Выбрать главу

— Nie podoba mi się twój sposób myślenia. Zachowujesz się tak, jakbyśmy wykorzystali twoją krótką nieobecność i błyskawicznie dorośli, a ty zostałeś dzieckiem.

Zamurowało mnie. Stanąłem w miejscu. Tulia zrobiła jeszcze kilka kroków, zanim się do mnie odwróciła.

— Czy to jest w jakiejś mierze moja wina? — zapytała, przedrzeźniając mnie. — Kogo to obchodzi? Było, minęło. Koniec.

— Obchodzi mnie to, bo może mieć wpływ na postrzeganie mnie przez edharczyków…

— Przestań się tak tym przejmować. Albo przynajmniej tyle o tym nie mów.

— Jak chcesz. Przepraszam, po prostu zawsze miałem cię za osobę, z którą można o takich rzeczach pogadać…

— I myślisz, że do końca życia chcę pozostać taką osobą? Powiernikiem całego koncentu?

— Najwyraźniej nie chcesz.

— No właśnie. Skończmy tę rozmowę. Idź do Haligastreme, ja poszukam Corlandina; powiemy im, że jutro wstępujemy do ich zakonów.

— Dobrze.

Z udawaną nonszalancją wzruszyłem ramionami i zawróciłem w kierunku mostu. Tulia dogoniła mnie i dalej poszliśmy razem. Nie odzywałem się. Zaprzątała mnie perspektywa wstąpienia do zakonu, który mnie nie chce i którego wielu członków może mieć do mnie pretensje, że zająłem miejsce przeznaczone dla Tulii.

Jakaś cząstka mnie miała ochotę ją znienawidzić za tę bezwzględność, lecz z satysfakcją muszę przyznać, że zanim dotarliśmy do końca mostu, ten głos umilkł (w przyszłości miał się jeszcze czasem odzywać, ale starałem się go wtedy ignorować). Byłem śmiertelnie przerażony, że w takich okolicznościach dołączę do Zakonu Edhara, ale wiedziałem, że najlepiej zrobię, prąc naprzód, bez wspierania się na ramieniu Tulii (czy kogokolwiek innego); czułem się trochę podobnie jak przy przeprowadzaniu dowodu teorycznego, kiedy człowiek wie, że jest na właściwym tropie, i wszystko inne przestaje się liczyć. Promyk piękna, o którym wspomniał Orolo, sięgał ku mnie poprzez mrok. Mogłem podążyć za nim jak po wygodnej drodze.

— Chcesz porozmawiać z Orolem? — zapytał fraa Haligastreme, kiedy podzieliłem się z nim radosną nowiną.

Nie zdziwił się, nie podskakiwał z radości… Był zmęczony. Jeden rzut oka na jego twarz, widoczną w blasku świec w Starym Kapitularzu, pozwolił mi stwierdzić, że ostatnie tygodnie wiele go kosztowały.

Rozważyłem jego propozycję. Rozmowa z Orolem wydawała się oczywistym posunięciem, a ja nawet nie próbowałem się z nim spotkać. Po rozmowie z Tulią niespecjalnie miałem ochotę zarywać noc po to, żeby opowiadać ludziom o swoich uczuciach.

— Gdzie jest?

— Powinien być na łące, z Jesrym. Prowadzą obserwacje gołym okiem.

— W takim razie nie będę im przeszkadzał.

Miałem wrażenie, że Haligastreme czerpie siłę z moich słów.

Ten fid nareszcie zachowuje się jak na chłopaka w jego wieku przystało.

— Tulia uważa, że Orolo chce, żebym trafił… tutaj — dodałem.

Powiodłem wzrokiem po Starym Kapitularzu, mieszczącym się w rozszerzeniu okalającego klauzurę krużganka. Rzadko z niego korzystano, tylko czasem odbywały się tu uroczystości — ale nie przestał być sercem obejmującego cały świat zakonu. To tutaj saunt Edhar opracował podwaliny swojej teoryki.

— Ma rację — odparł Haligastreme.

— W takim razie i ja chcę tu zostać, nawet jeśli przyjęcie z waszej strony będzie… letnie.

— Może tak to wygląda z twojego punktu widzenia, ale możesz mi wierzyć, to dla twojego dobra.

— Nie jestem przekonany.

— Niech ci będzie. — Haligastreme trochę się zirytował. — Może są i tacy, którzy mają swoje powody, żeby cię tu nie chcieć. Ale sam określiłeś przyjęcie jako letnie, a nie chłodne czy wrogie. Miałem na myśli tylko tych „letnich”.

— Jesteś jednym z nich?

— Tak. Nas, letnich, martwi tylko jedno…

— Czy nadążę za resztą.

— Otóż to.

— Nawet jeśli nie, zawsze możecie mnie zapytać o którąś tam cyfrę pi.

Haligastreme wyświadczył mi tę uprzejmość, że parsknął śmiechem.

— Wiem, że was to niepokoi — ciągnąłem. — Ale was nie zawiodę. Jestem to winien Arsibaltowi, Lio i Tulii.

— Jak to?

— Poświęcili się, żeby w przyszłości koncent mógł lepiej funkcjonować. Może dzięki nim nowe pokolenie hierarchów będzie lepsze od tego, które nam się trafiło. I może ci nowi dadzą edharczykom pracować w spokoju.

— Chyba że samo bycie hierarchą zmienia człowieka.

Część 4 PEANATEMA

Sześć tygodni po tym, jak dołączyłem do zakonu edharskiego, zaciąłem się na problemie podsuniętym mi do rozwiązania przez jednego z pomagierów Orola, który w ten sposób chciał mi dać do zrozumienia, że nie mam pojęcia, co to znaczy, że dwie hiperpowierzchnie są styczne. Poszedłem się przejść. Nie patrząc, gdzie idę, przeszedłem na drugi brzeg zamarzniętej rzeki i znalazłem się w gaju drzew arkuszowych porastających pagórek między Bramą Dekady i Bramą Stulecia.

Mimo najszczerszych wysiłków twórców tych drzew zaledwie co dziesiąty liść stanowił wartościowy materiał i nadawał się do zastosowania w typowej książce formatu quarto. Najczęściej liście okazywały się zbyt małe lub tak nieregularne, że po włożeniu w przycinarkę nijak nie dało się z nich zrobić prostokąta — takie wady dyskwalifikowały około czterech sztuk z dziesięciu (nieco więcej w latach suchych i zimnych, nieco mniej przy sprzyjającej aurze). Dziury wygryzione przez insekty oraz grube żyłki, które utrudniałyby pisanie po spodniej stronie, sprawiały, że liść mógł pójść co najwyżej na kompost; tego rodzaju skazy spotykało się najczęściej u liści rosnących blisko ziemi. Najlepsze plony zbieraliśmy z gałęzi w połowie wysokości korony, niezbyt daleko od pnia. Arbotekci zadbali o to, by w środkowej części drzewa nie brakło grubych konarów, po których młodzież mogła się z łatwością wspinać. Kiedy byłem fidem, co roku jesienią spędzałem chyba z tydzień na gałęziach takich drzew, zrywając najlepsze liście, które szybując, opadały na ziemię, do starszych deklarantów, a ci układali je w koszach. Później przywiązywaliśmy je za ogonki do rozciągniętych między drzewami sznurków, żeby schły w coraz chłodniejszym powietrzu. Po pierwszym zabójczym przymrozku zabieraliśmy je pod dach, układaliśmy w stosy i przygniataliśmy tonami kamieni. Prawidłowe postarzenie arkusza wymaga około stu lat, toteż po przygnieceniu kamieniami bieżących zbiorów odszukiwaliśmy podobne stosy sprzed mniej więcej stulecia i — jeśli wyglądały na gotowe — zdejmowaliśmy z nich ciężary i rozdzielaliśmy arkusze. Najlepsze okazy trafiały do przycinarek, skąd rozsyłaliśmy je po całym koncencie jako surowiec do produkcji ksiąg.

Poza okresem żniw rzadko zapuszczałem się do zagajnika. Teraz spacer przypomniał mi boleśnie, że zbieramy tylko drobną część jego plonów; reszta obsychała, kurczyła się i opadała. Puste stronice czyniły wiele szumu, kiedy brnąłem wśród nich, wypatrując pewnego szczególnie okazałego drzewa, na które zawsze lubiłem się wdrapywać. Kiedy wreszcie je znalazłem, nie oparłem się pokusie i wspiąłem się na dolne gałęzie. Jako chłopiec wyobrażałem sobie w takiej chwili, że znajduję się w sercu rozległej puszczy, co było wizją znacznie bardziej romantyczną od rzeczywistości, na jaką składał się zamknięty za murami matem otoczony kasynami i warsztatami oponiarskimi. Teraz jednak, kiedy drzewa potraciły liście, widziałem doskonale, że znajduję się bardzo blisko wschodniego skraju zagajnika; zarośnięte bluszczem ruiny Fundy Shufa miałem na wyciągnięcie ręki. Poczułem się trochę głupio, kiedy pomyślałem, że Arsibalt mógł mnie zobaczyć przez okno, zszedłem więc na ziemię i ruszyłem w stronę ruin. Arsibalt spędzał tam całe dnie i już od dłuższego czasu dopominał się, żebym go odwiedził, a ja ciągle się migałem. Teraz nie mogłem się wymknąć.