— To świetny pretekst, żeby się podlizać Regulatorce — odparł.
— Ale wybrała taki moment, żeby nikt inny jej nie słyszał — zauważyłem.
— Może liczyła na to, że dobije z nami targu?
— A co takiego moglibyśmy jej zaoferować?! — prychnąłem.
Jesry pomyślał chwilę i wzruszył ramionami.
— Nasze ciała?
— Nie bądź obrzydliwy. Jeżeli już chcesz żartować w taki sposób, mogłeś powiedzieć „Naszą sympatię”.
— Nie darzę jej szczególną sympatią. Ona mnie chyba też nie.
— Daj spokój, nie jest wcale taka zła.
— Jak możesz tak mówić po tej szopce, którą właśnie odstawiła?
— Może chciała nas ostrzec, że za bardzo rzucamy się w oczy?
— Całkiem słusznie. Powinniśmy przestać się spotykać na łące, gdzie widzi nas pół matemu.
— Znasz lepsze miejsce?
— Owszem. Podziemia Fundy Shufa. Musimy tylko poczekać na sygnał od Arsibalta.
Czekaliśmy zaledwie cztery godziny. Poszło jak z płatka, przynajmniej na pozór: Arsibalt dał sygnał, Jesry i ja zauważyliśmy go z dwóch różnych miejsc i spotkaliśmy się przy Fundzie, gdzie nie było nikogo prócz Arsibalta. Zeszliśmy pod ziemię i wzięliśmy się do pracy.
Jednakże pod wieloma innymi względami nic nie układało się tak, jak powinno. Zawsze kiedy wybierałem się do Fundy Shufa, nadkładałem drogi i szedłem przez zagajnik drzew arkuszowych; nigdy nie wybierałem dwa razy tej samej ścieżki. Co innego Jesry: on po prostu przeszedł przez most i najkrótszą drogą skierował się prosto do Fundy. Nie twierdzę, że wybrał gorszy wariant niż ja, bo akurat w tym pogodnym dniu aż czterokrotnie spotykałem po drodze spacerowiczów — pojedynczych i w grupkach. Znajdowałem się o rzut kamieniem od Fundy, gdy napatoczyłem się jeszcze na suur Tary i fraa Brancha, otulonych zawojami i cieszących się chwilą prywatności.
Kiedy więc dotarłem na miejsce, miałem zamiar odwołać spotkanie, ale Jesry nie chciał o tym słyszeć. Przekonał mnie, żebyśmy zeszli do piwnicy, zostawiając na straży ciężko przerażonego Arsibalta, nerwowo strzelającego oczami na boki: okno, drzwi, okno, drzwi… Wcisnęliśmy się więc we dwóch do ciasnej klitki, w której tyle godzin spędziłem w samotności. Teraz, kiedy nie byłem sam, wszystko wyglądało inaczej. Ja już się przyzwyczaiłem do wprowadzanych przez rybie oko aberracji, ale Jesry nie i mnóstwo czasu zajmowało mu powiększanie fragmentów obrazu, żeby zobaczyć, jak naprawdę wyglądają. Oczywiście z początku zachowywałem się identycznie, ale teraz chciało mi się wyć; Jesry chyba nie rozumiał, że nie mamy czasu na takie zabawy. A kiedy coś go zaintrygowało, zaczynał mówić — za dużo i za głośno. Obaj musieliśmy też na chwilę wyjść za potrzebą, należało więc zapoznać go z sygnałem „droga wolna”, którym były uchylone drzwi do piwnicy.
W sumie upłynęły chyba ze dwie (jeśli nie trzy) godziny, zanim naprawdę zajęliśmy się oglądaniem słońca. Tabliczka nadawała się do tego równie dobrze jak do obserwacji odległych gwiazd. Nie mogła generować zbyt dużo światła, dzięki czemu zamiast oślepiającej kuli termonuklearnego ognia widzieliśmy ostro zarysowany dysk, z pewnością najjaśniejszy na całym obrazie, ale nie aż tak jasny, żeby nie dało się na niego patrzeć. Po przyciemnieniu i przybliżeniu obrazu można było swobodnie oglądać plamy na słońcu. Nie umiałbym powiedzieć, czy naprawdę jest ich więcej niż zwykle; Jesry też nie potrafił tego ocenić. Przyciemniwszy sam dysk, mogliśmy także obserwować jego koronę i wypatrywać wybuchów, ale nie dostrzegliśmy niczego nadzwyczajnego. Nie byliśmy, rzecz jasna, specjalistami w tej dziedzinie; nigdy wcześniej nie interesowaliśmy się słońcem, uważając je za kapryśnego natręta, który tylko utrudnia obserwację innych gwiazd.
Kiedy zniechęceni doszliśmy do wniosku, że nasza hipoteza o Sammannie w okularach ochronnych była błędna i straciliśmy popołudnie na darmo, postanowiliśmy wyjść z lochu, ale okazało się, że drzwi prowadzące na gorę są zamknięte. Ktoś obcy był w budynku. Nie mogliśmy się narażać.
Odczekaliśmy pół godziny. Może Arsibalt przypadkiem przymknął drzwi? Podkradłem się i przyłożyłem do nich ucho: Arsibalt z kimś rozmawiał, im dłużej przysłuchiwałem się rozbrzmiewającym w Fundzie głosom, tym większej pewności nabierałem, że jego rozmówcą jest suur Ala. Wytropiła nas!
Kiedy zszedłem do Jesry’ego i przekazałem mu nowinę, wypowiedział się o Ali w nader nieprzychylnych słowach. Minęło kolejne pół godziny, a ona nadal była na górze. Umieraliśmy z głodu, a Arsibalt — zapewne — ze strachu.
Wyglądało na to, że co najmniej jedna osoba wkrótce pozna nasz sekret (jeśli już go nie poznała). Kuląc się w ciemnościach jak szczury w pułapce, mieliśmy aż nadto czasu, żeby przeanalizować implikacje tego faktu. Nie było sensu udawać, że nic się nie stało. Nie mając nic lepszego do roboty, ściągnęliśmy z klepiska poliplastową płachtę i zawinęliśmy w nią tabliczkę. Klucząc i błądząc, dotarliśmy w najdalsze miejsce podziemi, na zewnętrzną granicę eksploratorskich poczynań Arsibalta, i tam zakopaliśmy płachtę cztery stopy pod ziemią. Kiedy z nią skończyliśmy, umorusani ziemią od stóp do głów wróciliśmy do lochu i znów poszedłem ponasłuchiwać. Niczego nie usłyszałem, ale drzwi nadal były zamknięte.
— Podejrzewam, że w głowie Arsibalta przegraliśmy z kolacją — powiedziałem Jesry’emu. — Ale założę się, że ona nadal tam jest.
— To nie w jej stylu odpuścić w takim momencie — zgodził się ze mną.
— Wiesz co? To chyba twoja najmilsza wypowiedź na jej temat.
— Jak uważasz, co powinniśmy zrobić, Ras?
Dziwnie się czułem, słysząc, jak Jesry próbuje zasięgnąć mojej rady w jakiejś sprawie, i przez chwilę napawałem się tym nieznanym mi dotąd uczuciem.
— Jeżeli zamierza nas wydać, jestem trupem i nic tego nie zmieni — odparłem. — Ale ty jeszcze masz szansę. Dlatego proponuję, żebyśmy razem wyszli na górę. Ty naciągniesz kaptur na twarz i wymkniesz się tylnym wyjściem, a ja pójdę porozmawiać z Alą. Zajmę ją, żebyś zdążył zniknąć. Jest ciemno, uda ci się.
— Umowa stoi. Dzięki, Ras. Tylko pamiętaj: jeśli chodzi jej o twoje ciało…
— Zamknij się.
— Dobrze. Zróbmy tak. — Jesry naciągnął zawój na głowę, ale widziałem, że coś mu się nie podoba. — Uwierzyłbyś, że coś takiego uchodzi tutaj za ekscytujące wydarzenie?
— Może jeszcze twoje życzenie się spełni i coś ciekawego wydarzy się na świecie.
— Myślałem, że może to. — Ruchem głowy wskazał w głąb podziemi. — Ale na razie mamy tylko plamy na słońcu.
Drzwi się otworzyły. Padł na nas promień światła.
— Cześć, chłopaki — powiedziała suur Ala. — Zabłądziliście?
Jesry, którego osłonięta kapturem twarz była niewidoczna, postanowił kontynuować nasz plan mimo drobnych komplikacji w początkowej fazie jego realizacji: wbiegł po schodach, odepchnął Alę i rzucił się do tylnego wyjścia. Deptałem mu po piętach. Mijałem właśnie suur Alę, gdy z głębi pomieszczenia dobiegł mnie okrutny łoskot. Jesry wyrżnął za progiem i nakrył się zawojem — od pasa w górę.
— Nie chowaj się, Jesry! — zawołała Ala. — Twój uśmiech zawsze poznam.
Jesry pozbierał się z podłogi, spuścił sobie zawój na tyłek i uciekł. Kiedy moje oczy przywykły do światła, zobaczyłem, że Ala rozciągnęła swój sznur w poprzek wyjścia na wysokości kostek i przywiązała go do krzeseł po dwóch stronach drzwi. Owinęła się luźno opadającym zawojem i przytrzymywała go jedną ręką. Teraz odwróciła się do mnie plecami i szurając nogami, poszła po sznur.