Выбрать главу

Dlatego w moim pierwszym eksperymencie wybrałem pogodną noc i kazałem tabliczce wyświetlić scalony obraz, zarejestrowany przez Oko Clesthyry między zachodem i wschodem słońca. Pierwsza próba mi się nie powiodła, ponieważ nastawiłem zbyt wczesny moment początkowy i zbyt późny końcowy i obraz rozpłynął się w jasności zmierzchu i przedświtu, ale po wprowadzeniu poprawek uzyskałem żądany efekt.

Tabliczka stała się czarnym dyskiem poznaczonym tysiącami cieniutkich koncentrycznych łuków, odzwierciedlających pozorny ruch pojedynczych gwiazd i planet nad obracającą się Arbre. Obraz przecinało kilkanaście czerwonych linii przerywanych i bardzo jasnych białych pasków: były to światła przelatujących aeroplanów; te bliżej środka, pozostawione przez wysoko lecące maszyny, biegły prawie prosto. W jednym miejscu przy brzegu płytki niebo było wręcz wypalone pękiem grubych białych pasm: w tym rejonie aeroplany lądowały w miejscowym aerodromie i wszystkie schodziły do lądowania podobnym torem.

Tylko jedna rzecz na firmamencie się nie poruszała: gwiazda polarna. Jeżeli mieliśmy rację w naszych domysłach na temat przedmiotu zainteresowań fraa Orola (wedle których miał wypatrywać czegoś na orbicie biegunowej), to jeśli interesujący go obiekt był dostatecznie jasny, żeby tabliczka w ogóle go zarejestrowała, powinien być widoczny jako kreska w pobliżu gwiazdy polarnej, prosta lub prawie prosta i przecinająca pod kątem prostym setki łuków kreślonych przez gwiazdy: on poruszałby się w kierunku północ-południe, one zaś zdążałyby ze wschodu na zachód.

Co więcej, taki satelita powinien przeciąć niebo więcej niż raz w ciągu nocy. Policzyliśmy to z Jesrym dokładnie. Satelita na niskiej orbicie okrążałby Arbre w czasie około półtorej godziny. Jeżeli nakreślił na tabliczce prostą krechę o godzinie, powiedzmy, dwunastej w nocy, następną powinien wyrysować około pół do drugiej, potem kolejne o trzeciej i pół do piątej, cały czas w tej samej płaszczyźnie względem gwiazd. W półtoragodzinnej przerwie między jednym i drugim jego pojawieniem się Arbre obraca się o dwadzieścia dwa i pół stopnia długości geograficznej, przez co kolejne linie kreślone przez satelitę nie nakładałyby się na siebie, lecz byłyby przesunięte względem siebie właśnie o dwadzieścia dwa i pół stopnia (albo pi/8, jak teorycy wolą określać miary kątów). Obraz przypominałby trochę pokrojony tort:

Pierwszego dnia w piwnicy kazałem tabliczce wyświetlić obraz z pierwszej pogodnej nocy, zrobiłem zbliżenie w rejon gwiazdy polarnej i zacząłem szukać czegoś, co wyglądałoby jak tort. Dopiąłem swego z tak dziecinną łatwością, że w pewnym sensie poczułem się rozczarowany. Rysunek okazał się nieco bardziej skomplikowany, ponieważ satelitów było więcej niż jeden:

Przyjrzawszy mu się dokładnie, rozpoznałem kilka nałożonych na siebie rysunków tortu.

— Jestem rozczarowany — przyznałem Jesry’emu przy kolacji.

Udało nam się jakimś cudem uniknąć towarzystwa Barba i siedliśmy we dwóch w kącie refektarza.

— Znowu?

— Chyba się spodziewałem, że jeśli w ogóle uda mi się coś zobaczyć w okolicy bieguna, będzie po wszystkim. Tajemnica rozwikłana, sprawa zamknięta. A to wcale nie tak. Jest całkiem sporo satelitów na orbitach biegunowych; podejrzewam, że krążą tak od Epoki Praksis. Kiedy jedne się zużywają i spadają, gryzipiórki wystrzeliwują następne.

— To nic nowego. Jeżeli wyjdziesz w nocy na dwór, odwrócisz się na północ i dostatecznie długo będziesz się gapił w niebo, zobaczysz je gołym okiem.

Przeżuwałem kęs jedzenia i walczyłem z chęcią wyrżnięcia Jesry’ego w nos — ale przecież na tym właśnie polegała teoryka. Nie tylko loryci powtarzali „to nic nowego”; ludzie cały czas na nowo wynajdowali koło i nie był to żaden powód do wstydu. Gdybyśmy wszyscy się zachwycali, wnosili pochwalne ochy i achy i powtarzali „No proszę, koło. Że też nikt wcześniej na to nie wpadł” tylko po to, żeby zrobić przyjemność wynalazcy, postęp zamarłby zupełnie. Jednakże przykro mi się robiło na myśl o tym, że całe ryzyko, jakie podjąłem, poszło na marne, a uzyskany przeze mnie wynik dało się skwitować jako „nic nowego”.

— Nie twierdzę, że to nowość — odparłem z wymuszoną cierpliwością. — Informuję cię po prostu, co się stało, kiedy pierwszy raz miałem okazję posiedzieć parę godzin nad tą tabliczką. I chyba przy okazji próbuję postawić pytanie.

— Słucham. Jak ono brzmi?

— Fraa Orolo na pewno wiedział, że na orbitach biegunowych znajduje się kilkanaście satelitów. Fakt ten sam w sobie jest dla kosmografa równie mało istotny jak przelatujące mu nad głową aeroplany.

— Mogą go co najwyżej drażnić. — Jesry pokiwał głową. — Przeszkadzać mu.

— Co takiego chciał zatem zobaczyć, że zaryzykował narażenie się na peanatemę?

— Nie tylko zaryzykował, ale…

Uciszyłem go gestem.

— Wiesz, o co mi chodzi. Nie pora bawić się w Kefedokhlesa.

Jesry zapatrzył się w przestrzeń nad moim lewym ramieniem. Przeciętny rozmówca poczułby się zakłopotany albo urażony moją reakcją, ale nie Jesry. W ogóle się nie przejął! Ależ mu zazdrościłem…

— Wiemy, że potrzebował szpilołapu — zauważył. — Nie wystarczyło mu gołe oko.

— Potrzebował jakiegoś przyrządu, żeby inaczej widzieć niebo. Nie mógł rejestrować obrazu przez długi czas na tabliczce fotomnemonicznej.

— Po zamknięciu gwiezdnego kręgu nie pozostało mu nic innego, jak sterczeć po nocach w tej winnicy, odmrażając sobie tyłek, oglądać gwiazdę polarną przez szpilołap i czekać, aż coś się przy niej pokaże.

— Cokolwiek by to było, błyskawicznie przemknęłoby przez pole widzenia — zauważyłem. W tej chwili nawzajem kończyliśmy zdania rozpoczęte przez tego drugiego. — Co jeszcze? Co jeszcze by zaobserwował?

— Czas. — Jesry wbił wzrok w stół, jakby tam wyświetlał się szpil z Orolem w roli głównej. — Sprawdza i zapisuje godzinę. Dziewięćdziesiąt minut później znowu patrzy w niebo i widzi, jak ten sam ptaszek drugi raz przefruwa nad biegunem.

Lio nazywał satelity „ptaszkami”, odkąd naczytał się książek, w których tak określali je wojskowi w swoim żargonie, a my wszyscy przyswoiliśmy sobie to określenie.

— Brzmi to równie fascynująco, jak wpatrywanie się w godzinową wskazówkę zegara — mruknąłem.

— Nie zapominaj, że tych ptaszków jest więcej.

— Nie zapominam, pół dnia się im przyglądałem! — odparłem z naciskiem.

Ale Jesry podążał już tropem swojej nowej idei i nie miał czasu na moje małostkowe złośliwości.

— Na pewno nie krążą wszystkie na tej samej wysokości — powiedział. — Jedne są na wyższych orbitach, inne na niższych; tym pierwszym okrążenie Arbre zajmuje więcej czasu, zamiast dziewięćdziesięciu minut na przykład dziewięćdziesiąt jeden albo… sto trzy, powiedzmy. Mierząc te czasy w dostatecznie długim okresie, fraa Orolo mógłby stworzyć coś w rodzaju…

— Spisu — dokończyłem. — Listy wszystkich ptaszków na niebie.

— A wtedy, z gotową listą w ręce, z łatwością wykrywałby ewentualne nieregularności i anomalie. Dopóki jednak nie zakończyłby tego… spisu, jak go nazwałeś…

— Pracowałby po omacku, i to w więcej niż jednym sensie, prawda? Widziałby ptaszka nad biegunem, ale nie mógłby go rozpoznać ani stwierdzić, czy w jego zachowaniu jest coś niezwykłego.