Выбрать главу

— Spędziła sześć lat w Baritoe, w matemie jednorocznym. Napisała traktat, w którym porównuje prace Paphlagona do innych…

— Specjalistów z tej samej dziedziny. — Jesry się niecierpliwił.

— Tak, z przeszłości.

— Czytałaś go?

— Nie dostaliśmy go. Może za następne dziesięć lat. Byłam już w dolnym labiryncie, wrzuciłam prośbę przez kratę.

Ktoś w Baritoe, pewnie jakiś fid-jednorazowiec, będzie musiał przepisać traktat Ignethy i nam go przysłać. Gdyby dzieło było popularne, fidowie kopiowaliby je z własnej inicjatywy i egzemplarze rozeszłyby się po wszystkich matemach.

— Można by się spodziewać, że jeśli rodzina ma pieniądze, każą powielić traktat mechanicznie — powiedział Jesry.

— To zbyt pospolite — zauważyła Tulia. — Ale przynajmniej znam tytuł: Mnogość światów: Studium porównawcze halikaarnijskich idei polikosmicznych.

— Kiedy słyszę coś takiego, czuję się jak insekt pod lupą proceńczyka — poskarżyłem się.

— Wiesz, w Baritoe dominują proceńczycy — przypomniała mi Tulia. — Daleko by nie zaszła z tytułem Dlaczego halikaarnijczycy są od nas o wiele mądrzejsi?

Poniewczasie uświadomiłem sobie, że ona również należy do zakonu proceńskiego.

— Interesował ją polikosmos — wtrącił się Jesry, zanim zdążyliśmy się pokłócić. — Jakie wydarzenie związane z polikosmosem można by obserwować z gwiezdnego kręgu?

Było to jedno z tych pytań, których na pewno by nie zadał, gdyby już nie znał na nie odpowiedzi. I rzeczywiście, nie kazał nam długo czekać:

— Założę się, że coś niedobrego dzieje się ze słońcem.

Już, już miałem go wyśmiać, gdy nagle przypomniałem sobie, że przecież Sammann wpatrywał się właśnie w słońce.

— Coś, co widać gołym okiem?

— Plamy na słońcu. I wybuchy. Mogą mieć wpływ na pogodę, i w ogóle. A od Epoki Praksis atmosfera już nie przed wszystkim nas chroni.

— Pięknie… Ale czego w takim razie szukał Orolo na biegunie północnym?

— Zorzy polarnej — odparł Jesry takim tonem, jakby naprawdę wiedział, co mówi. — Zorza reaguje na zmiany na słońcu.

— Przez cały ten czas ani razu nie mieliśmy tu porządnej zorzy — wytknęła mu Tulia z miną zadowoloną jak u najedzonego kota.

— Widocznej gołym okiem — uzupełnił Jesry. — Za to nasza tabliczka doskonale nadaje się do oglądania i zórz, i samego słońca.

— Widzę, że stała się „naszą” tabliczką, odkąd okazało się, że może na niej być coś ciekawego — powiedziałem z przekąsem.

— A kiedy suur Trestanas ją znajdzie, znowu będzie „twoją” tabliczką — dodała Tulia i wybuchnęła śmiechem.

Jesry uparł się, że nie da się rozbawić.

— A tak serio… — ciągnęła Tulia. — To nadal nie wyjaśnia powołania Paphlagona. Pierwszy lepszy kosmograf może obserwować plamy na słońcu.

— Pytasz o związek wybuchów z polikosmosem — domyślił się Jesry.

— Właśnie.

— Może wcale go nie ma? — zasugerowałem. — Może Ignetha Foral potrzebowała kosmografa, a imię Paphlagona przypadkowo zapadło jej w pamięć?

— Albo jest prześladowana za herezję i wyciągnęli od nas Paphlagona, żeby go przy okazji ukarać — odpalił Jesry.

Rozważyliśmy tę i kilka innych idei w podobnym stylu, ale w końcu odrzuciliśmy je wszystkie, uznawszy, że musiał istnieć jakiś dobry, sensowny powód powołania Paphlagona.

— Zanim dawni teorowie zaczęli rozważać koncepcję polikosmosu, patrzyli w gwiazdy — powiedział Jesry. — Zastanawiali się, jak się narodziły i co się dzieje w ich wnętrzu.

— Powstają nowe jądra atomowe — podsunęła Tulia.

— Interesowało ich też, jak to się dzieje, że kiedy gwiazda umiera, te jądra zostają wystrzelone w kosmos, gdzie tworzą planety i…

— I nas — dokończyłem.

— I nas — powtórzył Jesry. — Stąd już krótka droga do pytania, dlaczego te wszystkie procesy są tak precyzyjnie zestrojone, że prowadzą do powstania życia? To śliskie pytanie. Deolatrze wystarczy przekonanie, że Bóg stworzył kosmos specjalnie dla nas. Ale odpowiedź polikosmiczna brzmi inaczej: istnieje wiele kosmosów; jedne sprzyjają rozwojowi życia, inne nie, a my widzimy tylko ten, w którym możemy istnieć. Stąd właśnie bierze się cała ta filozofia, którą upodobała sobie suur Aculoä.

— Zaczynam rozumieć, dlaczego podejrzewasz problemy ze słońcem — powiedziałem. — Niewykluczone, że z obserwacji wynikły jakieś nowe fakty, które zaprzeczają naszym teorycznym koncepcjom procesów zachodzących we wnętrzach gwiazd. I może konsekwencje tych nowych faktów są tak dalekosiężne, że mają wpływ na teorie polikosmiczne, w których specjalizuje się Paphlagon.

— Bardziej prawdopodobne jest, że to Ignetha Foral tak właśnie sądzi, i choć jest w błędzie, ściągnęła do siebie Paphlagona, żeby zlecić mu szukanie wiatru w polu — dodał Jesry.

— Moim zdaniem Ignetha jest całkiem bystra — zaoponowała Tulia, ale Jesry jej nie słuchał, ponieważ w jego głowie dojrzewała decyzja.

— Zejdę z tobą do lochu — stwierdził stanowczo. — Chcę zobaczyć tabliczkę. Mogę zresztą iść sam, jeśli jesteś zajęty.

Pomysł ten nie podobał mi się co najmniej z dwunastu różnych powodów, ale nie mogłem tego powiedzieć, żeby nie wyjść na prosiaka, który chce mieć monopol na tabliczkę.

— Dobrze — odparłem.

— Jesteś pewien, że to dobry pomysł? — spytała Tulia. Wiedziałem, że się ze mną nie zgadza, ale zanim spór rozgorzał na dobre, zauważyliśmy idącą w naszą stronę suur Alę.

— Oho… — mruknął Jesry.

Suur Ala zawsze miała w sobie coś niezwykłego, ale nigdy nie umiałem powiedzieć, o co właściwie mi chodzi. Podczas wykładów i certyfików łapałem się czasem na tym, że przyglądam się jej i próbuję coś wyczytać z twarzy. Jej okrągła głowa była osadzona na szczupłej szyi, ostatnio podkreślonej jeszcze krótką fryzurą; podczas apertu ścięła włosy i od tamtej pory jedna z suur pomagała jej zachować ten stan. Miała ogromne oczy, delikatny orli nos i szerokie usta. Była drobna i koścista, w przeciwieństwie do szczodrze zaokrąglonej Tulii, i jej powierzchowność w pewnym sensie odzwierciedlała jej duszę.

Nie traciła czasu na powitania.

— No proszę, po raz osiemsetny w ostatnich trzech miesiącach fraa Erasmas bierze udział w jakiejś ożywionej dyskusji — zaczęła. — Poza zasięgiem słuchu osób niepowołanych. I oczywiście znacząco spogląda a to w niebo, a to na Fundę Shufa. Nawet nie próbujcie się tłumaczyć, i tak wiem, że coś knujecie. Od tygodni.

Długą chwilę staliśmy w milczeniu. Serce waliło mi jak młotem, gdy suur Ala wpatrywała się w nas swymi oczami jak reflektory.

— W porządku — zgodził się Jesry. — Nie będziemy próbowali.

Więcej jednak nie odważył się powiedzieć. Cisza się przeciągała. Spodziewałem się, że Ala się wścieknie, że postraszy nas Inkwizycją, ale jej twarz straciła wszelki wyraz — i kiedy przez moment spodziewałem się, że odmaluje się na niej jakieś inne uczucie, Ala po prostu odwróciła się do nas plecami i zaczęła oddalać. Tulia ruszyła za nią i zostaliśmy z Jesrym sami.

— To było dziwne — mruknął Jesry.

Nie wiedziałem, co powiedzieć. Znowu ogarnęła mnie żałość, którą poczułem w celi w ten wieczór, gdy Ala dołączyła do Nowego Kręgu.

— Myślisz, że nas wsypie? — zapytałem.

Miałem nadzieję, że w moim głosie słychać niedowierzanie, jakbym pytał „Czy jesteś aż takim durniem, żeby myśleć, że ona nas wsypie?”, ale Jesry potraktował moje pytanie dosłownie.