Выбрать главу

Następnego dnia znowu usłyszałem te same zmiany: dwie osoby dołączyły do edharczyków, jedna — Ala — do Nowego Kręgu. Nie była to żadna niespodzianka, zawsze obstawialiśmy, że w przyszłości Ala zostanie hierarchą, ale nie wiedzieć czemu ta wiadomość nie dawała mi spokoju i długo nie mogłem zasnąć. Czułem się tak, jakby odfrunęła do jakiegoś odległego koncernu i już nigdy jej nie spotkam, nigdy się z nią nie pokłócę, nigdy nie będę się z nią ścigał w rozwiązywaniu problemów teorycznych — co było niedorzeczne, bo przecież zostawała w Edharze i mieliśmy się codziennie spotykać na kolacji w refektarzu. Jakaś cząstka mojego mózgu uparła się jednak, aby decyzję Ali postrzegać w kategoriach osobistej straty, i za karę nie dawała mi zasnąć.

Ze sposobu, w jaki odcyfrowałem zmiany z ruchu sznurów, płynęła dla mnie pewna nauka. Opisując wydarzenia z ubiegłych tygodni (nadal dręczony przeczuciem, że coś mi umyka), dotarłem właśnie do mojej rozmowy z fraa Orolem w gwiezdnym kręgu i jego przyciszonej konwersacji z suur Trestanas, do której doszło chwilę później przy kracie. Pisząc o tym, wyjrzałem przez okno, wypatrując miejsca, w którym się wtedy spotkaliśmy — i stwierdziłem, że krata jest zamknięta, chociaż przecież był dzień. Ze swojej celi widziałem także kratę centenarystów: ona również była opuszczona. Z każdym upływającym dniem utwierdzałem się w przekonaniu, że gwiezdny krąg został całkowicie odcięty od reszty koncentu i że nastąpiło to właśnie wtedy, w ósmym dniu apertu, kiedy Klucznik zatrzasnął kratę za plecami moimi i Orola. To właśnie zamknięcie gwiezdnego kręgu (wydarzenie bez precedensu w dziejach Koncentu Saunta Edhara) musiało się stać tematem sporu Orola z Trestanas.

Czy naprawdę trzeba bardzo wysilać wyobraźnię, żeby zacząć podejrzewać, że kiedy dwa dni później w koncencie zjawili się inkwizytorzy, ich wizyta nie była dziełem przypadku? Nasz gwiezdny krąg znajdował się pod tym samym niebem co wszystkie inne na świecie. Jeżeli nasz został zamknięty (czyżby na niebie znajdowało się coś, czego nie powinniśmy oglądać?), inne musiał spotkać podobny los. Polecenie rozeszło się po Retikulum w ósmym dniu apertu; itowie przekazali je suur Trestanas. Dokładnie w tym samym czasie Varax i Onali wyruszyli w podróż do „odległej pustelni saunta Edhara”.

Wytłumaczenie brzmiało sensownie, ale nie przybliżało mnie do odpowiedzi na najważniejsze dręczące mnie pytanie: po co w ogóle zamykać gwiezdny krąg? Był to naprawdę ostatni zakątek koncentu, którym na co dzień interesowali się hierarchowie. Mieli dbać o przestrzeganie Dyscypliny i w tym celu usiłowali nie dopuścić do sytuacji, w której wieści ze świata sekularnego mogłyby wpływać na życie deklarantów. Tymczasem informacje pochodzące z gwiezdnego kręgu były z natury ponadczasowe i nierzadko pochodziły sprzed miliardów lat. Zresztą nawet wydarzenia, postrzegane przez nas jako współczesne, sprowadzały się do burz piaskowych na jakiejś skalistej planecie albo fluktuacji wirów na gazowym olbrzymie. Co takiego można było dostrzec z gwiezdnego kręgu, co można by uznać za informację sekularną?

Niczym fraa, który obudziwszy się w swojej celi przed świtem, czuje dym i wie, że ogień musiał się tlić i narastać przez długie godziny, spędzone przez niego w słodkim zapomnieniu, czułem nie tylko niepokój, ale także wstyd z powodu swojej opieszałości.

Fakt, że prawie codziennie odprawiano kwalifik, wcale mi nie pomagał. Od mniej więcej roku czułem, że nie nadążam za innymi fidami, że wyprzedzają mnie w teoryce i kosmografii. Całkiem poważnie myślałem o przystąpieniu do jakiegoś nie-edharskiego zakonu i zostaniu hierarchą, po czym dość niespodziewanie (niedługo przed tym, jak Trestanas skazała mnie na karę Księgi) postanowiłem jednak zawalczyć o miejsce wśród edharczyków i poświęcić się zgłębianiu tajników Hylaejskiego Świata Teorycznego. A zamiast tego utknąłem w celi, zmuszony czytać bzdury, i dawałem się jeszcze bardziej wyprzedzić konkurentom, którzy pomału zapełniali wolne miejsca w edharskiej kapitule. Nie było oficjalnego limitu przyjęć, ale gdyby edharczycy przyjęli więcej niż dziesięciu, dwunastu nowych deklarantów, inne zgromadzenia by ucierpiały i zrobiłoby się nieprzyjemnie. Kiedy trzydzieści lat temu przystępował do nich Orolo, przyjęli łącznie czternaście osób — i ludzie do dziś o tym rozprawiali.

Pewnego popołudnia, tuż po certyfiku, rozdzwoniły się dzwony. Spodziewałem się usłyszeć kolejne wezwanie na kwalifik — do tej pory pięcioro moich przyjaciół dołączyło do edharczyków, troje do Nowego Kręgu i jeden do Zreformowanych Faanów Starych — ale w głębi serca coś mi podpowiadało, że tak brzmiących zmian jeszcze nie słyszałem.

Znowu odłożyłem pióro (nie pierwszy raz żałowałem, że pokuta nie przytrafiła mi się w jakimś mniej interesującym okresie) i usiadłem w miejscu, z którego widziałem sznury. Po kilkuminutowej obserwacji wiedziałem już na pewno, że karylion nie zapowiada kwalifiku. Coś ścisnęło mnie w piersi na myśl o tym, że szykuje się peanatema, ale zanim na dobre rozeznałem się w zmianach, skończyły się. Następne pół godziny przesiedziałem więc w bezruchu, słuchając, jak nawy się zapełniają. Zebrał się tłum: deklaranci ze wszystkich matemów przerwali swoje zajęcia i spotkali się w tumie. I wszyscy mówili jednocześnie. Nic nie rozumiałem, ale w tonie ich głosów wyczuwałem ogólne podniecenie i wyczekiwanie na jakieś niecodzienne wydarzenie. Mimo trawiącego mnie lęku zdołałem sobie wytłumaczyć, że na pewno nie będzie to peanatema: gdyby deklaranci wiedzieli, że mają być świadkami odrzucenia, nie rozprawialiby z takim ożywieniem.

Rozpoczęło się nabożeństwo. Bez muzyki. Słyszałem, jak Prymas wypowiada znajome starorthyjskie frazy (oficjalne wezwanie dla wszystkich mieszkańców koncentu), po czym przechodzi na noworthyjski i odczytuje formułę, która musiała powstać w początkach Rekonstrukcji. Na zakończenie podniósł głos, tak że usłyszałem wyraźnie:

— Voco fraa Paphlagon z kapituły centenarystów z Zakonu Saunta Edhara.

A zatem voco. Byłem świadkiem tego rytu zaledwie po raz trzeci, przy czym dwa poprzednie odprawiano, kiedy miałem około dziesięciu lat.

Kiedy ja oswajałem się z tą myślą, z głębi prezbiterium dobiegło mnie najpierw zbiorowe westchnienie, a potem głęboki jęk. Westchnienie wyrwało się z piersi większości deklarantów, jęk zaś wydali setnicy, którzy na zawsze tracili jednego z braci.

W następnej chwili zrobiłem coś szalonego — ale wiedziałem, że ujdzie mi to płazem: wyszedłem z celi. Przeszedłem przez krużganek i spojrzałem ponad balustradą w dół.

W prezbiterium było tylko troje ludzi: Statho w fioletowych szatach oraz Varax i Onali, których rozpoznałem po nakryciach głowy. Poza tym w tumie — w oddzielonych ekranami nawach — zapanował taki tumult, że ryt musiał zostać przerwany.

Zamierzałem tylko rzucić okiem, zorientować się w sytuacji i wracać do celi. Ale nie poraził mnie piorun. Nie zabrzmiał alarm. Na górze nikogo nie było! Nic dziwnego, uświadomiłem sobie poniewczasie: dzwony wybiły przecież voco, a wtedy w tumie zbierali się dosłownie wszyscy. Nie mogło być inaczej, bo nikt nie wiedział, czyje imię zostanie wyczytane.

Właśnie, skoro już o tym mowa… Ja chyba też powinienem być na dole! Voco na pewno jest jedną z tych wyjątkowych okazji, kiedy nawet skazańcy mają prawo opuścić celę. Dlaczego w takim razie nikt od Regulatorki po mnie nie przyszedł? Na pewno przez zwykłe niedopatrzenie; nie mieli pewnie ustalonych procedur na takie okazje. Zresztą ja nie rozpoznałem zmian, więc i oni mogli nie zorientować się, że biorą udział w voco, dopóki ryt się nie rozpoczął — a wtedy było już za późno, żeby po mnie biec. Musieli tkwić na dole do końca…