Same dzwony nie były osłonięte przed kaprysami pogody. W szopie, o której wspomniałem, mieściła się część poruszającej je maszynerii; słyszałem dobiegające z niej głosy pogrążonych w rozmowie Tulii i Ali. Drabina kończyła się klapą w podłodze szopy. Kiedy wspinałem się na górę, serce waliło mi jak dzwon, musiałem z całej siły ściskać szczeble, żeby nie spaść. Chcąc mieć wolne obie ręce, schowałem bukiet głębiej pod zawój i teraz zaczynałem się na niego pocić. Ohydztwo. Ala roześmiała się z jakiegoś żartu Tulii. Ucieszyłem się, że ma już ochotę się śmiać, a potem poczułem dziwne upokorzenie na myśl o tym, że tak szybko przebolała stratę.
Nie miałem co liczyć na dyskretne wejście, więc po prostu zdecydowanym ruchem popchnąłem klapę. Dziewczyny umilkły. Wepchnąłem bukiet przez otwór i rzuciłem go na podłogę, dochodząc do wniosku, że dzięki niemu zrobię lepsze pierwsze wrażenie, niż gdybym najpierw pokazał twarz, na widok której młode suur ostatnio prawie uciekały z krzykiem. Ale w ten sposób tylko odwlekałem nieuniknione: moja twarz była przymocowana do reszty mnie i tak czy inaczej musieliśmy razem pojawić się na górze. Wystawiłem więc ten żałosny twór ponad podłogę, rozejrzałem się dookoła — i kompletnie nic nie zobaczyłem. Szopa miała wprawdzie okna, ale zostały szczelnie zasłonięte. Dziewczęta, oswojone z panującym w niej półmrokiem, rozpoznały mnie bez trudu i ucichły jeszcze bardziej, o ile to w ogóle możliwe. Wciągnąłem przez otwór resztę swojej osoby.
Tulia rozświetliła swoją sferę. Siedziały z Alą na podłodze, oparte plecami o ścianę. Zdziwiło mnie to, ale nie bardzo miałem ochotę otwierać usta w innej sprawie niż ta, która mnie tu sprowadzała. Przyklęknąłem więc obok dziury i pozbierałem kwiaty. Przy tej okazji uświadomiłem sobie, że nie mam żadnego planu i nic do powiedzenia. Ponieważ jednak znałem suur Alę nie od dziś i wiedziałem, czego mogę się po niej spodziewać, uznałem, że prosząc o pozwolenie, nie popełnię większego błędu.
— Alu? Chciałbym ci je dać, jeśli to przeżyjesz.
Co najmniej jedna z dziewczyn zaczerpnęła tchu. Żadna nie zgłosiła sprzeciwu. Szopa w środku była większa, niż się spodziewałem, ale krzyżujące się w niej dźwigary i tłoki zajmowały tyle miejsca, że nie miałem pewności, czy uda mi się wyprostować. Podszedłem więc do nich na kolanach. Coś się o mnie otarło. Pomyślałem, że to pewnie nietoperz, ale kiedy następny raz policzyłem obecnych w maszynowni ludzi, zostaliśmy tylko we dwoje, więc musiałem minąć Tulię, która teleportowała się ze swojego miejsca jak kapitan statku kosmicznego w dobrym szpilu.
— Dziękuję — powiedziała z rezerwą Ala. — Przeniosłeś je przez dziedziniec Regulatorki? Domyślam się, że tak.
— Tak. A czemu pytasz? — spytałem, chociaż domyślałem się, co odpowie.
— To chyba zguba saunty Chandery, prawda?
— O tej porze roku zguba Chandery wydaje dość osobliwie wyglądające kwiaty — odparłem. — Moim zdaniem piękne.
Miałem na końcu języka porównanie zguby Chandery do urody Ali, ale nabrałem wątpliwości, czy „osobliwy wygląd” na pewno dobrze zabrzmi w tym kontekście.
— Ale należy do Jedenastki!
— Jestem tego świadomy. — Spiąłem się trochę. Nie dość, że zakłóciła mi komponowanie analogii, to jeszcze chciała się kłócić. — Właśnie dlatego ją wybrałem: jest zakazana. To, co nas połączyło… zamieszanie, które spowodowałem, również wiąże się z czymś zakazanym.
— Nie mogę uwierzyć, że wniosłeś ją po schodach jakby nigdy nic, pod nosem Inkwizycji.
— No dobrze. Kiedy tak o tym mówisz, przyznaję, że była to z mojej strony głupota.
— Nie tego słowa chciałam użyć. Dziękuję.
— Proszę.
— Jeśli koło mnie usiądziesz, pokażę ci coś, czego na pewno się nie spodziewałeś — zaproponowała.
W tym wypadku byłem absolutnie pewien, że w jej słowach nie ma żadnej dwuznaczności. Zanim usiadłem na miejscu do niedawna zajmowanym przez Tulię, Ala wstała (ona przynajmniej mogła się tu wyprostować), podeszła do klapy, którą Tulia zostawiła podniesioną, i ją zamknęła. Potem usiadła obok mnie i przyciemniła swoją sferę. Zrobiło się całkowicie ciemno — to znaczy, prawie całkowicie, bo plama białego światła, wielkości mniej więcej dłoni Ali, wydawała się jak gdyby zawieszona przed nami w powietrzu. Nie mógł to być zbieg okoliczności: byłem przekonany, że to właśnie ta plama światła zwabiła dziewczyny do szopy. Wyciągnąłem prawą rękę, żeby jej dotknąć (lewa, o dziwo, stała się zupełnie bezużyteczna, gdyż w jakiś tajemniczy sposób oplotła ramiona Ali). O ścianę była oparta deska, do której ktoś przypiął czysty arkusz. Światło padało dokładnie na niego. Przywykłem do ciemności na tyle, żeby się zorientować, że arkusz jest okrągły. Idealnie okrągły.
— Pamiętasz całkowite zaćmienie słońca w trzy tysiące sześćset osiemdziesiątym, kiedy zrobiliśmy camera obscura, żeby móc je obserwować i nie oślepnąć?
— Pudełko z dziurką w jednej ścianie i arkuszem białego papieru na drugiej, przeciwległej.
— Robiłyśmy tu z Tulią wiosenne porządki i zauważyłyśmy, że po ścianach i podłodze przesuwają się takie plamy światła. Słońce wpadało przez dziurę w ścianie, o tam. — Nie widziałem, jak Ala wyciąga rękę w ciemności, ale przy okazji poruszyła się i nie wiedzieć kiedy przysunęła do mnie. — Wydaje nam się, że to stary otwór wentylacyjny, który później został zabity deskami, żeby nie wlatywały nietoperze. Słońce przeciskało się przez szparę między deskami, ale ją załatałyśmy. No, prawie.
— To „prawie” to pewnie mały, zgrabny otworek?
— Otóż to. Na dole zainstalowałyśmy ekran. Oczywiście trzeba go przesuwać w miarę, jak słońce przemieszcza się po niebie.
Ala jak nikt inny potrafiła wstawić słówko „oczywiście” w sam środek dowolnego, nawet najbardziej niewinnego zdania, czym od czasu do czasu irytowała mnie przez ponad połowę mojego życia. Tym razem jednak musiałem jej odpuścić, ponieważ bez reszty pochłaniało mnie podziwianie jej pomysłowości. Żałowałem, że sam na coś takiego nie wpadłem. Do oglądania odległych obiektów nie potrzeba obiektywu ani zwierciadła z polerowanego szkła: wystarcza zwykły otworek. Problem polega tylko na tym, że otworek daje bardzo wątły obraz, przez co trzeba go oglądać w zaciemnionym pomieszczeniu: camera obscura.
Wyglądało na to, że Tulia opowiedziała Ali wszystko o tabliczce, Sammannie i moich obserwacjach. Miałem jednak wrażenie, że upłynęły całe wieki od czasu, gdy zależało mi na nich równie mocno, jak teraz na naprawieniu stosunków z Alą. Powiem więcej: kiedy siedzieliśmy tak we dwoje w ciemności, z najwyższym trudem przychodziło mi wykrzesanie choć odrobiny zainteresowania słońcem. Świeciło jak zawsze, fotosyntezie nic me groziło, nie było żadnych dużych wybuchów i tylko kilka plam. Czym tu się przejmować?
Jeszcze trudniej było mi się nim przejąć chwilę później. W kredowniach nikt nie wykładał nam sztuki całowania, więc musieliśmy ją zgłębiać metodą prób i błędów — a nawet błędy były całkiem przyjemne.
— Iskra przeskoczyła — powiedziała Ala trochę stłumionym głosem.
— No, ja myślę…
— Nie, naprawdę widziałam iskierkę.
— Słyszałem, że w takich chwilach często widzi się nawet gwiazdy…
— Nie pochlebiaj sobie. — Odepchnęła mnie. — O, następna.
— Gdzie?
— Na ekranie.
Przeniosłem niezborny wzrok na okrągły arkusz, ale zobaczyłem na nim tylko znajomy biały krąg.
I…
…iskierkę. Punkcik światła, jaśniejszy niż słońce, zniknął, zanim na dobre uwierzyłem w jego istnienie.