Lio spędzał sporo czasu w zaroślach nad rzeką, wyszukując najbardziej agresywne odmiany zielska. Żółty gwiazdokwiat miał reprezentować kawalerię sarthyjską, a czerwony i biały — ich sprzymierzeńców.
Cały czas czekaliśmy tylko na to, jak wpakujemy się w tarapaty.
Nie musieliśmy czekać długo. Dwa tygodnie po rozpoczęciu naszego projektu jadłem kolację, kiedy do refektarza wszedł fraa Spelikon w towarzystwie młodej hierarchini z personelu Regulatorki. Rozmowy przycichły; przypominało to moment przed całkowitym odcięciem prądu, kiedy światło na chwilę przygasa i przybiera brązowawy odcień. Spelikon rozglądał się przez chwilę, aż w końcu wypatrzył mnie. Wtedy z zadowoleniem sięgnął po tacę i odebrał swoją porcję. Hierarchowie mieli pełne prawo jadać razem z nami, ale robili to rzadko. Ponieważ musieli bardzo uważać, żeby nie zdradzić się z żadną informacją sekularną, nie mogli liczyć na miły, odprężający posiłek.
Wszyscy zauważyli, jak Spelikon na mnie patrzył, dlatego po chwili niepewnych szeptów dał się słyszeć krótki wybuch wesołości na mój koszt. Ja zaś wyjątkowo zupełnie się tym nie przejmowałem. co mogli mnie oskarżyć? O spisek mający na celu hodowlę chwastów? Pewnie źle zinterpretowali nasze zamiary. Najtrudniejsze będzie wytłumaczenie tego komuś takiemu jak Spelikon.
Młoda hierarchini (miała na imię Rotha) zjadła szybko, wstała od stołu i wyszła z refektarza z teczką pełną papierów, która poruszała się na boki, kiedy Rotha kołysała biodrami. Spelikon jadł do syta, nie chciał jednak pić piwa ani wina, a po kilku minutach otarł usta, wstał i podszedł do mnie.
— Chciałbym zamienić z tobą dwa słowa — powiedział. — W kredowni saunty Zenli.
— Oczywiście — odparłem i spojrzałem na siedzącego przy innym stoliku Lio. — Życzysz sobie, żeby fraa Lio był obecny przy naszej rozmowie czy…
— To nie będzie konieczne.
Te słowa wydały mi się dziwne i sprawiły, że zacząłem odczuwać fizyczne objawy zdenerwowania (przyspieszone bicie serca, spocone dłonie), kiedy w ślad za Spelikonem szedłem do saunty Zenli.
Była to jedna z najmniejszych i najstarszych kredowni, tradycyjnie wykorzystywana przez najstarszych edharskich teoryków do prowadzenia wspólnych prac i nauczania starszych stażem uczniów. Byłem w niej tylko dwa razy w życiu i nigdy nie odważyłbym się tak po prostu wparować tam bez zaproszenia i zagarnąć jej dla siebie. W kredowni mieścił się jeden niewielki stół, przy którym cztery osoby mogły usiąść na sferach. Rotha zdążyła go już przygotować: konstelacja światłopąków emanowała miękkie światło padające na stosik pustych arkuszy i kilka rękopisów — kompletnych lub we fragmentach. Pióra leżały równym rządkiem obok odkorkowanego kałamarza.
— Przesłuchanie fraa Erasmasa z kapituły edharskiej matemu dziesięcioletniego w koncencie saunta Edhara — zaczął Spelikon.
Rotha nakreśliła na czystym arkuszu rządek znaków; zamiast używać tradycyjnych bazyjskich liter, stenografowała, tak jak zwykle czynili to hierarchowie przy protokołowaniu rozmów. Spelikon podał datę i godzinę przesłuchania. Wprawa, z jaką Rotha posługiwała się piórem, była wprost hipnotyzująca: jej ręka przesuwała się od jednego skraju arkusza do drugiego w czasie krótszym, niż potrzebowałem na nabranie oddechu, pozostawiając po sobie rząd prostych symboli, które na mój gust nie miały szans przekazać całej zawartej w słowach treści. Przeniosłem wzrok na inne zgromadzone na stole manuskrypty: większość zapisano tym samym stenograficznym pismem, ale co najmniej jeden był spisany w normalnym alfabecie.
Moim charakterem pisma.
Pochyliwszy się, odczytałem kilka słów i rozpoznałem swój pamiętnik, który pisałem w celi pokutnej w tumie. Padały w nim imiona Fleca, Quina i Orola.
Moje ruchy stały się gwałtowne i szarpane. Włączył się jakiś prymitywny mechanizm reakcji na zagrożenie.
— Ej! — zawołałem. — To moje!
Spelikon kazał zaprotokołować te słowa i dodał:
— Przesłuchiwany przyznaje, że jest autorem dokumentu numer jedenaście.
— Skąd to macie? — zapytałem głosem dzieciaka w wieku Barba.
Ręka Rothy unieśmiertelniła moje słowa na arkuszu.
— Stamtąd, gdzie się znajdowało — odparł rozbawiony Spelikon. — Wiesz chyba, gdzie trzymasz swój dziennik, co?
— Tak mi się wydawało.
Leżał w jednej z nisz przy kredowni saunta Groda, wysoko, gdzie mało kto mógł go dosięgnąć. Zabranie cudzego rękopisu było niewybaczalnym łotrostwem ze strony innego deklaranta, akceptowalnym tylko wówczas, gdy autor zmarł lub został odrzucony.
— Ale nie wolno wam…
— Pozwól, że to ja będę oceniał, co mi wolno, a czego nie — przerwał mi Spelikon. Uczynił przy tym gest, który unieruchomił dłoń Rothy, i jego słowa nie zostały zaprotokołowane, po czym następnym gestem zdjął z niej zaklęcie i zaczęła pisać dalej. — To śledztwo nie dotyczy cię bezpośrednio i, prawdę mówiąc, nie musi ci wcale zabrać wiele czasu. Na stronach twojego dziennika znaleźliśmy większość interesujących nas informacji, teraz potrzebujemy tylko ich potwierdzenia oraz pewnych wyjaśnień. Czy w dniu poprzedzającym apert pełniłeś rolę koncypienta podczas rozmowy, którą fraa Orolo odbył w nowej bibliotece z niejakim Quinem, rzemieślnikiem z extramuros?
— Tak.
— Poproszę dokument numer trzy.
Rotha podała Spelikonowi kolejny rękopis mojego autorstwa: zapis spotkania Orola z Quinem. Nie chciało mi się już nawet pytać, skąd go mają — musieli myszkować także po niszach fraa Orola. Byłem oburzony, ale mimo wszystko zaczynałem się rozluźniać. W rozmowach, jakie Orolo prowadził z tymi rzemieślnikami, nie było nic złego. Nawet jeśli Regulatorka nie zechce mi uwierzyć, nie byliśmy wtedy w bibliotece sami i inni świadkowie potwierdzą zgoła nieszkodliwy charakter tych spotkań. Musiało chodzić o jakieś małostkowe (i chybione) śledztwo wymierzone w Orola, które nie przyniesie żadnych owoców, a sprawi, że (jak miałem nadzieję) fraa Spelikon wyjdzie na durnia.
Kazał mi potwierdzić, że jestem autorem dokumentu numer trzy, zanim przeszedł do rzeczy:
— Zapis rozmowy Orola z Quinem różni się od tego, jak później streściłeś tę konwersację w dzienniku.
— To prawda. Nie jestem taki jak ona. — Skinieniem głowy wskazałem Rothę. — Nie umiem stenografować. Na bieżąco zapisywałem tylko to, co miało jakiś związek z prowadzonymi przez Orola badaniami.
— Jakie badania masz na myśli?
Wydało mi się to oczywiste, ale odparłem:
— Sondowanie politycznego klimatu extramuros. Normalne przygotowanie do apertu.
— Dziękuję. Nieścisłości pojawiają się w kilkunastu punktach, ale ja chciałbym zwrócić twoją uwagę zwłaszcza na jeden z nich, pod koniec spotkania z Quinem. Rozmowa zeszła wtedy na techniczne możliwości szpilołapów.
Spelikon kompletnie mnie zaskoczył. Miałem pustkę w głowie.
— Eee… Ledwie pamiętam, że o tym rozmawialiśmy.
— Pamiętałeś znacznie lepiej, pisząc w dzienniku. — Sięgnął ponad ramieniem Rothy i wziął do ręki mój pamiętnik. — Według ciebie mistrz Quin powiedział w pewnym momencie, cytuję: „Flec nie zrobił szpilu”. Odświeżyłem ci pamięć?