Выбрать главу

Wymazałem kilka pierwszych i kilka ostatnich sekund nagrania, żeby nie zawierało żadnego obrazu mojej osoby (na wypadek, gdyby dostała się w niepowołane ręce), a potem zacząłem je przeglądać szczegółowo i bez pośpiechu. Arsibalt wspominał, że widział na nim itów — i rzeczywiście: drugiego dnia, tuż po południu, ciemny kształt wybrzuszył się od horyzontu ku środkowi tabliczki i na dobrą minutę przesłonił większość nieba. Cofnąłem i odtworzyłem ten fragment z normalną prędkością. Ita wszedł na górę, niosąc spryskiwacz i szmatę. Najpierw wyczyścił zwierciadło zenitalne, a potem podszedł do Oka Clesthyry (właśnie wtedy jego postać rozrosła się do monstrualnych rozmiarów) i prysnął na nie płynem czyszczącym. Skuliłem się, jakby psiknął mi prosto w twarz. Porządnie wypolerował szkło, a ja mogłem do woli zaglądać mu w nozdrza i liczyć rosnące w nich włoski. Widziałem też żyłki w białkach jego oczu i poszczególne włókienka tęczówek. Z łatwością rozpoznałem więc Sammanna, na którego napatoczyliśmy się z Jesrym w hali maszyn u Cord. Sekundę później skurczył się, oddalając od Oka, ale nie zszedł od razu z Pinakla. Przez chwilę stał nieruchomo, zniknął mi z oczu, znów się pojawił, podszedł, zajrzał w obiektyw, aż wreszcie sobie poszedł.

Przybliżyłem obraz i obejrzałem jeszcze raz końcówkę. Ita wyczyścił szkło i spojrzał w dół, jakby coś upuścił. Schylił się, przez co w polu widzenia Oka został tylko jego tyłek, a kiedy się wyprostował i znów wypełnił sobą większość kadru, trzymał coś w ręce: prostokątny przedmiot wielkości książki. Nie musiałem podkręcać powiększenia, żeby wiedzieć, co to jest: koszulka ochronna, którą poprzedniego dnia osobiście ściągnąłem z tej samej tabliczki. Wiatr wyrwał mi ją z ręki, a mnie tak się spieszyło na dół, że jak ostatni idiota zostawiłem ją tam, gdzie spadła.

Sammann oglądał ją chyba z minutę, obracając w rękach na wszystkie strony. W końcu chyba zrozumiał, co ma przed sobą, bo odwrócił gwałtownie głowę i spojrzał prosto na mnie — a właściwie prosto w Oko Clesthyry. Podszedł i z bliska zajrzał w obiektyw. Przekrzywił głowę, sięgnął ręka gdzieś w dół i (tego się tylko domyślałem, bo widzieć nie mogłem) szturchnął palcami klapkę zabezpieczającą, zakrywającą szczelinę z tabliczką. Wyraz jego twarzy się zmienił. Gdybym chciał, mogłem powiększyć obraz i zobaczyć, co odbija mu się w źrenicach, ale nie musiałem tego robić: jego mina nie pozostawiała wątpliwości.

Niespełna dwadzieścia cztery godziny po tym, jak zainstalowałem tabliczkę w Oku Clesthyry, ktoś się o tym dowiedział.

Sammann stał jeszcze przez chwilę nieruchomo, rozmyślając nad sytuacją, aż w końcu złożył koszulkę na pół, schował ją do kieszeni na piersi, odwrócił się do mnie plecami i odszedł.

* * *

Przewinąłem obraz. Nastąpiła pochmurna noc i otoczyła mnie ciemność. Siedziałem w dziurze w ziemi i próbowałem poukładać sobie wszystko w głowie.

Przypominałem sobie inny wieczór, kiedy staliśmy przy ognisku, a ja zarzuciłem Orolowi nieostrożność i obiecałem przyjaciołom, że sam będę rozważniejszy. Ależ byłem durniem!

Kiedy patrzyłem, jak Sammann podnosi koszulkę i kojarzy fakty, serce waliło mi jak młotem, a na twarz wypłynął rumieniec, jakbym we własnej osobie stał obok niego na szczycie Pinakla. A to przecież był tylko zapis wydarzenia sprzed kilku miesięcy, z którego nic przez ten czas nie wynikło. Chociaż naturalnie Sammann mógł mnie wsypać w dowolnie wybranym momencie.

Zaniepokoiłem się, ale nic nie mogłem na to poradzić. Odczuwanie wstydu za błąd popełniony kilka miesięcy wcześniej byłoby stratą czasu; należało się raczej zastanowić, co dalej. Mam tu siedzieć po ciemku i się zamartwiać? Czy raczej kontynuować badanie zapisu na tabliczce? Kiedy w taki sposób przedstawiłem sprawę, odpowiedź stała się oczywista. Złości, która zagnieździła się w moich trzewiach, nie umiałbym całkiem zignorować, co nie znaczy, że musiałem reagować gwałtownie i widowiskowo.

W innym zakonie mógłbym uczynić z tej reakcji coś na kształt profesji: napędzany nią, piąłbym się przez dziesięć, dwadzieścia lat po szczeblach hierarchii, starając się uprzykrzyć życie wszystkim tym, którzy skrzywdzili Orola. Fakty jednak były inne: przystałem do edharczyków, wyłączając się w ten sposób z machinacji politycznych w obrębie koncentu — i dlatego skłaniałem się raczej ku takim pomysłom jak zamordowanie fraa Spelikona. W szponach gniewu taka idea wydawała mi się całkiem sensowna i od czasu do czasu zastanawiałem się nad sposobami jej realizacji. W kuchni nie brakowało dużych noży.

Szczęśliwie się więc złożyło, że miałem tę tabliczkę i spokojny kąt, w którym mogłem ją oglądać. Mogłem na niej wyładować swoją złość, zamiast rzucić się fraa Spelikonowi do gardła. Jeżeli przyłożę się do pracy, to przy odrobinie szczęścia będę mógł któregoś wieczoru w refektarzu pochwalić się wynikami kompromitującymi Spelikona, Trestanas i Statha. Wtedy zdążę jeszcze z niesmakiem odejść z koncentu i trzasnąć drzwiami, zanim mnie odrzucą.

A na razie studiowanie danych na tabliczce zaspokajało moją instynktowną potrzebę reakcji na krzywdę wyrządzoną Orolowi. Odkryłem, że tego rodzaju praca jest jedynym sposobem na przekucie zżerającej mnie wściekłości w żal, który — w przeciwieństwie do gniewu — nie odstraszał ode mnie młodych fidów i sprawiał, że wizje tryskających krwią tętnic Spelikona rzadziej stawały mi przed oczami.

Nie miałem więc innego wyjścia, jak po prostu zapomnieć o Sammannie i nieszczęsnej koszulce i skoncentrować się na tym, co Oko Clesthyry widziało w nocy. Przez tamte prawie trzy miesiące regularnie sprawdzałem pogodę: niebo najczęściej było zachmurzone i dobre warunki do obserwacji panowały zaledwie przez siedemnaście z siedemdziesięciu ośmiu nocy.

Kiedy moje oczy oswoiły się z ciemnością, ustalenie kierunku północnego na tabliczce okazało się banalnie proste: tam przecież znajdowała się oś obrotu całego nieboskłonu. Kiedy zatrzymywałem obraz albo odtwarzałem go z normalną prędkością, gwiazdy rysowały się na tabliczce jako nieruchome punkciki światła. Wystarczyło jednak przyspieszyć odczyt, żeby prawie wszystkie zaczęły zataczać koncentryczne łuki, odwzorowując obroty Arbre — prawie wszystkie, ponieważ wspólnym środkiem tych łuków była nieporuszona gwiazda polarna. W bardziej wyrafinowanych teleskopach mieliśmy zainstalowany zegarowy system naprowadzania, który eliminował tę niedogodność: obracały się „do tyłu” z tą samą szybkością, z jaką Arbre wirowała „do przodu”, dzięki czemu można było odnieść wrażenie, że obserwowane przez nie gwiazdy tkwią nieruchomo na swoich miejscach. Oko Clesthyry było pozbawione tego mechanizmu.

Tabliczką dawało się sterować na „kilka różnych sposobów. Do tej pory używałem jej podobnie jak szpilołapu zaopatrzonego w przyciski startu, stopu i przewijania. Miała jednak również pewne dodatkowe cechy, których szpilołapy były pozbawione: mogła na przykład odtworzyć połączone obrazy zarejestrowane w dowolnie długim okresie. Ta funkcja stanowiła swoiste dziedzictwo Epoki Praksis, kiedy zamiast tabliczek fotomnemonicznych kosmografowie mieli do dyspozycji płytki pokryte światłoczułymi chemikaliami. Ponieważ wiele obserwowanych przez nich obiektów świeciło bardzo słabo, naświetlanie płytek potrafiło trwać godzinami. Tabliczka fotomnemoniczna mogła pracować w obu tych trybach. Kiedy odtwarzało się zapis w taki sam sposób jak na zwykłym szpilołapie, widziało się co najwyżej parę gwiazd i lekką mgiełkę, za to po włączeniu odtwarzania obrazów zintegrowanych gwiazdy mogły się ułożyć w galaktykę spiralną albo mgławicę.