pozwól, że przypomnę ci podstawy semantyki; wy, wyznawcy Hylaei, uwielbiacie takie wykłady. Musisz iść do tumu, a chcesz pożegnać się z rodziną. Cały sens bycia fraa polega na uwolnieniu się od pragnień, które zniewalają mieszkańców extramuros. Wyświadczam ci przysługę, zmuszając cię do dokonania wyboru teraz, w tej chwili. Jeżeli naprawdę tak bardzo chcesz zobaczyć się z rodziną, idź: wyjdź przez bramę i nie wracaj. Ale jeśli chcesz zostać, musisz udać się prosto do tumu.
Rozejrzałem się w poszukiwaniu Lio — mógłbym go poprosić o przekazanie wiadomości Cord i Dathowi — ale stał w tej chwili dość daleko ode mnie i relacjonował Delrakhonesowi przebieg bójki. Zresztą nie chciałem dawać suur Trestanas dodatkowej satysfakcji płynącej z wydania mi kolejnego zakazu.
Odwróciłem się więc plecami do resztek mojej rodziny i ruszyłem w stronę tłumu.
Część 3 KWALIFIK
Nuda jest maską, którą przywdziewa frustracja. Gdzież mógłbym się bardziej napawać prawdziwością słów fraa Orola niż w jednej z regulatorskich cel pokutnych? Jakiś sprytny architekt w taki sposób zaprojektował te pomieszczenia, żeby w stosunku do frustracji pełniły taką samą rolę jak soczewka wobec światła. Moja cela nie miała drzwi. Od wolności oddzielał mnie wąski ostrołuk, typowy dla Starej Epoki Matemowej, wbudowany pomiędzy masywne bloki kamienia pokryte gryzmołami poprzednich więźniów. Nie wolno mi było przekroczyć go ani przyjmować gości, dopóki nie odprawię pokuty. Przez łuk wychodziło się na krużganek, w którym stale panował ruch: pomniejsi hierarchowie spieszyli w tę i z powrotem, zajęci swoimi sprawami. Krużganek okalał dziedziniec, którego środek przebijało prezbiterium; mogłem bez przeszkód zajrzeć do wnętrza i obejrzeć kopułę od środka, ale wysoki parapet zasłaniał mi widok w dół, gdzie na skrzyżowaniu naw (dwieście stóp niżej) odprawiano certyfik. Słyszałem jednak muzykę, a patrząc na wprost, widziałem łańcuch poruszany przez moich kompanów przy nakręcaniu zegara i rozkołysane sznury prowadzące do dzwonów, na których Tulia i jej towarzyszki wygrywały zmiany.
Z drugiej strony celi rozpościerał się ciekawszy widok: tutaj w matemowy ostrołuk wprawiono okno wychodzące na łąkę. Ono również służyło nasileniu frustracji i (w konsekwencji) wzmożeniu nudy, ponieważ gdybym tylko chciał, mógłbym przez cały dzień obserwować swoich braci i siostry chodzących swobodnie po terenie koncentu i (jak zakładałem) dyskutujących o niezwykle interesujących sprawach — albo przynajmniej opowiadających sobie zabawne historie. Zewnętrzny chodnik okalający siedzibę Protektora przesłaniał mi większość nieba, ale widziałem je bez przeszkód do wysokości około dwudziestu stopni nad horyzontem. Okno wychodziło w przybliżeniu na Bramę Stulecia; przytykając twarz do szyby, daleko z prawej strony widziałem także Bramę Dekady. Kiedy po Dziesiątej Nocy wzeszło słońce, mogłem wysłuchać nabożeństwa na zakończenie apertu. Wyglądając przez łuk wejściowy, widziałem, jak poruszają się łańcuchy uruchamiające zawory, a kiedy przeszedłem do okna, mogłem podziwiać, jak srebrna niteczka wody płynie akweduktem do Bramy Dekady, której skrzydła z chrzęstem się zamykają. Extramuros zebrała się tylko garstka gapiów. Przez chwilę zadręczałem się myślą, że Cord stoi wśród nich, sama jak palec, i czeka, żebym w ostatniej chwili wybiegł i przytulił ją na pożegnanie, ale gdy tylko brama się zatrzasnęła, wszystkie takie pomysły wywietrzały mi z głowy. Patrzyłem, jak deklaranci zwijają namiot i składają stoły. Zjadłem kawałek chleba i wypiłem mleko, przyniesione mi przez służbę suur Trestanas.