Chwilę później dwie postaci w fioletowych szatach wyszły przez Bramę Dzienną: Varax i Onali zdjęli kapelusze, żeby wzbudzony śmigłami pęd powietrza nie zrobił tego za nich. Dwa kroki za nimi szedł fraa Paphlagon, mocno pochylony, łapiąc garściami nieposłuszny zawój, który groził mu obnażeniem całego ciała. Inkwizytorzy zatrzymali się przy drzwiach aeroplanu, podali Paphlagonowi ręce i pomogli mu wgramolić się do środka, po czym sami wcisnęli się za nim. Jakiś mechanizm automatycznie zamknął właz, wirniki przyspieszyły i aeroplan zaczął się odrywać od ziemi, a kiedy pilot otworzył przepustnice do oporu, w mgnieniu oka wyskoczył na pięćdziesiąt stóp w górę. Skrzydła się przechyliły, aeroplan zaczął się rozpędzać w poziomie, wzleciał ponad staw i nad miastem wykręcił na zachód.
Był to chyba najbardziej odjazdowy widok w moim życiu. Zacząłem już snuć plany opowiedzenia o tym chłopakom w refektarzu.
I wtedy sobie przypomniałem, że jestem zbiegłym więźniem.
Zanim dotarłem do chronotchłani, voco dawno się skończyło. Z dołu nadal niósł się gwar głosów, stawał się jednak coraz cichszy, gdyż nawy szybko pustoszały. Większość deklarantów wychodziła z tumu, ale niektórzy wchodzili po schodach w narożnych wieżach i wracali do swoich obowiązków w kwaterach Protektora i Regulatorki. Popędziłem więc na złamanie karku, hałasując niemiłosiernie, ale kiedy znalazłem się niżej, musiałem zwolnić kroku i zachować ostrożność, mimo obaw, że najszybsi wspinacze z dołu mnie uprzedzą.
Pierwsi zjawili się na górze dwaj młodzi hierarchowie podlegający Protektorowi; chcieli jak najszybciej wdrapać się na galerię, licząc na to, że zdążą jeszcze zobaczyć oddalający się aeroplan. Dotarłem na dziedziniec Protektora (od góry) na chwilę przed tym, zanim oni dobiegli z dołu, i zacząłem się rozglądać za kryjówką w krużganku. Cała ta kondygnacja tumu była wręcz zawalona przedmiotami, które tylko Protektor mógł uznać za ozdoby — czyli głównie popiersiami i posągami nieżyjących bohaterów. Najpaskudniejsza ze wszystkich była odlana z brązu figura Amnectrusa, Protektora z czasów Trzeciej Łupieży. Przedstawiono go w naturalnej wielkości pozie, w jakiej spędził ostatnie dwadzieścia godzin życia: klęczącego przy otworze strzelniczym i patrzącego przez lunetę długiego karabinu. Protektor był z brązu, ale broń i otaczające go morze łusek były prawdziwymi relikwiami. Stał na autentycznym sarkofagu Amnectrusa.
Schowałem się za nim. Dwaj szybkobiegacze minęli mnie pędem, kierując się ku zachodniej galeryjce. Kiedy przebiegli tuż obok, odczekałem jeszcze chwilę i rzuciłem się w stronę schodów prowadzących do apartamentów Regulatorki — okrężną drogą, żeby nie napatoczyć się na dalszych sprinterów. Przypadłem do ziemi za niską ścianą okalającą krużganek, podniosłem się ostrożnie i na czworakach okrążyłem część dziedzińca, aż dotarłem do swojej celi. Nigdy nie myślałem, że tak się ucieszę na jej widok.
Pozostał jeszcze tylko jeden mały problem: ociekałem potem, dyszałem jak zgoniony koń, serce łomotało mi jak wirniki aeroplanu, miałem otarcia na rękach i kolanach i cały dygotałem z nerwów i wyczerpania. Na to jednak nic już nie mogłem poradzić. Czystymi arkuszami otarłem pot z twarzy, otuliłem się zawojem najszczelniej jak się dało i przysiadłem na sferze przy oknie, plecami do drzwi, jakbym podziwiał widoki. Pozostało mi jeszcze tylko uspokoić oddech i czekać, aż ktoś od Regulatorki do mnie zajrzy.
— Fraa Erasmas?
Odwróciłem się: to była suur Trestanas, również trochę zaczerwiona po wspinaczce.
Weszła do celi. Od Dziesiątej Nocy nie rozmawialiśmy, ale teraz wydała mi się dziwnie zwyczajna i ludzka, jakbyśmy byli dobrymi znajomymi, którzy umówili się na pogawędkę.
— Mhm? — mruknąłem. Wolałem nie mówić nic więcej; bałem się, że mój głos dziwnie zabrzmi.
— Wiesz, co się stało?
— Trochę trudno powiedzieć, jak człowiek siedzi zamknięty w celi. Ale brzmiało to jak voco.
— Bo to było voco. A ty powinieneś był być na dole, w tumie.
Udałem sparaliżowanego grozą — co wcale nie było takie trudne, biorąc pod uwagę mój stan. Może zresztą Trestanas chciała wywołać właśnie taki efekt i tym łatwiej dała się nabrać. W każdym razie odczekała chwilę, żeby dodatkowo mnie pognębić, zanim oznajmiła:
— Tym razem nie rzucę w ciebie Księgą, chociaż dopuściłeś się poważnego wykroczenia.
Musiałabyś mi zadać rozdział szósty, pomyślałem. Ale wtedy mógłbym się odwołać, a ty wolałabyś nie bronić swojej decyzji.
— Dziękuję, suur Trestanas. To mało prawdopodobne, ale gdyby zdarzyło się tak, że następne voco wypadnie jeszcze podczas mojej tu obecności, mam zejść na dół?
— Owszem. Obejrzysz go zza ekranu Prymasa, po czym bezzwłocznie wrócisz tutaj.
— Chyba że to moje imię zostanie wywołane.
Nie miała ochoty na żarty, więc moja uwaga tylko ją zmieszała. A zmieszanie ją rozdrażniło.
— Jak ci idzie rozdział piąty? — zapytała.
— Za tydzień lub dwa powinienem być gotowy do egzaminu.
Zacząłem się zastanawiać, jak mam przez ten czas wykraść tabliczkę z Oka Clesthyry.
Suur Trestanas prawie, prawie się do mnie uśmiechnęła, zanim wyszła. Może miało to coś wspólnego z faktem, że inkwizytorzy sobie poszli, a wraz z nimi ulotniły się nieznane mi motywy, które kazały jej rzucić we mnie Księgą. Tak czy inaczej, odniosłem wrażenie, że w sensie praktycznym moja pokuta dobiegła końca i zamknięcie jej jest już czystą formalnością. Z tym większym zapałem zabrałem się do studiowania Księgi i do wieczora poczyniłem w rozdziale piątym większe postępy niż przez cały poprzedni tydzień.
Następnego dnia znowu ogłoszono kwalifik: dwóch z nas przystąpiło do edharczyków i dwóch do Nowego Kręgu. Zreformowani Faanowie Starzy jak zwykle musieli się obejść smakiem.
Jednym z fidów wybranych do Nowego Kręgu był Lio. Zaskoczyło mnie to do tego stopnia, że przez pewien czas zastanawiałem się nawet, czy na pewno dobrze usłyszałem imię. Lio był dla mnie oczywistym kandydatem na Protektora; sposób, w jaki rozprawił się ze slogami w Dziesiątą Noc, z pewnością zrobił ogromne wrażenie na Delrakhonesie. Zatrudnienie u Protektora oznaczało funkcję hierarchy, a tę z jakiegoś powodu tradycyjnie łączono z Nowym Kręgiem. Skąd zatem moje zdziwienie? Stąd, że (jak uświadomiłem sobie, leżąc nocą na sienniku i gapiąc się w sufit) należeliśmy do jednego zespołu i od tak dawna razem obsługiwaliśmy certyfiki, że po prostu się do niego przyzwyczaiłem i zakładałem, że razem z Jesrym i Arsibaltem zawsze już będziemy razem. Wydawało mi się również, że moi towarzysze podzielają moje poglądy i nadzieje. Ale emocje się zmieniają i zaczynałem rozumieć, że odkąd trafiłem do celi, zmiany te przybrały na intensywności.