— Ty wiesz, co naprawdę zrobił Orolo, i łatwiej jest ci się z tym pogodzić. Ale inni… To nie takie proste. Wolą mówić o spisku politycznym i udawać, że sprawa miodu nie istnieje.
— Nawet ja nie zarzuciłbym suur Trestanas takiego cynizmu. — Kątem oka widziałem, jak Tulia spogląda na mnie z zaciekawieniem. — No dobrze, powiem tak: wątpię, żeby suur Trestanas brała udział w jakimś spisku. Ona jest po prostu złym człowiekiem.
To chyba Tulii wystarczyło.
— Posłuchaj — ciągnąłem. — Orolo lubił powtarzać, że koncent tym się tylko różni od extramuros, że jest w nim mniej świecidełek. Nie rozumiałem go wtedy, ale teraz, kiedy go zabrakło, wiem, o co mu chodziło. Nasza wiedza nie sprawia, że stajemy się mądrzejsi czy lepsi; potrafimy być równie wredni jak ci slogowie, którzy dla zabawy pobili Lio i Arsibalta.
— Orolo miał na to jakąś odpowiedź?
— Tak mi się wydaje. Próbował mi to wyjaśnić podczas apertu. Powinniśmy szukać rzeczy pięknych, bo piękno to taki promień światła z… z…
— Z prawdziwego świata? Z Hylaejskiego Świata Teorycznego?
Znowu nie umiałem nic wyczytać z jej twarzy. Chciała sprawdzić, czy wierzę w takie rzeczy — a ja chciałem się dowiedzieć, czy ona w nie wierzy. Doszedłem do wniosku, że to jednak ona więcej ryzykuje: mnie, jako edharczykowi, przyznanie się mogło ujść na sucho.
— Tak — przytaknąłem. — Nie wiem, czy tak by go nazwał, ale o to mu właśnie chodziło.
— Cóż… — mruknęła Tulia po chwili zastanowienia. — To chyba lepsze niż poszukiwanie coraz to nowych teorii spiskowych.
To jeszcze niewiele znaczy, pomyślałem, ale zachowałem to spostrzeżenie dla siebie. Decyzja Tulii o przystąpieniu do Nowego Kręgu była decyzją prawdziwą i miała swoje konsekwencje — między innymi taką, że musiała mieć się na baczności, wdając się w dyskusje o HŚT i podobnych ideach, które w Kręgu uznawano za przesądy. Mogła sobie w nie wierzyć, ale nie powinna się z tym zdradzać, ja zaś byłbym nietaktowny, próbując z niej coś wyciągnąć.
Znalazłem jednak wymarzony pretekst do kręcenia się w pobliżu Fundy Shufa: korzystając ze stałego zaproszenia ZFS, mogłem udawać pojednawcę, chcącego doprowadzić do zgody między zakonami.
Codziennie po śniadaniu szedłem na wykład, zwykle w towarzystwie Barba, z którym potem aż do certyfiku siedziałem nad problemami i dowodami. Po obiedzie udawałem się na łąkę, w rejon planowanej przeze mnie i Lio bitwy chwastów, i przez jakiś czas pracowałem tam — lub udawałem, że pracuję. Cały czas miałem na oku wykuszowe okno Fundy Shufa, stojącej na wzgórzu po drugiej stronie rzeki. Na parapecie tego okna Arsibalt trzymał zwykle stos książek, żeby mieć je w zasięgu ręki, kiedy zasiadał w swoim ulubionym fotelu. Jeżeli w Fundzie był ktoś jeszcze, Arsibalt odwracał książki grzbietami do okna; z łąki dobrze było widać ich pociemniałe oprawy. Kiedy zostawał sam, kładł książki w taki sposób, że widziałem jasne krawędzie stronic. Przerywałem wtedy pracę, zabierałem ze swojej niszy zapiski teoryczne, pokonywałem most i przechodziłem przez zagajnik drzew arkuszowych, kierując się do Fundy Shufa, jakbym tam zamierzał oddawać się nauce. Chwilę później lądowałem w lochu pod piwnicami, siadałem po turecku na płachcie i zabierałem się do pracy z tabliczką. Przed wyjściem na górę czekałem na kolejny sygnał: jeżeli ktoś obcy pojawił się w Fundzie, Arsibalt zamykał drzwi do piwnicy; dopóki siedział sam — zostawiał je uchylone.
Jedną z wielu zalet tabliczek fotomnemonicznych, które odróżniały je od zwyczajnych fototypów, był fakt, że emanowały własne światło, dzięki czemu można było je oglądać nawet po ciemku. Ta tabliczka zaczynała się i kończyła światłem słonecznym; kiedy cofnąłem zapis do samego początku, stała się jednolitą plamą białego światła z lekko błękitnawym odcieniem: tak zarejestrował się na niej obraz nieba po tym, jak aktywowałem ją na szczycie Pinakla podczas voco fraa Paphlagona. Kiedy włączyłem odtwarzanie, najpierw zaobserwowałem krótkie, zabawne ściemnienie obrazu po włożeniu tabliczki do Oka Clesthyry, a potem wyświetlił się obraz — ostry, czysty, wyraźny, chociaż mocno zniekształcony.
Większość powierzchni dysku zajmował obraz nieba. Słońce było regularnym białym kołem, przesuniętym nieco w bok od środka tabliczki. Na obwodzie rysował się ciemny, nierówny rąbek, jak pleśniowa skórka na krążku sera: to był widnokrąg, widoczny we wszystkich kierunkach jednocześnie. W geometrii rybiego oka nasz ludzki „dół” znajdował się przy krawędzi tabliczki, „góra” zaś zajmowała jej środek. Gdyby kilka osób otoczyło kręgiem Oko Clesthyry, ich talie znalazłyby się na obwodzie okrągłego obrazu, a tułowia i głowy wyciągałyby się ku środkowi jak szprychy koła.
Na obwodzie tabliczki zapisało się tyle informacji, że chcąc je odcyfrować, musiałem co chwila powiększać i przesuwać obraz. Jasny dysk nieba był z jednej strony oszpecony ciemnym karbem, który przy bliższych oględzinach okazał się postumentem zwierciadła zenitalnego, stojącego tuż obok Oka. Podobnie jak strzałka wskazująca na mapie północ, karb ten stał się dla mnie punktem odniesienia i pozwolił mi znaleźć inne charakterystyczne obiekty. Prawie dokładnie po drugiej stronie okręgu znajdowało się drugie wcięcie, płytsze i szersze, którego z początku nie umiałem zinterpretować. Wystarczyło jednak odpowiednio się ustawić i przyzwyczaić do specyficznego zniekształcenia obrazu, żebym rozpoznał w nim ludzką postać opatuloną zawojem, spod którego wystawała tylko jedna odsłonięta po łokieć ręka. Ręka sięgała na zewnątrz (czyli w dół) i nabierała groteskowo olbrzymich rozmiarów, zanim przyciął ją dolny skraj tabliczki. Tym potworem byłem ja sam: właśnie włożyłem tabliczkę do przeznaczonej na nią szczeliny pod obiektywem i zamknąłem klapkę. Widząc się po raz pierwszy, parsknąłem śmiechem: łokieć miałem wielki jak księżyc, a po powiększeniu rozpoznałem znajomy pieprzyk i mogłem policzyć sobie włoski i piegi na skórze. Próba ukrycia tożsamości przez zasłonięcie twarzy kapturem zakrawała na kiepski żart. Gdyby suur Trestanas znalazła tę tabliczkę, wystarczyłoby jej obejrzeć prawe łokcie deklarantów, żeby znaleźć winowajcę.
Uruchomiłem odtwarzanie. Karb, będący mną, odsunął się i wtopił w ciemną krechę horyzontu. Chwilę później ciemna plama przecięła łukiem powierzchnię tabliczki, blisko krawędzi: to aeroplan, który miał zabrać fraa Paphlagona do gryzipiórków. Zamroziłem obraz i powiększyłem, żeby dokładnie go sobie obejrzeć. Znajdował się daleko od obiektywu, więc w jego wypadku zniekształcenie było mniej dokuczliwe. Zobaczyłem wirniki i zatrzymane w kadrze smugi spalin oraz pilota, z twarzą ukrytą za czarną osłoną hełmu, w której odbijało się wpadające przez przednią szybę słońce, i z lekko rozchylonymi ustami, jakby właśnie mówił coś do mikrofonu przy policzku. Przesunąłem zegar do przodu i patrzyłem, jak aeroplan leci z powrotem: tym razem w bocznym okienku mignęła mi twarz fraa Paphlagona. Patrzył na koncent takim wzrokiem, jakby widział go pierwszy raz w życiu.
Przesunąłem palcem po bocznej krawędzi tabliczki: słońce zakreśliło łuk na niebie i zapadło się pod widnokrąg. Tabliczka pociemniała. Z pewnością zarejestrowały się na niej gwiazdy, ale mój wzrok nie zdążył się jeszcze oswoić z ciemnością i nie widziałem ich. Na czarnym tle mignęły mi czerwone komety: światła aeroplanu. Potem krążek znowu się rozjaśnił, słońce wyskoczyło nad horyzont i zawisło na niebie. Zaczął się nowy dzień.
Kiedy przesuwałem palcem po całym obwodzie tabliczki, rozbłyskiwała jak lampa stroboskopowa: siedemdziesiąt osiem błysków, po jednym na każdy dzień spędzony w Oku Clesthyry. W ostatnich sekundach spowolniłem odtwarzanie i zobaczyłem samego siebie, jak podchodzę do Oka podczas peanatemy fraa Orola i wyjmuję tabliczkę. Nie chciałem jednak oglądać tego kawałka, nie podobała mi się moja twarz. Zerknąłem tylko dla porządku, czy tabliczka działała jak należy do momentu, kiedy ją zabrałem.