Kiedy mistrz Quin wspomniał o technicznych możliwościach szpilołapu Fleca, Orolo wpadł na pomysł, żeby użyć takiego urządzenia do prowadzenia obserwacji kosmograficznych. W dziewiątą noc apertu, po zamknięciu gwiezdnego kręgu, Orolo wykradł z pasieki dwie bańki miodu. Przebrał się za gościa z extramuros i wywiózł łup w zaopatrzonej w kółka lodówce do piwa. W Saeculum spotkał się z jakimś podejrzanym osobnikiem, poznanym zapewne wcześniej w jednym z barów. Podejrzewaliśmy, że specjalnie w tym celu odwiedzał takie przybytki podczas apertu: od początku chodziło mu o zwerbowanie takiego wspólnika, który w zamian za miód dostarczyłby mu szpilołap.
Mała winnica, w której oddawał się swojej profesji, była prawie niewidoczna z tumu. Odwiedzał ją czasem w zimie — naprawiał treliaże i przycinał winorośl. Po apercie zbudował w niej prymitywne obserwatorium. Jego głównym elementem była pionowa tyczka, nieco wyższa od dorosłego mężczyzny, obracająca się wokół pionowej osi i zaopatrzona w poprzeczkę, umieszczoną na wysokości oczu i mogącą się pochylać w górę i w dół. W poprzeczce Orolo wydrążył zagłębienie, w którym mieścił się szpilołap. Cała konstrukcja pozwalała mu unieruchomić urządzenie, kiedy śledził przez nie ruch ciał niebieskich. Mechanizm stabilizacji matrycy, duże zbliżenie i wzmocnienie sygnału przy słabym oświetleniu pozwalały uzyskać całkiem przyzwoity obraz interesujących go obiektów.
Myśl o tym, że Orolo miałby się wymknąć z koncentu, zmówić z kryminalistą podczas apertu, a potem prowadzić zakazane obserwacje, była dla nas wstrząsająca, ale takie wyjaśnienie wydawało się logiczne i pasowało do Orola. Prędzej czy później wszyscy się z nim pogodziliśmy.
Rola, jaką ja sam odegrałem w tej historii, w oczach części edharczyków czyniła ze mnie zdrajcę, który wydał Orola Regulatorce. Przed peanatemą taki zarzut przyprawiłby mnie o bezsenność i wyrzuty sumienia; w parzyste noce zadręczałbym się tym, co wyjawiłem Spelikonowi, w nieparzyste zaś kipiałbym bezsilną złością na tych członków mojej kapituły, którzy tak kompletnie mnie nie rozumieli. Jednakże na tle późniejszych wydarzeń zamartwianie się takimi drobiazgami przywodziło na myśl próby obserwowania odległych gwiazd w biały dzień. Mimo że Orolo nie był moim ojcem i wcale nie umarł, żywiłem wobec fraa Spelikona takie same uczucia, jakimi darzyłbym człowieka, który na moich oczach zabił mi ojca. Jeszcze większy żal miałem do suur Trestanas, ponieważ podejrzewałem, że w jakiś podstępny sposób to ona stała za tym całym nieszczęściem.
Co zobaczył Orolo? Obliczenia, które zlecił Jesry’emu przed apertem, mogłyby stać się dla nas wskazówką, gdyby nie fakt, że Regulatorka skonfiskowała cały ich zapis i musieliśmy polegać na strzępach wspomnień Jesry’ego. Jego zdaniem Orolo usiłował wyliczyć parametry orbity jednego lub więcej obiektów w naszym Układzie Słonecznym. W normalnych okolicznościach chodziłoby o asteroidę poruszającą się po orbicie heliocentrycznej (wokół słońca), zrządzeniem losu przypominającej orbitę Arbre; krótko mówiąc, w grę wchodziłaby powtórka scenariusza z Wielką Grudą. Jesry miał jednak przeczucie (poparte niektórymi z zapamiętanych liczb), że interesujący Orola obiekt krąży nie wokół słońca, lecz dookoła Arbre — co byłoby zjawiskiem w najwyższym stopniu niezwykłym. Ludzkość od tysięcy lat prowadziła obserwacje nieba i odkryła tylko jeden księżyc Arbre. Nie można było wprawdzie wykluczyć, że jakaś asteroida na orbicie okołosłonecznej przeszła w pobliżu punktu libracji, dała się przechwycić Arbre i weszła na trajektorię wokół planety, ale takie orbity były niestabilne i tego rodzaju satelity spadały w końcu na Arbre, zderzały się z księżycem albo zostawały wyrzucone z układu Arbre-księżyc.
Orolo mógł obserwować punkty libracji układu Arbre-księżyc, w których znajdowały się skupiska kamieni i pyłu, widoczne jako chmury ścigające (lub ścigane przez) księżyc okrążający naszą planetę. Nie rozumieliśmy jednak, dlaczego taki projekt miałby spotkać się z tak ostrą i nieprzychylną reakcją Regulatorki. Zresztą Barb słusznie zwrócił uwagę, że z położenia M M należy wnioskować, że Orolo fotografował raczej obiekty na orbicie biegunowej. Było mało prawdopodobne, żeby to były obiekty pochodzenia naturalnego.
Jesry pierwszy odważył się powiedzieć na głos to, co wszyscy pomyśleli już wcześniej:
— To nie jest obiekt pochodzenia naturalnego. To ludzie stworzyli go i umieścili na orbicie.
Wiosna jeszcze nie zaczęła się na dobre. Zima miała się ku końcowi, ale nadal należało się liczyć z groźbą przymrozków. Wyrastające z cebulek kiełki przebijały krystaliczną powierzchnię zmrożonego błocka. Większość popołudnia zajęło nam wycinanie zdrewniałych łodyg i zeschłych pnączy z naszych kłębów. Przed zimą daliśmy im spokój, żeby ograniczyć erozję gleby i zapewnić schronienie drobnym zwierzętom, ale nadeszła pora, gdy musieliśmy się z nimi rozprawić i je spalić, żeby popiół użyźnił ziemię. Po kolacji poszliśmy podpalić suche zielsko wycięte za dnia. Rozpaliliśmy olbrzymie ognisko, które jednak nie mogło się długo palić. Jesry znalazł gdzieś butelkę wyrabianego przez Orola specyficznego wina i teraz podawaliśmy ją sobie w kółku.
— Może nie ludzie, tylko inna cywilizacja praksyczna — zauważył Barb.
Miał oczywiście rację, ale pod względem towarzyskim był niezmiernie irytujący. Artykułując swoje przypuszczenie, Jesry się odsłonił i naraził na ośmieszenie. Zgadzając się z nim, nawet milcząco, podejmowaliśmy takie samo ryzyko. Tego tylko nam brakowało, żeby Barb zaczął snuć domysły na temat owadziookich potworów z kosmosu.
Zresztą z Barbem mieliśmy jeszcze inny problem: był synem Quina, który w pewnym sensie zainicjował cały ten ciąg wydarzeń, czyniąc nierozważne uwagi na temat nowoczesnych szpilołapów. Oczywiście Barb nie był niczemu winien, ale ich pokrewieństwo musiało wywoływać negatywne skojarzenia, które w niezręcznych sytuacjach same wypływały. A Barb stanowił niewyczerpane źródło niezręcznych sytuacji.
— To by tłumaczyło zamknięcie gwiezdnego kręgu — stwierdził Arsibalt. — Przypuśćmy na potrzeby naszych rozważań, że państwo sekularne podzieliło się na dwie lub więcej frakcji, a te pomału szykują się do wojny. Któraś z nich mogłaby wystrzelić satelitę zwiadowczego na orbitę biegunową.
— Nawet niejednego — wtrącił Jesry. — Wydaje mi się, że moje obliczenia odnosiły się do więcej niż jednego obiektu.
— A może do jednego, tylko takiego, który zmienia orbitę? — zasugerowała Tulia.
— Wątpię — odparł Lio. — Zmiana płaszczyzny orbity wymaga sporych nakładów energii, niewiele mniejszych niż samo wystrzelenie satelity.
Wszyscy spojrzeli na niego pytająco.
— Czytałem o satelitach szpiegowskich — wyjaśnił zakłopotany. — W książce o wojnach kosmicznych, napisanej w Epoce Praksis. Zmiana płaszczyzny orbity byłaby bardzo kosztowna!
— Satelita na orbicie biegunowej nie musiałby niczego zmieniać! — prychnął Barb. — W swoim czasie zobaczy każdy kawałek Arbre.
— Hipoteza Jesry’ego podoba mi się z jednego zasadniczego powodu — wtrąciłem.
Teraz wszyscy zwrócili się w moją stronę. Rzadko się odzywałem, ale od czasu peanatemy otaczała mnie aura eksperta od wszystkiego co orolskie.
— Zachowanie Orola przed apertem sugeruje, że spodziewał się kłopotów — ciągnąłem. — Cokolwiek zobaczył, zdawał sobie sprawę, że było to wydarzenie sekularne i hierarchowie zakażą mu dalszych obserwacji, gdy tylko się o tym dowiedzą. Gdyby chodziło o zwykłą asteroidę, nikt by się tym nie przejął.