— Ograniczmy się chwilowo do pierdzących smoków. Jak sądzicie, ile kolorów potrafimy rozróżnić?
Opinie były różne: od ośmiu do stu. Tulia uważała, że rozpozna więcej, Lio — że mniej.
— Poprzestańmy na dziesięciu — zaproponował Orolo. — Dopuśćmy za to istnienie smoków prążkowanych, dwukolorowych.
— To daje sto kombinacji — stwierdziłem.
— Dziewięćdziesiąt — poprawił mnie Jesry. — Czerwone prążki na czerwonym tle się nie liczą.
— Dołóżmy jeszcze zmienną szerokość prążków — zasugerował Orolo. — Czy w ten sposób dojdziemy do tysiąca kombinacji?
Zgodziliśmy się z nim.
— Co dalej? Cętki. Kratka. Połączenie prążków, cętek i kratki.
— Setki tysięcy!
— Miliony!
Zdania były podzielone.
— A przypominam, że na razie rozważamy tylko smoki pierdzące gazem paraliżującym — nadmienił Orolo. — Zostają jeszcze jaszczury, żółwie, bogowie…
— Zaraz! — Jesry spojrzał znacząco na Arsibalta. — To rzeczywiście zaczyna przypominać wywód teora.
— Czyżby, fraa Jesry? A co w nim takiego teorycznego?
— Liczby. Mnogość różnych scenariuszy.
— Objaśnij nam to, z łaski swojej.
— Kiedy już dopuściłeś do rozważań hipotezy, które nie muszą spełniać kryterium wewnętrznej spójności, nic nie stoi na przeszkodzie, żeby liczba możliwości do rozważenia okazała się nieskończona. Umysł odrzuca je więc jako równie niepoważne i przestaje się nimi przejmować.
— Czy umysł sloga przypomina w tym względzie umysł saunta? — spytał Arsibalt.
— Bez wątpienia.
— A zatem to filtrowanie jest wrodzoną cechą ludzkiej świadomości. Arsibalt mówił z coraz większą pewnością siebie, za to Jesry, wyczuwając podstęp, nabrał ostrożności.
— Jakie filtrowanie? — powtórzył.
— Nie wygłupiaj się, Jesry! — zawołała suur Ala, która również rozpoczynała kuchenny dyżur. — Sam przed chwilą powiedziałeś, że umysł odrzuca przytłaczającą większość hipotetycznych scenariuszy i przestaje się nimi interesować. Jeżeli to nie jest „filtrowanie”, to naprawdę nie wiem, co mogłoby nim być.
— No przepraszam bardzo! — żachnął się Jesry. Spojrzał na mnie, Lio i Arsibalta takim wzrokiem, jakby właśnie został napadnięty i szukał świadków tego zdarzenia.
— Jakimi kryteriami kieruje się nasz umysł, wybierając znikomą mniejszość hipotez, którymi może się następnie zamartwiać? — zapytał Orolo.
— Wiarygodnością.
— Prawdopodobieństwem.
Kilka osób wymamrotało podobne odpowiedzi, ale nikt nie czuł się na tyle, pewnie, żeby z przekonaniem ich bronić.
— Fraa Erasmas wspominał wcześniej coś o spójności historii.
— Ten argument odwołuje się do przestrzeni konfiguracyjnej Hemna — wypaliłem, zanim zdążyłem dobrze pomyśleć. — I na tym polega związek z teorem Evenedrykiem.
— Mógłbyś nam to jakoś dokładniej wyłuszczyć? — zasugerował Orolo. Nie byłoby to wcale łatwe, gdybym całkiem niedawno nie rozmawiał o tym z Barbem.
— Z punktu w przestrzeni Hemna, w którym teraz się znajdujemy, do punktu, w którym żyją różowe smoki pierdzące gazem paraliżującym, nie prowadzi żadna droga zgodna z wiarygodną zasadą działania. Co po przełożeniu na język potoczny oznacza, że nie ma spójnej historii łączącej naszą rzeczywistość z rzeczywistością różowych smoków. Gdybyśmy pozbyli się zasad działania, po prostu wyrzucili je przez okno, świat miałby pełną swobodę ruchu w przestrzeni Hemna, a wyzwolony z wszelkich ograniczeń mógłby osiągać dowolne stany. Straciłby wszelki sens. Ale umysł, nawet umysł sloga, wie, że istnieje zasada działania, która dyktuje ewolucję świata pomiędzy dwoma wybranymi stanami; która ogranicza jego trajektorię do punktów łączących się w spójną opowieść. Dlatego skupia się w swoich troskach na sytuacjach bardziej prawdopodobnych, takich jak twoje odejście z matemu.
— Odchodzisz?! — Tulia była przerażona.
Inni słuchacze, którzy dołączyli do nas w trakcie rozmowy, zareagowali podobnie, ale wtedy Orolo się roześmiał, a ja wyjaśniłem, jak rozpoczął się nasz dialog. Spieszyłem się, żeby nie zdążyli się rozbiec i rozsiać plotek.
— Możesz mieć rację, fraa Erasmasie — powiedział Jesry, kiedy zamieszanie przycichło. — Ale wydaje mi się również, że masz kłopot z Bezmianem. Odwołanie do przestrzeni stanów i zasad działania to chyba zbyt poważna argumentacja, kiedy dyskutujemy o tym, czy nasz umysł ma nosa i umie instynktownie ograniczać się do prawdopodobnych powodów do zmartwienia.
— Zgoda — przyznałem.
Arsibalt był niepocieszony i rozczarowany, że poddałem się bez walki.
— Nie zapominajcie, że przestrzeń Hemna wypłynęła dopiero w związku z sauntem Evenedrykiem — zauważył. — Teorem, który pół życia strawił na skomplikowanych obliczeniach opisujących zasady działania w najróżniejszych przestrzeniach konfiguracyjnych. Nie wydaje mi się, żeby przemawiał przez niego natchniony poeta, kiedy zasugerował, że ludzka świadomość może…
— Tylko nam tu nie dostań setki! — prychnął Jesry. Arsibalt zamarł z otwartymi ustami i zaczął się czerwienić.
— Na razie musi nam wystarczyć, że poruszyliśmy ten temat — wtrącił Orolo. — Nie rozstrzygniemy naszych wątpliwości tak na poczekaniu, na pewno nie z pustym żołądkiem.
Lio, Tulia i Ala pojęli aluzję i zmyli się do kuchni. Ala na odchodnym posłała jeszcze Jesry’emu lodowate spojrzenie, po czym szepnęła coś Tulii na ucho. Wiedziałem, co jej się nie podobało: to Jesry pierwszy wystąpił z argumentem o nadmiarze możliwych scenariuszy i kiedy Arsibalt próbował go rozwinąć, Jesry przestraszył się i wycofał, a nawet zaczął go przedrzeźniać. Uśmiechnąłem się do Ali, ale nie zwróciła na mnie uwagi; zbyt wiele się działo. Skończyło się na tym, że stałem jak ostatni idiota i szczerzyłem zęby w pustą przestrzeń. Arsibalt ruszył za Jesrym przez klauzurę, Próbując dalej się z nim spierać.
— Wróćmy do naszych rozważań — zaproponował Orolo. — Co cię tak martwi, Erasmasie? Może twoje rozmyślania są równie produktywne, jak wyobrażanie sobie różowych smoków pierdzących gazem paraliżującym? Czyżbyś miał niecodzienny dar śledzenia alternatywnych wariantów przyszłości w przestrzeni Hemna, aż do ich niepokojących kulminacji?
— Mógłbyś mi pomóc odpowiedzieć na to pytanie, gdybyś powiedział, czy naprawdę myślisz o odejściu.
— Prawie cały apert spędziłem extramuros — odparł z westchnieniem Orolo, jakbym w końcu go przyszpilił. — Spodziewałem się tam zobaczyć pustkowie, kulturalną i intelektualną kostnicę. Ale znalazłem co innego. Oglądałem szpile i podobały mi się! Bywałem w barach, gdzie zdarzało mi się wdawać w ciekawe rozmowy z przypadkowymi ludźmi. Ze slogami. Polubiłem ich, niektórzy byli całkiem interesujący, i to wcale nie w takim sensie, w jakim intryguje nas insekt pod mikroskopem. Niektórzy na dobre utkwili mi w pamięci. Świat extramuros naprawdę mnie urzekł. Któregoś wieczoru prowadziłem nadzwyczaj ożywioną dyskusję z pewnym slogiem, bystrzejszym od wszystkich mieszkańców naszego koncentu, który, jak się na koniec okazało, był przekonany, że słońce krąży wokół Arbre. Przyznam ci się, że mnie zamurowało. Próbowałem mu wytłumaczyć, że się myli, ale wykpiwał moje argumenty. Uświadomiłem sobie wtedy, ile starannych obserwacji i wysiłku teorycznego wymaga udowodnienie tak podstawowej prawdy jak ta, że to Arbre okrąża słońce, i jak wiele zawdzięczamy naszym poprzednikom. I doszedłem do wniosku, że może jednak mieszkam po właściwej stronie muru.