Выбрать главу

Zanim setki lat po Trzeciej Łupieży Zreformowani Faanowie Starzy zaczęli się zakradać do ruin Fundy Shufa, natura upomniała się o stare piwnice. Nie rozumiałem, jak to się mogło stać, że ziemia wdarła się do środka i tak grubą warstwą pokryła posadzki; przez swoją powolność był to proces niepojęty dla człowieka. ZFS, którzy z takim zaangażowaniem wyremontowali nadziemną część budowli, prawie zupełnie zignorowali piwnice. Na dole, na prawo od wejścia, przy samych schodach znajdowało się pomieszczenie, w którym trzymali wino i srebrną zastawę, używaną tylko przy wyjątkowych okazjach. Dalej podziemia pozostawały niezbadane.

Arsibalt — jakby przecząc powszechnej opinii na jego temat — stał się ich zapalonym eksploratorem. W bibliotece znalazł wiekowe plany piwnic, zaopatrzył się w oskard i szuflę i zaczął szukać sklepionego lochu, który miał się znajdować na niższym poziomie i zawierać całe złoto zgromadzone przez dynastię Shufa. Jeżeli takie miejsce naprawdę istniało, z pewnością zostało odkryte i opróżnione podczas Trzeciej Łupieży, ale ponowne odnalezienie go byłoby interesujące. I na pewno dobrze zrobiłoby ZFS, bo w ostatnich latach wśród deklarantów z innych zakonów coraz częściej słyszało się o tym, że w podziemiach Fundy Faanowie odkryli (lub gromadzą) wielkie bogactwa. Gdyby Arsibalt odnalazł skarbiec, mógłby zaprosić wszystkich chętnych do odwiedzenia go i w ten sposób uciszyć plotki. Nie spieszył się jednak (jak zwykle) i nikt nie spodziewał się po nim żadnych konkretów, przynajmniej dopóki nie osiwieje. Od czasu do czasu wracał tylko ciężkim krokiem na naszą stronę mostu, brudny jak nieszczęście, i zostawiał w wannie gruby osad mułu — po tym poznawaliśmy, że zakończył kolejną ekspedycję badawczą.

Zdziwiłem się więc, kiedy sprowadził mnie po schodach do piwnicy, skręcił w lewo zamiast w prawo, zagłębił się w kręty korytarz, który miejscami wydawał się dla niego zbyt wąski, i pokazał mi zardzewiałą klapę w podłodze brudnego, cuchnącego wilgocią pomieszczenia. Podniósł ją, odsłaniając dziurę w ziemi i składaną aluminiową drabinę, którą podprowadził gdzieś z koncentu.

— Musiałem spiłować jej nogi… — przyznał się. — Ale tylko troszeczkę. Strop jest niski. Idź pierwszy.

Legendarny skarbiec okazał się szeroki i wysoki na szerokość rozpostartych ramion. Posadzkę stanowiło klepisko, na którym Arsibalt rozpostarł poliplastową płachtę, żeby drobiazgi („takie jak twój kościsty tyłek, Ras”) mogły bez przeszkód spocząć, nie chłonąc wilgoci z ziemi. No i oczywiście nie było żadnego skarbu, tylko mnóstwo napisów wyrytych na ścianach przez rozczarowanych slogów.

Nie znałem drugiego równie paskudnego, miejsca do pracy, ale też nie mieliśmy wyboru. Nie mogłem siedzieć przez całą noc na sienniku i z zawojem narzuconym na głowę oglądać zakazanej tabliczki. Zastosowaliśmy najstarszą sztuczkę na świecie — i to niemal dosłownie. W starej bibliotece Tulia wygrzebała grubaśną, wiekową księgę, której przez jedenaście stuleci nikt nie zdejmował z półki: zbiór artykułów z teoryki cząstek elementarnych, niezwykle modnej w okresie od dwa tysiące trzysetnego do dwa tysiące sześćsetnego, zanim fraa Fenabrast udowodnił, że jest to jedno wielkie nieporozumienie. Powycinaliśmy koła w tylu kartach księgi, aż utworzyło się zagłębienie mieszczące tabliczkę mnemoniczną. Lio zabrał ją na dziedziniec Protektora w stercie innych książek, a w porze kolacji przyniósł z powrotem, znacznie cięższą, i oddał mnie. Następnego dnia przy śniadaniu przekazałem ją Arsibaltowi, który przy kolacji poinformował mnie, że tabliczka dotarła na miejsce.

— Już ją nawet trochę obejrzałem — zdradził mi.

— I czego się dowiedziałeś?

— Że itowie bardzo przykładają się do czyszczenia Oka Clesthyry: jeden z nich codziennie je odkurza. Czasem zjada na górze drugie śniadanie.

— To miłe miejsce na posiłek. Ale myślałem raczej o zapisie nocnych obserwacji.

— Zostawiam je tobie.

Teraz potrzebowałem już tylko pretekstu pozwalającego mi jak najczęściej odwiedzać Fundę Shufa. Przynajmniej tym razem polityka zadziałała na moją korzyść. Ci, którzy krzywo patrzyli na remont Fundy, podejrzewali, że ZFS w jakiś cwany sposób próbują uzyskać nienależne im korzyści. Gdyby ich o to zapytać wprost, Faanowie odpowiedzieliby, że każdy ma prawo tam bywać i pracować — ale nikt z Nowego Kręgu, a już zwłaszcza nikt od saunta Edhara się do tego nie kwapił. Wynikało to po części z tradycyjnej rywalizacji między zakonami, po części zaś z niedawnych wydarzeń.

— Jak traktują cię twoi nowi bracia i siostry? — zapytała mnie któregoś dnia Tulia, kiedy wychodziliśmy z tumu po certyfiku.

Ton jej głosu nie był milusi i troskliwy, lecz raczej ciekawsko-analityczny. Odwróciłem się i zacząłem iść przed nią tyłem, żeby patrzeć jej w oczy. Zirytowana uniosła brwi. Za miesiąc miała osiągnąć pełnoletność i będzie mogła angażować się w romanse, nie naruszając Dyscypliny. Nasza znajomość stawała się trochę niezręczna.

— Czemu pytasz? Powiedz.

— Przestań robić z siebie widowisko, to ci powiem.

Nie wiedziałem, że robię z siebie widowisko. Odwróciłem się i zrównałem z nią.

— Pojawiły się nowe głosy — poinformowała mnie Tulia. — Odrzucenie Orola miałoby być odwetem za jego politykierstwo w czasie kwalifików.

— Też coś! — prychnąłem.

Chwilowo nie umiałem się zdobyć na bardziej elokwentną wypowiedź, więc przestałem się odzywać. W życiu nie słyszałem podobnej bzdury. Jeżeli kradzież miodu i wymienienie go na czarnym rynku na zakazany Dyscypliną towar nie wystarczały do odrzucenia, to co zostawało? Mimo to…

— Takie pomysły są najgorsze — stwierdziłem. — Jakaś mała, podła cząstka twojego mózgu chce w nie wierzyć, mimo że druga, większa część, w oparciu o logikę rozwala je na drobne kawałki.

— Wiesz, niektórym edharczykom nie przeszkadza, kiedy ta mała, podła cząstka bierze górę nad tą drugą, logiczną. Nie chcą wierzyć w miód i szpilołap. Podobno Orolo zawarł trójstronny pakt: Arsibalt trafił do ZFS w zamian za…

— Dość. Nie chcę tego słyszeć.