Выбрать главу

Nie pomogłaby mi jednak wydostać ani mojej tabliczki z Oka Clesthyry, ani tej pozostawionej przez Orola w M M. Miałem po co ryzykować.

Wspinałem się dalej, słuchając paplaniny Statha o konieczności przestrzegania Dyscypliny. Szedłem wolniej, niżbym mógł, ponieważ wiedziałem, że zbliża się moment, w którym padnie imię tego, kto zostanie odrzucony — a ja chciałem to imię usłyszeć. Zdążyłem jednak dotrzeć na samą górę, do drzwi gwiezdnego kręgu, gdzie okazało się, że muszę jeszcze chwilę poczekać.

I w końcu usłyszałem:

— Orolo.

Nie „fraa Orolo”, bo z tą chwilą Orolo przestał być naszym fraa.

Czy naprawdę byłem zaskoczony? Odkąd usłyszałem, że rozpoczyna się peanatema, wiedziałem, że chodzi o Orola. A mimo to wyrwało mi się głośne „Nie!”. Nikt mnie nie usłyszał, bo w tej samej chwili wszyscy powtórzyli to samo słowo: dźwięk połączonych głosów poniósł się w głąb chronotchłani jak dudnienie bębna, a kiedy ścichł, jego miejsce zajął bardzo niezwykły odgłos. Nigdy przedtem go nie słyszałem.

Ludzie na dole krzyczeli przeraźliwie.

Dlaczego właściwie zawołałem „Nie!”, skoro przewidziałem taki rozwój sytuacji? Nie był to wyraz niedowierzania, lecz sprzeciwu. Świadectwo mojego wzburzenia. Wypowiedzenie wojny.

Orolo był gotowy. Natychmiast wyszedł przez drzwi w naszym ekranie i stanowczym gestem zamknął je za sobą, zanim jego byli bracia i siostry zaczęli się z nim żegnać, bo trwałoby to chyba z rok. Lepiej odejść bez pożegnania, jak człowiek przygnieciony zwalonym drzewem. Wyszedł na środek prezbiterium, rzucił sferę na ziemię i rozwiązał sznur, który osunął się na podłogę. Orolo wystąpił z pętli sznura, schyliwszy się, złapał dolny rąbek zawoju, zrzucił go z ramion — i przez chwilę stał całkiem nagi, trzymając zwinięty zawój w rękach i spoglądając w górę prezbiterium, tak jak fraa Paphlagon podczas voco.

Otworzyłem drzwi gwiezdnego kręgu, wpuszczając do środka powódź światła. Na jej widok Orolo spuścił głowę, jak deolatra modlący się do swojego boga, ja zaś przeszedłem przez drzwi i zamknąłem je za sobą. Rozgrywająca się w tumie okropna scena zniknęła, a jej miejsce zajął opuszczony gwiezdny krąg.

Rozpłakałem się w głos. Twarz mi się ściągnęła, jakbym wymiotował, łzy płynęły mi z oczu jak krew z głębokich ran. Odczuwałem raczej smutek niż zdziwienie, bo przeczuwałem, że do tego dojdzie, gdy tylko fraa Spelikon zaczął mnie wypytywać o szpilołapy. Nie wierzyłem jednak, że wydarzenia tak się potoczą, bo bałem się w ten sposób myśleć — aż do chwili, kiedy przed faktami nie było już ucieczki. Aż do momentu, kiedy się to stało. Aż do teraz. Dzięki temu — w przeciwieństwie do tych wszystkich fraa i suur na dole — nie musiałem tracić czasu na zdumienie i od razu pogrążyłem się w najgłębszym, najbardziej nieutulonym żalu w moim życiu.

Drogę do Pinakla znalazłem praktycznie po omacku; ledwie odróżniałem światło od mroku. Zanim dotarłem na szczyt, zacząłem bełkotać histerycznie. Wytarłem twarz zawojem, wziąłem kilka głębokich wdechów i uspokoiłem się na tyle, żeby wyjąć tabliczkę z Oka Clesthyry i schować ją do ochronnej koszulki. Kiedy dla pewności zawinąłem ją w zawój, przed oczami stanął mi rozbierający się Orolo.

Stojąc nago w prezbiterium, miał wysłuchać gniewnej pieśni deklarantów obkładających go peanatemą. Pewnie właśnie w tej chwili ją śpiewali. Należało ją wykonać na serio, z zaangażowaniem, co pewnie z łatwością przychodziło nie znającym Orola tysięcznikom i setnikom, podejrzewałem jednak, że zza ekranu dziesiętników dobiega niewiele artykułowanych dźwięków.

Wszedłem do komnaty sterowniczej M M i sięgnąłem po tabliczkę, którą Orolo podłożył pod obiektyw, kiedy ostatni raz odwiedziliśmy razem gwiezdny krąg, tuż przed jego zamknięciem. Niestety, nie znalazłem jej: ktoś mnie uprzedził i zdążył ją skonfiskować. Tak jak teraz ktoś przejrzy wszystkie zapiski, które Orolo trzymał w swoich niszach.

To, co zrobiłem później, było może niezbyt mądre, ale musiałem to zrobić: przeszedłem w to samo miejsce, z którego obserwowałem start aeroplanu unoszącego fraa Paphlagona i inkwizytorów, przykucnąłem u stóp tego samego megalitu i czekałem, aż Orolo wyjdzie przez Bramę Dzienną. Kiedy już wyszedł z prezbiterium i zniknął deklarantom z oczu, owinął się otrzymanym od nich workiem z szorstkiego płótna i cienką, szeleszczącą folią termoizolacyjną w kolorze pomarańczowym. Kiedy na odsłoniętym placu wiatr smagnął go po ciele, naciągnął ją na ramiona. Jego chude, blade kostki zniknęły w starych czarnych buciorach roboczych, którymi musiał szurać po ziemi, żeby ich nie zgubić. Oddalając się od koncentu, nawet się nie obejrzał, i wkrótce zniknął mi z oczu za kurtyną rozproszonej wody z jednej z fontann. W tej samej chwili odwróciłem się i ruszyłem w drogę powrotną.

Kiedy w chronotchłani usłyszałem, że peanatema dobiega końca, ucieszyłem się, że dane mi było choć przez chwilę zobaczyć Orola extramuros. Deklaranci z tumu widzieli tylko, jak wchłonęło go nieznane, co ich przerażało (i tak właśnie miało być). Ja przynajmniej zobaczyłem, jak opuszcza koncent. Jego odejście nie stało się przez to mniej straszne ani mniej zasmucające, ale widok żywego Orola przemierzającego o własnych siłach Saeculum dawał nadzieję, że ktoś mu tam pomoże; że może przed zmierzchem znajdzie sobie jakieś używane ubranie, siądzie w jednym z barów, które odwiedzał podczas apertu, będzie sączył piwo i szukał pracy.

Resztę nabożeństwa wypełniło odnowienie ślubów i potwierdzenie wierności Dyscyplinie. Cieszyłem się, że mnie to ominęło. Zawinąłem tabliczkę w arkusz papieru do rysowania i schowałem ją za skrzynkę z amunicją. Jeśli poproszę Lio, przyniesie mi ją później.

Pozostało tylko jedno pytanie: czy dziesiętnicy zauważyli moją nieobecność? W trzystuosobowym tłumie brak mojej osoby mógł ujść niezauważony. Gdyby jednak ktoś miał mnie wypytywać, wymyśliłem historyjkę o tym, jak to Orolo dał mi do zrozumienia, czego się spodziewa (co na dobrą sprawę rzeczywiście zrobił, tylko ja byłem zbyt tępy, żeby to zauważyć), i postanowiłem nie uczestniczyć w rycie, bo bałem się, że będzie to ponad moje siły. Oczywiście w ten sposób nie uniknąłbym kłopotów, ale nic mnie to nie obchodziło. Niech mnie odrzucą. Dowiem się, dokąd udał się Orolo (najpewniej na Kopiec Bly’a), i pójdę za nim.

Okazało się jednak, że nie musiałem nikogo okłamywać. Albo nikt nie zwrócił uwagi, że mnie nie było, albo po prostu nikt się tym nie przejął.

* * *

Rekonstrukcja wydarzeń, jakie doprowadziły do odrzucenia Orola — równie mozolna jak składanie wykopanej przez archeologa czaszki z pojedynczych odłamków kości — zajęła nam kilka następnych tygodni. Zdarzało się, że podążaliśmy śladem plotki lub przekonujących (lecz błędnych) informacji i trafialiśmy na obiecujący trop, który dopiero po paru dniach okazywał się logicznym ślepym zaułkiem. Nie pomagał nam fakt, że peanatema Orola była dla nas psychicznym odpowiednikiem poparzeń trzeciego stopnia. Już na kilka dni przed apertem Orolo skądś wiedział, że szykują się kłopoty z gwiezdnym kręgiem. Kazał Jesry’emu wykonać jakieś obliczenia ale nie pozwolił mu obejrzeć tabliczek fotomnemonicznych, z których pochodziły dane. Ba, zadał sobie wiele trudu, aby ukryć naturę całego przedsięwzięcia przed Jesrym i pozostałymi uczniami — zapewne po to, żeby oszczędzić im przykrych konsekwencji.