— Widziałem przed chwilą Tulię. Razem z Alą zbierały swój zespół. Prosiła, żebym przekazał ci wiadomość.
— Jaką?
— Nie przyjdzie na obiad. Spotkacie się na kolacji.
— To wszystko?
— Tak. Muszą wydzwonić jakieś niezwykłe zmiany, wymagające najwyższej koncentracji, zaczynają za pół godziny. Nie wiem dlaczego, ale uznała, że dla ciebie będzie to szczególnie ważna informacja.
Voco.
To musiało być następne voco, nic innego. A to oznaczało, że będę miał kolejną okazję wymknąć się do gwiezdnego kręgu — i właśnie tak brzmiała prawdziwa wiadomość, którą Tulia chciała mi przekazać.
Czy Orolo zdawał sobie z tego sprawę? Czy wiedział, co się dzieje?
Nie mogłem jednak czekać, aż zabrzmią zmiany, i wtedy popędzić na górę na złamanie karku, bo zderzyłbym się na schodach z wybierającymi się na ryt ludźmi Regulatorki i Protektora. Musiałem dostać się na górę wcześniej, gdzieś ukryć i dopiero tam czekać na zmiany.
Lio dostarczył mi doskonałego pretekstu.
Wstałem od stołu.
— Zobaczymy się w tumie — powiedziałem do Orola.
— Tak — przytaknął i mrugnął porozumiewawczo. — Albo i nie.
Zamarłem. Jak dużo naprawdę wiedział?
Uśmiechnął się szeroko, widząc moją minę.
— Chodziło mi tylko o to, że nigdy nie wiadomo, kto po takim rycie zostanie w tumie, a kto go opuści.
— Myślisz, że w czasie voco może paść twoje imię?
— To bardzo mało prawdopodobne, ale gdybyś to ty został powołany…
Prychnąłem. Orolo ze mnie drwił.
— Gdybyś został powołany, wiedz, że zdaję sobie sprawę z postępów, jakie poczyniłeś w ostatnich miesiącach — ciągnął. — Jestem z ciebie dumny, chociaż wcale mnie nie zaskoczyłeś. Tak trzymaj.
— Dobrze, będę tak trzymał. Nawiasem mówiąc, chciałbym ci później zadać parę pytań. Ale na razie muszę lecieć.
— Leć. Tylko nie potknij się na schodach.
Odwróciłem się na pięcie i bez pośpiechu wyszedłem z refektarza, chociaż miałem ochotę puścić się biegiem. Zabrałem ramę rysunkową i szkice z niszy, w której je trzymałem, i ruszyłem w stronę tumu najszybciej jak mogłem, starając się zarazem nie dać po sobie poznać, że się spieszę. Znalazłszy się w triforium, zerknąłem na taras dzwonniczek, gdzie Ala, Tulia i reszta ich ekipy ćwiczyły zmiany (na razie na sucho, bez pociągania za sznury), mające za chwilę wydzwonić. Tulia mnie zobaczyła. Odwróciłem wzrok, żeby nie pomyślała, że się na nie gapię, zawróciłem i czym prędzej wspiąłem się po schodach w południowo-zachodniej wieży.
Dziedziniec apartamentów Regulatorki był zatłoczony jak nigdy, ale panowała na nim cisza, jakby wszyscy na coś czekali. I trudno im się było dziwić, skoro za chwilę zaczynało się voco. Mignęła mi nawet sama suur Trestanas, zmierzająca z jednego biura do drugiego. Zdziwiła się chyba na mój widok, ale kiedy się zorientowała, że wchodzę z przyborami do rysowania na kolejne schody, elementy układanki ułożyły jej się w głowie w całość i natychmiast o mnie zapomniała.
Lio czekał na mnie przy posągu Amnectrusa, trochę zadyszany po wspinaczce. Dalej ruszyliśmy razem.
— Nie wychodź na galeryjkę — ostrzegł mnie. — Nie ma sensu rzucać się w oczy. Chodź ze mną.
Narzuciłem kaptur i ruszyłem za nim krużgankiem. Ponieważ cały czas ktoś kręcił się w pobliżu, nie rozmawialiśmy, dopóki Lio nie skręcił do komnaty, do której prowadziło kilkoro masywnych drzwi. Nazywali ją pokojem odpraw; zbierali się w niej żołnierze przed rozpoczęciem zbrojnej misji.
— Zaplanowałeś to wszystko, prawda? — spytałem szeptem.
— Stworzyłem pewne możliwości, na wypadek, gdybyśmy mieli ich potrzebować.
Otworzył jedne z przesuwanych drzwi, odsłaniając schowek pełen równo poukładanych metalowych skrzynek. Chwycił mnie za zawój na piersi, wepchnął do schowka i zanim zdążyłem złapać równowagę, zasunął drzwi powrotem. Zrobiło się ciemno. Znalazłem się w kryjówce.
Najwyżej minutę później dzwony zaczęły wygrywać niezwykłe zmiany.
Moje oczy przywykły do ciemności. Podjąłem niewielkie ryzyko i lekko rozjaśniłem sferę. Otaczające mnie pudełka były opisane słowami i liczbami, które nic mi nie mówiły, ale zaczynałem nabierać przekonania, że zawierają amunicję. Chodziły różne słuchy. Żywotność amunicji mierzyło się w dekadach, później należało ją wyrzucić z tumu, załadować na wozy i wywieźć. W takich chwilach wszyscy mieszkańcy koncentu ustawiali się w żywy łańcuch na schodach i podając sobie skrzynki z ręki do ręki, przenosili do magazynu świeży zapas amunicji. Dawno już nie było takiej okazji, ale starsi deklaranci dobrze pamiętali ostatnie przezbrojenie.
Miałem przynajmniej o czym rozmyślać, czekając, aż wybrzmią zmiany i upłynie trzydzieści minut, w czasie których wszyscy mieli zebrać się w tumie. Tutaj, na górze, nikt nie potrzebował całej półgodziny: przez kwadrans, może nawet dłużej mogli spokojnie zajmować się swoimi sprawami i zbiec na dół dosłownie w ostatniej chwili. Dlatego trochę to trwało, zanim wszyscy się ulotnili. W końcu jednak usłyszałem, jak sam Delrakhones rozkazuje wszystkim schodzić: chciał być ostatni i nie zamierzał biec po schodach.
W tym momencie uznałem, że mogę bezpiecznie wyjść do pokoju odpraw. Uchyliłem drzwi schowka, odczekałem, aż dzienne światło przestanie mnie oślepiać, i wyszedłem. Przycupnąłem przy drzwiach wejściowych i przez bitą minutę nasłuchiwałem w bezruchu. Nic nie słyszałem, żaden dźwięk nie dobiegał nawet z prezbiterium i naw, które wyglądały na wyludnione.
Bałem się trochę, że Delrakhones poluje jeszcze na spóźnialskich, więc — ponieważ właściwie nie miałem się do czego spieszyć — spokojnie odczekałem, aż głos Statha intonującego konwokację poniesie się echem po studni prezbiterium. Dopiero wtedy wyskoczyłem z mojej kryjówki, opadłem do schodów i popędziłem na górę. Statho długo mówił, od czasu do czasu zawieszając głos, jakby przerzucał pospiesznie zrobione notatki — albo zbierał siły do dalszej przemowy.
Znajdowałem się wysoko za tarczą zegara, w połowie drogi do gwiezdnego kręgu, gdy pierwszy raz usłyszałem słowo peanatema. Nogi ugięły się pode mną jak pod spłoszonym zwierzęciem, kiedy coś niespodziewanie dotknie jego grzbietu. Zgubiłem rytm biegu, musiałem się zatrzymać i przykucnąć, żeby nie wpaść na jakąś przeszkodę.
To nie mogło się dziać naprawdę. Od dwustu lat nie odprawiano u nas peanatemy.
Musiałem jednak przyznać, że wygrywane przez Tulię zmiany wydały mi się całkowicie obce, a na pewno różne od tych zapowiadających voco. W tumie przed rytem panowała cisza jak makiem zasiał, teraz zaś z dołu niósł się chrapliwy szmer, jakiego jeszcze w życiu nie słyszałem.
Wszystko, co wydarzyło się po apercie, nagle nabrało zupełnie nowego sensu, tak jakby podrzucone do góry szklane odłamki ułożyły się w powietrzu i z powrotem scaliły w lustro.
Wewnętrzny głos przypomniał mi, że muszę się spieszyć, bo druga okazja do odzyskania tabliczki może mi się już nie trafić. Wprawdzie zarejestrowane na niej obrazy nagle przestały mnie interesować, ale przecież Orolo całkiem niedawno mi powiedział, że zależy mu na tabliczce z M M. Musiałem wyciągnąć je obie. Jeśli spartaczę robotę, będę miał poważne problemy, może nawet zostanę odrzucony.
Co gorsza, zawiodę Orola.
Jak długo siedziałem skulony na pomoście, zamiast biec? Tracisz czas! Tracisz czas! Ruszaj się!
Kogo wywołają? Może mnie? Co się stanie, jeśli się nie pojawię? Dostrzegałem w takiej sytuacji czarną ironię losu, która stała się jeszcze czarniejsza, gdy przyszło mi do głowy, że mógłbym odpowiedzieć na wezwanie, skacząc w głąb studni prezbiterium. Przy odrobinie szczęścia wylądowałbym na głowie suur Trestanas. Taka historia z pewnością przetrwałaby wieki w tradycji Saunta Edhara i całego świata matemowego. Może nawet trafiłaby do gazet.