Wyraziłem tylko powszechnie akceptowany pogląd, toteż odpowiedziało mi zgodne kiwanie głowami — tylko Arsibalt, nie wiedzieć czemu, potraktował moje słowa jak prowokację. Odchrząknął i odparował, jakbyśmy weszli w dialog:
— Fraa Erasmasie, twoje słowa wydają się z pozoru sensowne, ale pozory mylą. Po tym, jak Orolo został obłożony peanatemą, łatwo jest o nim myśleć jak o dysydencie. Ale czy ktokolwiek uznałby go za takowego przed apertem?
— Celne spostrzeżenie, fraa Arsibalcie. Nie ma sensu tracić czasu na przepytywanie wszystkich przy tym ognisku: Orolo był przeszczęśliwy, żyjąc zgodnie z nakazami Dyscypliny.
— Wystrzelenie nowego satelity zwiadowczego z pewnością jest wydarzeniem o charakterze sekularnym, prawda?
— Owszem.
— Co więcej, tego rodzaju praksis jest znana ludziom od tysięcy lat; fraa Lio czytał o niej w starych książkach. Orolo nie mógł więc chyba liczyć na to, że obserwując satelitę, dowie się o nim czegoś nowego, nie uważasz?
— Nie mógł, o ile satelita ten nie zawiera nowych, nieznanych wcześniej wytworów praksis.
— Taka praksis sama w sobie byłaby faktem sekularnym, nieprawdaż? — odezwała się Tulia.
— Jak najbardziej, suur Tulio — przytaknąłem. — I deklaranci nie powinni się nią interesować.
— Jeżeli zatem zgadzamy się z założeniem, że fraa Orolo jako wierny deklarant szanował Dyscyplinę, nie możemy przystać na twierdzenie, że obserwował przemierzającego niebo nowego sztucznego satelitę Arbre — podsumował Arsibalt.
— Ponieważ z łatwością rozpoznałby w nim obiekt niebędący przedmiotem naszego zainteresowania — uzupełnił Lio.
Brzmiało to rozsądnie, ale donikąd nas nie prowadziło. Co najwyżej w rejony, w które nikt z nas nie chciał się zapuszczać. Nikt poza Barbem.
— W takim razie to musi być statek obcych — stwierdził.
Jesry westchnął głęboko.
— Fraa Tavenerze… — zaczął, używając deklaranckiego imienia Barba. — Przypomnij mi, kiedy wrócimy do biblioteki, żebym pokazał ci wyniki badań, z których jasno wynika, jak bardzo nieprawdopodobny byłby taki zbieg okoliczności.
— „Nieprawdopodobny” nie znaczy chyba jeszcze „niemożliwy? — odparował fraa Tavener.
Jesry znowu westchnął.
— Fraa Jesry? — Udało mi się spojrzeć mu w oczy i posłać porozumiewawcze spojrzenie: jeden z tych sygnałów, na które Barb pozostawał kompletnie ślepy. — Wydaje się, że ten temat ogromnie frapuje fraa Tavenera. Ognisko dogasa, zaraz i tak będziemy się zbierać. Może wy dwaj poszli byście przodem? Mógłbyś zapoznać go z badaniami, o których wspomniałeś. My zagasimy ognisko i posprzątamy po sobie.
Zapadła cisza. Nikt, nawet ja sam, nie wierzyłem własnym uszom: właśnie próbowałem dyrygować Jesrym. To się jeszcze nigdy nie zdarzyło! Ale nie zamierzałem się tym martwić, zanadto zaprzątały mnie inne sprawy.
— Dobrze — odparł Jesry i oddalił się ciężkim krokiem, zabierając ze sobą Barba.
Odczekaliśmy, aż syk płomieni i gulgotanie rzeki zagłuszą dalsze pytania Barba.
— Chcesz porozmawiać o tabliczce — domyślił się Lio.
— Trzeba ją wreszcie przynieść i obejrzeć.
— Dziwię ci się, że nie pospieszyłeś się bardziej — stwierdziła Tulia. — Ja już nie mogę się doczekać, kiedy ją zobaczę.
— Nie zapominajcie, jak skończył Orolo — powiedziałem. — Był nieostrożny. Albo po prostu nie przejmował się tym, że mogą go przyłapać.
— A ty? — zapytała mnie Tulia. — Przejmujesz się?
Zadanym bez ogródek pytaniem wprawiła nas w zakłopotanie, ale nikt nie cofnął się od ogniska. Wszyscy czekali, co odpowiem. Smutek, jaki odczułem w chwili, gdy Statho wypowiedział imię Orola, nadal przepełniał moje serce, zdążyłem się już jednak nauczyć, że może się w mgnieniu oka przerodzić w gniew — nie w przelotne rozdrażnienie rozkapryszonego dzieciaka, lecz w lodowatą, nieustępliwą furię, która osiadała mi ciężko w trzewiach i sprowadzała bardzo, bardzo nieprzyjemne myśli. Potrafiła mi także wykrzywić twarz w paskudnym grymasie, co poznawałem po młodych fidach: kiedy dawniej spotykaliśmy się w krużganku albo na łące, witali się ze mną przyjaźnie, teraz jednak najczęściej odwracali wzrok.
— Szczerze mówiąc, nie. — Skłamałem, ale dobrze się z tym czułem. — Nie obchodzi mnie, czy zostanę odrzucony, ale ponieważ jesteście w to zamieszani razem ze mną, przez wzgląd na was zachowam ostrożność. Nie zapominajcie, że tabliczka może nie zawierać żadnych użytecznych informacji. A nawet jeśli coś zarejestrowała, odkrycie tego może nam zająć całe miesiące albo nawet lata. Czeka nas długa, potajemna kampania.
— Moim zdaniem powinniśmy spróbować — stwierdziła Tulia. — Jesteśmy to winni Orolowi.
— Przyniosę ją, kiedy tylko będziecie chcieli — zaofiarował się Lio.
— W podziemiach Fundy Shufa jest takie ciemne pomieszczenie — podpowiedział Arsibalt. — Moglibyśmy ją tam spokojnie obejrzeć.
— Świetnie — zgodziłem się. — Będziecie musieli mi trochę pomóc, ale większość obowiązków biorę na siebie. Jeśli mnie złapią, powiem, że o niczym nie wiedzieliście, i wezmę na siebie całą odpowiedzialność za wszystko, co się wydarzy. Dadzą mi za karę rozdział szósty albo jeszcze gorzej, a wtedy odejdę i spróbuję znaleźć Orola.
Tulia i Lio zareagowali na moje słowa wzburzeniem, które jednak przejawiało się w zupełnie różny sposób: ona miała ochotę się rozpłakać, on rwał się do walki. Arsibalt zaś zniecierpliwił się na mnie za moją tępotę.
— Tu nie chodzi tylko o to, kto wpakuje się w tarapaty — powiedział. — Jesteś deklarantem, fraa Erasmasie. Przyrzekałeś przestrzegać Dyscypliny, to najważniejsza i najbardziej uroczysta przysięga w twoim życiu. I taka właśnie jest stawka tej gry. Grożące ci złapanie i kara to sprawy drugorzędne.
Upomnienie ze strony Arsibalta wstrząsnęło mną, ponieważ było prawdziwe. Miałem na nie gotową odpowiedź, której jednak nie mogłem wypowiedzieć na głos: tamta przysięga nic już dla mnie nie znaczyła, a w każdym razie nie ufałem już ludziom stojącym na straży Dyscypliny, której wierność przysięgałem. Niestety, nie mogłem się do tego przyznać przed przyjaciółmi, oni bowiem nadal ją szanowali. Rozmyślałem gorączkowo nad odpowiedzią dla Arsibalta, a wszyscy stali spokojnie w kręgu, szturchali dogorywające ognisko i czekali, co powiem.
— Ufam Orolowi — odparłem w końcu. — Wierzę, że w swoim przekonaniu wcale nie naruszył Dyscypliny i został ukarany przez ludzi małych, którzy nie rozumieją, co się naprawdę dzieje. Jestem przekonany, że jest… będzie… że zostanie…
— Powiedz to! — wypaliła Tulia.
— Sauntem. Zrobię to dla saunta Orola.
Część 5 VOCO
Dynastia: (1) (Extramuros) Ród, w którym władza i majątek przechodzi z rodzica na dziecko. (2) (Intramuros) Chronologiczny ciąg deklarantów, którzy przed reformami Trzeciej Łupieży nabyli i zatrzymali własność wykraczającą poza zawój, sznur i sferę i przed śmiercią przekazywali je wybranemu dziedzicowi. Majątek (patrz: Funda) zgromadzony przez niektóre dynastie, oraz plotki na jego temat stworzyły podwaliny ikonografii baudyjskiej. Eliminacja dynastii stanowiła jeden z elementów reform przeprowadzonych po Trzeciej Łupieży.
Cokolwiek by powiedzieć o jego zamożnych przodkach, sam fraa Shuf nie miał dużego majątku ani żadnych planów. Było to oczywiste dla każdego, kto zszedł po kamiennych schodach do piwnicy siedziby, którą Shuf zaczął budować, a jego następcy dokończyli. Napisałem „piwnicy”, ale należałoby raczej mówić o pewnej liczbie piwnic (nigdy ich nie liczyłem), posklejanych cementem i tworzącym graf, którego nikt nie ogarniał. W pewnym sensie było to osiągnięcie godne podziwu — zmieścić taki labirynt pod tak niewielkim budynkiem. Arsibalt (oczywiście) miał gotowe wyjaśnienie: Shuf wybrał kamieniarstwo jako profesję i rozpoczął budowę około roku tysiąc dwusetnego, traktując ją jako ekscentryczną rozrywkę. Zamierzał zbudować wąską wieżę z jednym pokojem na górze, w którym samotny deklarant mógłby bez przeszkód medytować. Ukończywszy prace, przekazał budowlę swojemu fidowi, ten jednak zauważył, że wieża się przechyla, i poświęcił pół życia na wymianę fundamentów — delikatną robotę, wymagającą podkopywania istniejącej budowli i wbijania olbrzymich kamiennych bloków w tak wykopane dziury. W ten sposób fundamenty rozrosły się ponad miarę, a fid oddał wieżę swojemu następcy. Ów dołożył do niej swoją porcję wykopów, fundamentów i murów oporowych. Trwało to przez kilka pokoleń, aż dynastia zgromadziła majątek, który przestał się mieścić w wieży, i okazało się, że potrzebny jest jakiś magazyn. Wtedy stare fundamenty zostały na nowo odkryte, odkopane, podmurowane, poszerzone, zaopatrzone w prawdziwe podłogi i stropy. Jedną z paskudnych cech dynastii był fakt, że bogaci deklaranci mogli się wyręczać mniej bogatymi, pracującymi dla nich w zamian za lepsze jedzenie, lepsze picie i lepszy dach nad głową.