Dwa dni później Arsibalt dołączył do Zreformowanych Faanów Starych i tylko ślepemu trafowi zawdzięczam fakt, że nikt w prezbiterium nie usłyszał mojego zdumionego wrzasku:
— Co takiego?!
Mogłem się przewracać na sienniku z boku na bok do białego rana, ale żadna iluminacja by mi tego nie wytłumaczyła. Zreformowani Faanowie Starzy byli na wymarciu, i to od zawsze, od początku istnienia zakonu.
Musiałem jak najszybciej wyrwać się z celi. Zarzuciłem codzienne ćwiczenia, przestałem pisać dziennik i skoncentrowałem się wyłącznie na rozdziale piątym. Zanim dałem znać, że jestem gotowy do egzaminu, łącznie jedenastu fidów trafiło do Zakonu Saunta Edhara, dziewięciu do Nowego Kręgu i sześciu do Zreformowanych Faanów Starych. Moje możliwości wyboru — o ile jeszcze jakieś mi pozostały — kurczyły się z godziny na godzinę. W chwilach szczególnego przygnębienia zastanawiałem się, czy kara Księgi nie była ze strony suur Trestanas zabiegiem werbunkowym, sposobem skazania mnie na jakiś nie-edharski zakon i zepchnięcia na ścieżkę, która zaprowadziłaby mnie do kompleksu Prymasa, gdzie jako pomniejszy hierarcha zawsze już byłbym czyimś podwładnym. Zwyczajni fraa i suur podlegali tylko i wyłącznie Dyscyplinie, a hierarchowie tworzyli piętrową strukturę władzy — taka była cena, jaką płacili za posiadane wpływy.
Następnego dnia przystąpiłem do egzaminu — po kwalifiku, w którym kolejny fid przeszedł do Nowego Kręgu, a trzech innych do faanów; dwóch z tej trójki Arsibalt wcześniej nazwał „zmiotkami”, trzeci zaś był nieprzeciętnie bystry. Z mojego rocznika zostałem tylko ja i jeszcze jedna osoba. Nie notowałem imion przyjętych, więc pewnie dawno bym się pogubił w rachubach, gdyby nie fakt, że tą drugą osobą była Tulia.
W liczącej trzech egzaminatorów komisji nie było suur Trestanas. W pierwszej chwili ucieszyłem się z tego, ale zaraz potem odczułem irytację. Właśnie zmarnowałem miesiąc życia na zadaną przez nią pokutę i zaprzepaściłem szansę na wstąpienie do Zakonu Świętego Edhara, a jej nawet nie chciało się przyjść.
Zaczęli od podchwytliwych pytań na temat rozdziału drugiego, licząc na to, że przekartkowałem go pospiesznie w pierwszym dniu kary i zdążyłem wszystko zapomnieć. Ja jednak spodziewałem się takiego wybiegu z ich strony i poprzedniego dnia w kilka godzin powtórzyłem sobie pierwsze trzy rozdziały.
Kiedy wyrecytowałem cyfry pi od sto dwudziestej siódmej do dwieście osiemdziesiątej trzeciej, stracili resztki zapału. Na rozdział piąty poświęcili zaledwie dwie godziny, czyli potraktowali mnie niezwykle pobłażliwie. Z powodu kwalifiku cały rozkład dnia był opóźniony, a że zbliżało się zimowe przesilenie i wcześnie robiło się ciemno, miało się wrażenie, że jest jeszcze później niż w rzeczywistości. Słyszałem, jak egzaminatorom burczy w brzuchach. Komisji przewodniczył fraa Spelikon, hierarcha w siódmej dekadzie życia, pominięty przy wyborze Regulatora na rzecz suur Trestanas. W ostatniej chwili doszedł chyba do wniosku, że nie dość mnie wymęczyli, i próbował walczyć. Wystarczyło jednak, że krótko i konkretnie odpowiedziałem na pierwsze z jego pytań; postawa i ton głosu pozostałej dwójki nie pozostawiały wątpliwości: egzamin dobiegł końca. Spelikon wziął do ręki leżące przed nim na stole okulary, przytrzymał je na wysokości nosa i z wiekowego arkusza odczytał formułę stwierdzającą zakończenie pokuty. Byłem wolny.
Mimo odczuwalnie późnej pory, do kolacji została jeszcze godzina. Zapytałem, czy mogę wrócić do celi po notatki, i Spelikon wystawił mi przepustkę, która pozwalała mi zostać na dziedzińcu apartamentów Regulatorki aż do pory kolacji.
Podziękowałem i wyszedłem na dziedziniec, okazując przepustkę napotkanym po drodze hierarchom. Przez czas, jakiego potrzebowałem na dotarcie do celi i wygrzebanie wciśniętego pod siennik dziennika, w mojej głowie dojrzała idea, o istnieniu której nie miałem pojęcia jeszcze pół minuty wcześniej, żegnając się z egzaminatorami. Bez reszty zawładnęła moim umysłem.
Może to dobry moment, żeby zakraść się do gwiezdnego kręgu i zabrać tabliczkę?
Oczywiście zdrowy rozsądek zwyciężył. Zawinąłem dziennik w luźny koniec zawoju i wyszedłem z celi — miałem nadzieję, że raz na zawsze. Pięćdziesiąt kroków po krużganku zaprowadziło mnie na południowo-zachodni skraj tarasu, gdzie zaczynały się schody w dół, do wieży dziesiętników. Przemierzali je nieliczni fraa i suur, szykując się do zmiany warty na dziedzińcu Protektora. Przepuściłem jednego z nich, idącego na górę. Osłonił twarz połą zawoju i nie patrzył, gdzie idzie, ale poznałem go po stopach, zanim odrzucił kaptur i odsłonił świeżo wygoloną głowę. To był Lio.
Mieliśmy sobie tyle do powiedzenia, że żaden nie wiedział, od czego zacząć, i przez chwilę obaj wydawaliśmy jakieś nieartykułowane dźwięki. Co chyba wyszło nam na dobre, bo na dziedzińcu Regulatorki wolałem nic nie mówić.
— Pójdę z tobą — zaproponowałem w końcu i zrównałem krok z Lio.
— Musisz pogadać z Tulią — wymruczał, kiedy weszliśmy na schody. — I z Orolem. Ze wszystkimi musisz pogadać.
— A ty co, idziesz do nowej roboty?
— Delrakhones wysłał mnie na staż. Zaraz, a ty dokąd?
— Do gwiezdnego kręgu.
— Ale… — Lio złapał mnie za rękę. — Przecież za to mogą cię odrzucić, durniu!
— To, co robię, jest ważniejsze niż możliwość odrzucenia — odparłem trochę głupio, ale miałem buntowniczy nastrój i nie myślałem za wiele. — Później ci to wyjaśnię.
Zepchnąłem Lio z wewnętrznego chodnika, zbyt zatłoczonego, żeby wygodnie się nim szło, i pociągnąłem go w stronę skraju dziedzińca, jakbyśmy zamierzali wyjść na galeryjkę. Po drodze musieliśmy pokonać wąskie, łukowate przejście. Lio puścił mnie przodem. Wśliznąłem się przed niego — i dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że odwracam się doń plecami. Zanim ta myśl dotarła do mojego mózgu, Lio wykręcił mi rękę i miałem wybór: poruszyć się i przez następne dwa miesiące nosić rękę na temblaku albo się nie ruszać. Znieruchomiałem.
Ale językiem mogłem ruszać swobodnie.
— Miło cię znowu widzieć, ostogłowy. Najpierw pakujesz mnie w kłopoty, a teraz to.
— Sam się wpakowałeś w kłopoty. Ja tylko pilnuję, żeby się to nie powtórzyło.
— Tak się to załatwia w Nowym Kręgu?
— Nie powinieneś wypowiadać się o wynikach kwalifików, bo nie masz pojęcia, co się dzieje.
— Puść mnie, z łaski swojej. Zajrzę do gwiezdnego kręgu, a potem pójdę prościutko do refektarza i nadrobię zaległości.
— Patrz.
Okręcił mnie w miejscu, tak że spojrzałem wstecz na drogę, którą przyszliśmy. Na schodach panowała cisza; trochę się bałem, że zostaliśmy zauważeni, ale po chwili minął nas zmierzający do góry pochód ubranych na czarno postaci w cylindrach. Zniknęli w chronotchłani nad naszymi głowami i zaczęli się wspinać po żelaznych stopniach.
— No tak… — mruknąłem. — Nic dziwnego, że na górze jest tak czysto.
— Byłeś na górze?! — Lio był tak poruszony, że w bolesny sposób zacisnął chwyt na moim ramieniu.
— Puść! Obiecuję, że już tam nie pójdę.
Lio puścił moją rękę, a ja powoli, z namaszczeniem ułożyłem ją w znośniejszej pozycji, zanim na niego spojrzałem.
— Co tam zobaczyłeś? — zainteresował się.
— Na razie nic, ale chciałbym wyciągnąć stamtąd pewną tabliczkę fotomnemoniczną, która może, chociaż nie musi, dać nam jakąś wskazówkę.