Zanim skończyłem, minęły trzy tygodnie. Na drzewach pojawiły się pąki, ptaki leciały na północ, fraa i suur zaczynali się krzątać po swoich kłębach i dyskutować o tym, czy już pora siać i sadzić. Horda barbarzyńskich chwastów zbierała się na brzegu rzeki i szykowała do inwazji na żyzne thrańskie równiny. Arsibalt przekopał się przez dwie trzecie Paphlagona. Do wiosennej równonocy zostało zaledwie kilka dni. Apert rozpoczął się w dniu równonocy jesiennej — pół roku temu! Nie miałem pojęcia, gdzie się podział taki szmat czasu.
Oczywiście tam, gdzie wszystkie wcześniejsze dni i lata. Ciężko pracowałem. Nie miało znaczenia, że robiłem to potajemnie, niezgodnie z prawem, ryzykując odrzucenie. Niektórzy by się tym przejęli, ale z punktu widzenia koncentu było to kompletnie nieistotne. Deklaranci mieli się zajmować projektami naukowymi, a skoro już znalazłem sobie jakiś projekt, stałem się częścią koncentu w sposób wcześniej mi niedostępny. Znalazłem się we właściwym miejscu.
Ponieważ Arsibalt, Jesry i Tulia mieli swoje zajęcia, nie powiedziałem im o Sammannie. O nim rozmawiałem tylko z Lio, kiedy wychodziliśmy na łąkę, żeby tam przekonywać gwiazdokwiaty do przesuwania się we właściwym kierunku — albo, ponieważ pracowałem przecież z Lio, zajmować się czymkolwiek innym, co akurat przyszło mu do głowy.
Różnie reagowaliśmy na brak Orola. Ja snułem fantazje o krwawej zemście, ale nikomu się z nich nie zwierzałem. Lio praktykował coraz dziwniejsze odmiany dronu. Dwa tygodnie wcześniej próbował mnie zainteresować dronem z grabiami, zainspirowany, jak się domyślałem, historią o Diaksie przepędzającym entuzjastów. Odmówiłem, tłumacząc, że boję się zakażenia krwi: spotkanie z przeciwnikiem uzbrojonym w grabie groziło odniesieniem licznych ran kłutych. Po tygodniu przerzucił się na dron ze szpadlem i sporo czasu przesiedzieliśmy nad rzeką, ostrząc szpadle na kamieniach.
Kiedy któregoś dnia znów zabrał mnie nad rzekę, spodziewałem się dalszych wariacji na ten sam temat, ale Lio cały czas oglądał się przez ramię i prowadził mnie coraz dalej. Jako fid uczestniczyłem w dostatecznie dużej liczbie potajemnych wypadów, żeby wiedzieć, czego wypatruje: sprawdzał, czy widać nas z okien Regulatorki. Stare nawyki wróciły z dawną mocą: przestałem się odzywać i przemykałem od krzaka do krzaka, aż dotarliśmy do zakrętu rzeki, gdzie woda podcięła brzeg i mogliśmy ukryć się pod przewieszką. Mieliśmy szczęście, że nikt nie wybrał sobie akurat teraz tej okolicy na romansowanie. Zresztą miejsce i tak się do tego nie nadawało: rozmiękły grunt, robactwo, wysokie prawdopodobieństwo zaskoczenia przez deklarantów, którzy przyszli popływać łódkami.
Lio odwrócił się do mnie. Zaniepokoiłem się, że będzie chciał mnie poderwać.
Ale gdzie tam… To był przecież Lio.
— Walnij mnie w twarz — powiedział.
Takim tonem mógłby mnie poprosić, żebym podrapał go po plecach.
— Wiesz, od dawna o tym marzę, ale… dlaczego tego chcesz?
— Walka bez broni od wieków jest elementem żołnierskiego szkolenia — wyjaśnił mi jak przypadkowemu fidowi. — Dawno już stwierdzono, że rekrut, choćby nie wiadomo ile się nauczył, zapomina wszystko, gdy pierwszy raz dostanie w twarz.
— Pierwszy raz w życiu, tak?
— No tak. W zamożnych, spokojnych społeczeństwach, które nie pochwalają bójek, to często spotykany problem.
— Zaraz, problemem jest nie dość częste obrywanie po gębie?
— Tak, kiedy wstępujesz do armii i dochodzi do starcia z człowiekiem usiłującym cię zabić.
— Lio, ty już przecież dostałeś w twarz. Podczas apertu. Nie pamiętasz?
— Pamiętam. Próbuję wykorzystać to doświadczenie.
— To dlaczego chcesz, żebym cię uderzył? To nie będzie twój pierwszy raz.
— Żeby sprawdzić, czy się nauczyłem.
— Ale dlaczego ja? Dlaczego nie Jesry? Lepiej by się nadawał…
— W tym rzecz.
— Rozumiem… No to czemu nie Arsibalt wobec tego?
— Bo on by nie zrobił tego na poważnie. A potem jeszcze by biadolił, że go boli ręka.
— Co powiesz znajomym przy obiedzie, jak zaczną pytać, kto cię pobił?
— Że walczyłem ze złymi ludźmi.
— Musisz się bardziej postarać.
— Że ćwiczyłem pady i mi nie wyszło.
— A może ja nie chcę sobie poharatać ręki?
Uśmiechnął się i podał mi parę grubych skórzanych rękawic roboczych.
— Jeśli naprawdę cię to martwi, napchaj sobie szmat pod knykcie — poradził, kiedy zacząłem je naciągać.
Minęły nas płynące małą łódką suur Tamura i Ylma. Dopóki mogły nas widzieć, udawaliśmy zajętych wyrywaniem chwastów.
— Posłuchaj — powiedział Lio. — Chcę cię po prostu obalić na ziemię…
— Teraz mi to mówisz?!
— Robiliśmy to przecież setki razy — odparł, jakby miało mnie to uspokoić. — Dlatego tu przyszliśmy. — Tupnął w wilgotną ziemię. — Miękkie podłoże.
— Ale dlaczego…
— Jeżeli zasłonię się rękami przed twoim ciosem, nie osiągnę swojego celu.
— Rozumiem.
Nagle Lio skoczył na mnie i razem runęliśmy na ziemię.
— Przegrałeś — powiedział, wstając.
— Jak chcesz… — westchnąłem.
Ledwie wygramoliłem się do pozycji stojącej, znowu się na mnie rzucił — i znowu mnie przewrócił. Udałem, że uderzam go w twarz, ale byłem bardzo, bardzo spóźniony. Trzeci raz pchnął mnie znacznie silniej, tak że po upadku miałem wrażenie, że naciągnąłem sobie wszystkie drobne mięśnie pod skórą czaszki. Oparł się na mojej twarzy, odepchnął i wstał. Przekaz był jasny.
Następnym razem spróbowałem na serio, ale nie zdążyłem przyjąć właściwej pozycji i uderzyłem słabo. W dodatku Lio zaatakował niżej niż poprzednio.
Przy kolejnej próbie obniżyłem środek ciężkości, mocno stanąłem na nogach, wyprowadziłem cios z korpusu i grzmotnąłem go w kość policzkową.
— Świetnie! — jęknął Lio, złażąc ze mnie. — Spróbuj mnie spowolnić. Bo o to tutaj chodzi, nie zapominaj.
Próbowaliśmy jeszcze z dziesięć razy; ponieważ obrywałem znacznie mocniej od niego, straciłem rachubę. Wspiąwszy się na wyżyny swoich możliwości, na ułamek sekundy wytrąciłem go z równowagi — ale nie przeszkodziło mu to w przewróceniu mnie.
— Długo jeszcze? — spytałem, leżąc w błotnym kraterze w kształcie Erasmasa. Jeżeli nie wstanę, Lio nie będzie mógł mnie przewrócić.
Przykucnął nad rzeką i ochlapał twarz wodą, spłukując krew z brwi i spod nosa.
— Wystarczy — stwierdził. — Wiem to, czego chciałem się dowiedzieć.
Odważyłem się usiąść.
— Czyli?
— Że się przystosowałem po tym wypadku podczas apertu.
Dźwignąłem się na kolana.
— To niewiele. Po to się tak męczyliśmy?
— Jeżeli tak chcesz na to patrzeć…
Znowu nabrał wody w dłonie.
Wiedziałem, że drugiej takiej szansy miał nie będę. Przeturlałem się, zaparłem stopami o jego tyłek i wepchnąłem go do wody.
Później, kiedy oddał się stosunkowo zwyczajnemu i spokojnemu zajęciu, jakim było ostrzenie szpadla, wróciłem do tematu tabliczki i zapisanych na niej obrazów, a zwłaszcza do powtarzających się wizyt Sammanna.