— Arsibalt wyszedł przed godziną — poinformowała mnie. — Tak się spocił, że schudł chyba o połowę.
Nie byłem rozbawiony, zwłaszcza że Ala mogła przecież w identyczny sposób zażartować ze mnie albo z Jesry’ego, gdyby tylko chciała.
— Co jest, połknąłeś język? — zapytała, gdy milczenie się przeciągało.
— Ile jeszcze osób wie?
— To znaczy, ilu powiedziałam? Czy kto się domyślił bez mojej pomocy?
— Eee… Jedno i drugie.
— Nikomu nie powiedziałam. A co się tyczy drugiego pytania, odpowiedź brzmi: wszyscy, którzy interesują się tobą tak jak ja. Czyli chyba nikt więcej.
— A dlaczego ty się mną interesujesz?
Przewróciła oczami.
— Świetne pytanie!
— Posłuchaj, Ala, o co ci chodzi? Czego ty właściwie ode mnie chcesz?
— Nie mogę ci powiedzieć. Takie są zasady.
— Jeżeli zależy ci na tym, żeby zostać taką mini-Regulatorką, ulubienicą Trestanas, to załatw sprawę i skończmy z tym raz na zawsze! Idź, powiedz jej, a ja o wschodzie słońca wyjdę przez Bramę Dzienną i pójdę szukać Orola.
Okręcała się właśnie sznurem, kiedy nagle otulający ją zawój wydał mi się dwa razy obszerniejszy, jakby w jednej chwili uszło z niej całe powietrze. Oklapła, spuściła głowę, na chwilę zamknęła swoje olbrzymie oczy. Na jej miejscu każda dziewczyna w jej wieku miałaby prawo się rozsypać.
Trudno mi wprost opisać, jak potwornie się poczułem. Oparłem się plecami o ścianę i wyrżnąłem w nią potylicą, jakbym chciał uciec z własnego ciała, które nagle wydało mi się odrażająco głupie. Ale nie mogło być o tym mowy.
Otworzyła oczy. Błyszczały, a jej spojrzenie przenikało mnie na wylot.
„Wszyscy, którzy interesują się tobą tak jak ja. Czyli nikt więcej”.
Ledwie słyszalnym głosem powiedziała:
— Powinieneś się wykąpać. To błoto całkiem cię zamuliło.
Chociaż raz w życiu udało mi się zrozumieć skierowaną do mnie aluzję, ale zanim zdążyłem zareagować, Ala już wyszła.
Jedenastka: Lista roślin zakazanych intramuros, zwykle ze względu na niepożądane właściwości farmakologiczne. Dyscyplina stanowi, że każdy okaz któregoś z przedstawicieli Jedenastki znaleziony w obrębie matemu należy bezzwłocznie wyrwać z korzeniami i spalić, a fakt ten odnotować w kronice. Pierwotna lista, sporządzona przez sauntę Cartas, liczyła zaledwie trzy pozycje, ale z biegiem czasu, w miarę poznawania Arbre i odkrywania nowych gatunków, została rozszerzona.
Zostałbym deolatrą i udał się w dowolnie długą pielgrzymkę, gdybym tylko wiedział, że na jej końcu znajdę magiczną balię z wodą, która spłucze cały bałagan, jaki zrobiłem. Trudy podróży wydałyby mi się luksusami w porównaniu z tym, co czekało mnie w matemie przez najbliższy tydzień. Nie, Ala nikomu nie powiedziała, co się wydarzyło; nie pozwalała jej na to duma. Jednakże wszystkie suur, poczynając od Tulii, zorientowały się, że cierpi, a zanim nastał nowy ranek i nadeszła pora śniadania, doszły do wniosku, że to ja jestem przyczyną jej cierpienia. Zastanawiałem się jak to możliwe. Moja pierwsza hipoteza była całkowicie chybiona: pomyślałem, że Ala biegiem wróciła do domu i opowiedziała całą historię w kredowni pełnej wstrząśniętych suur. Druga hipoteza zakładała, że ktoś zwrócił uwagę, jak wróciła markotna do siebie po przegapionej kolacji, ja zaś przemknąłem do siebie cichaczem niewiele później — ergo, skrzywdziłem ją. Dopiero później dotarła do mnie oczywista prawda: suur zwróciły uwagę, że wpadłem jej w oko, więc kiedy posmutniała, oznaczało to, że zrobiłem coś (nieważne co) bardzo złego.
W mgnieniu oka zostałem odrzucony przez wszystkie młode kobiety w całym matemie. Wydawało mi się, że nieustannie są czymś ciężko przerażone, bo na mój widok wszystkie robiły taką właśnie minę.
Z upływem czasu było coraz gorzej. Wolałbym już, żeby Ala spisała przebieg wydarzeń i przyczepiła mi taki opis zszywaczem do piersi. Dopóki nikt nie wiedział dosłownie nic o tym, jak się zachowałem, ludzie puszczali swobodnie wodze wyobraźni. Młode suur mnie unikały, starsze przez całą kolację patrzyły na mnie spode łba. Nie ma znaczenia, co zrobiłeś, młody człowieku… Wystarczy, że wiemy, że coś przeskrobałeś.
Przez następne cztery dni ani razu nie spotkałem Ali, co zaprzeczało statystyce i sugerowało, że inne suur służą jej za zwiad i na bieżąco ją informują, gdzie nie powinna się pojawiać.
Arsibalt był tak wstrząśnięty, że dopiero trzy dni później udało mi się z nim porozmawiać, kiedy przyszedł na kolację brudny jak nieszczęście i szeptem zdradził mi, że „z żenującą łatwością” znalazł zakopaną przeze mnie i Jesry’ego tabliczkę i przeniósł ją w nowe, „znacznie bezpieczniejsze” miejsce.
Wiedzieliśmy, że nie ma sensu szukać przedmiotu, który Arsibalt uznał za bezpiecznie ukryty. Pozostało nam czekać, aż się uspokoi.
Dowiedziałem się również, dlaczego nie widuję Ali: razem z Tulią spędzały mnóstwo czasu w tumie, zajęte konserwacją dzwonów, ćwiczeniem najdziwniejszych zmian i przekazywaniem wiedzy młodszym deklarantkom, które w przyszłości miały je zastąpić.
Coraz częściej za to trafiały się słoneczne dni. Zdarzało się czasem, ze spoglądając na szczyt wieży, widziałem Sammanna, który siedział tam w ciemnych okularach, zajadał drugie śniadanie i wpatrywał się w słońce. Myśleliśmy z Jesrym o tym, żeby oglądać słońce przez przydymioną szybkę, ale zdawaliśmy sobie sprawę, że możemy od tego oślepnąć. Wpadłem na pomysł, ze mógłbym się wymknąć za mur i pożyczyć od Cord maskę spawalniczą — ale w gruncie rzeczy wszystkie te zabiegi miały mi tylko pomóc zapomnieć o problemie z Alą. Z początku uważałem, że w tej grze chodzi głównie o moją reputację, ale kiedy po jakimś czasie wszystko gruntownie przemyślałem, dotarło do mnie, co naprawdę się stało: nabałaganiłem drugiemu człowiekowi w duszy, i to w chwili, kiedy tę duszę całkowicie przede mną otworzył. A teraz zatrzasnął ją na głucho. Tylko ja mogłem naprawić to, co spaprałem, ale najpierw musiałem znów się do niej dostać — tylko że nie miałem pojęcia, jak to zrobić, zwłaszcza że chodziło o Alę, a więc osobę wyjątkowo zawziętą.
Aż w końcu pewnego dnia, kiedy wraz z Lio doglądaliśmy wojny chwastów, doszedłem do wniosku, że w przypadku kogoś takiego jak Ala sensownym rozwiązaniem może się okazać jednostronne zawieszenie broni. Podczas pracy nad brzegiem rzeki miałem regularny dostęp do licznych wiosennych kwiatów. Dziewczyny pracowały w tumie, w dzwonnicy, a mnie nagle wydało się oczywiste, co powinienem zrobić. Wprowadziłem swój plan w czyn, zanim zdążyłem go do końca przemyśleć, i dziesięć minut później wspinałem się jak lunatyk po schodach tumu, niosąc w zgięciu łokcia bukiet kwiatów. Musiałem go ukryć pod fałdą zawoju, ponieważ jedna z roślin należała do Jedenastki, a ja zamierzałem przenieść ją przez podwórko Regulatorki.
Krata nadal była zamknięta, schody prowadzące w górę łuku niedostępne, górna część praesidium odcięta od reszty koncentu. Nasz karylion znajdował się w dolnej części chronotchłani i można się było do niego dostać po drabinie z dziedzińca Protektora. Droga ta kończyła się tuż poniżej karylionu, w czymś w rodzaju maszynowni. Ponieważ nie dało się tamtędy przedostać w wyższe rejony praesidium, mogłem wejść na drabinę, nie budząc podejrzeń, że będę chciał spojrzeć w zakazane niebo.