Выбрать главу

— Chyba…

— Jest! — wykrzyknęła Ala. — Znowu. Trochę się przesunęła.

Miała rację. Razem obejrzeliśmy jeszcze kilka. Wszystkie pojawiały się poniżej kręgu światła, trochę z prawej, za każdym razem coraz wyżej i coraz dalej na lewo. Gdyby nanieść je na arkusz, utworzyłyby linię mierzącą w sam środek słońca.

Co zrobiłby Orolo?

— Potrzebne nam pióro — powiedziałem.

— Nie mam pióra. Pojawiają się co sekundę, może nawet częściej.

— Masz coś ostrego?

— Szpilki!

Ala i Tulia przypięły arkusz do deski czterema szpilkami. Poluzowałem jedną z nich. Stoczyła się w podstawioną dłoń Ali.

— Ja przytrzymam deskę, a ty rób dziurki wszędzie tam, gdzie zobaczysz iskry.

Kilka jeszcze przegapiliśmy, zajmując właściwe pozycje: ja przyklęknąłem z boku, docisnąłem ręką deskę do ściany, a kolanem do podłogi. Ala położyła się na brzuchu, podparła na łokciach i przysunęła twarz do deski tak blisko, że w słabym odbitym świetle widziałem jej oczy i zarys kości policzkowej. Była najpiękniejszą dziewczyną w całym koncencie.

Następna iskra odbiła się w jej oku. Ala wyciągnęła rękę i dziabnęła szpilką w deskę.

— Dobrze by było wiedzieć, która jest godzina — zauważyłem.

Dziab.

— Za parę minut… — dziab — …wyjdą poza arkusz. — Dziab. — Wtedy pójdziemy… — dziab — …spojrzeć na zegar.

Dziab.

— Widzisz w nich coś ciekawego?

Dziab.

— Nie gasną od razu. — Dziab. — Zapalają się szybko… — dziab — …a potem wolniej znikają.

Dziab.

— Miałem na myśli kolor.

Dziab.

— Takie… — dziab — …niebieskawe?

Dziab.

Niespodziewany zgrzyt i chrzęst omal nie przyprawiły mnie o zawał: uruchomił się mechanizm karylionu. Zegar wybijał drugą. W innej sytuacji zatkałbym uszy, ale teraz się nie odważyłem: Ala na pewno rzuciłaby się na mnie z tą szpilką.

Dziab… dziab… dziab.

— Przynajmniej wiemy, która godzina — powiedziałem, kiedy uznałem, że powinna znów móc mnie usłyszeć.

— Przy tej iskierce, która zapaliła się najbliżej godziny drugiej, zrobiłam potrójne nakłucie.

— Świetnie.

— Chyba się zakrzywia.

— Zakrzywia?

— Nie wiem, co wytwarza te iskry, ale najwyraźniej nie porusza się po linii prostej. Zmienia kurs. Znajduje się pomiędzy nami i słońcem, w tej chwili przecina tarczę słoneczną, tyle że linia nakłuć nie wydaje mi się prosta.

— To dosyć dziwne, jeżeli obiekt znajduje się na orbicie Arbre. Powinien lecieć prosto.

— Chyba że akurat zmienia kurs — powtórzyła Ala. — Może te iskierki to jakiś ślad działania układu napędowego.

— Już wiem, skąd znam ten odcień niebieskiego.

— Skąd?

— Z warsztatu Cord. Mają tam taką maszynę, która tnie metal plazmą. Plazma ma właśnie taki kolor. Jak bardzo gorąca gwiazda.

— Dobra, zaraz pojawią się z drugiej strony słońca — stwierdziła Ala. — Hola!

— Co hola?

— Skończyły się.

— Iskry?

— Tak, iskry. Zniknęły.

— Wiesz co? Zanim przesunę deskę, oznacz nakłuciami krawędź tarczy słonecznej, żebyśmy wiedzieli, jak to wszystko wyglądało. Znamy godzinę, więc będziemy mogli znaleźć ten obiekt!

— Niby jak?

— Ustalimy, w którym punkcie nieba znajdowało się słońce o drugiej po południu dzisiaj, w konkretnym dniu roku. Dowiemy się dzięki temu, przed którą z tak zwanych stałych gwiazd przechodziło. Te plazmowe błyski były w tym samym miejscu. Jeżeli to, co je wytwarza, nie zmieni orbity, za każdym razem będzie przechodzić na tle tych samych gwiazd. A je znajdziemy bez trudu.

— Nie wydaje mi się, żeby miało jakiś kłopot ze zmianą orbity — zauważyła Ala, metodycznie znakując obwód słońca gęstymi ukłuciami szpilki.

— Ale teraz zrozumieliśmy coś, co do tej pory nam umykało: możliwe, że zmienia orbitę tylko wtedy, kiedy znajduje się w pobliżu słońca. A dopóki mamy tę camera obscura, będziemy o tym wiedzieli.

— Co ma do tego położenie słońca?

— Moim zdaniem to „coś” się ukrywa. Gdyby zachowało się tak jak przed chwilą w środku nocy, byłoby widzialne gołym okiem i każdy by się zorientował.

— Nam wystarczyła dziura w ścianie i kawałek papieru, żeby znaleźć to „coś”! Słabo się ukrywa.

— Sammann obserwuje je przez okulary spawalnicze — dodałem. — Rzecz w tym, że ty, ja czy Sammann jesteśmy…

— Jacy? Mądrzejsi?

— Właśnie. Czymkolwiek albo kimkolwiek jest to coś, nie przeszkadza mu, że mądrzy ludzie o nim wiedzą. Ujawniło się nam…

— Państwo sekularne nie jest tym zachwycone.

— Dlatego Orolo został odrzucony za przyglądanie mu się.

Zebranie się zajęło nam dłuższą chwilę. Za dużo działo się naraz. Odpiąłem arkusz od deski, zwinąłem i schowałem w fałdach szaty. Ala podniosła bukiet. To mi przypomniało, po co w ogóle przyszedłem na górę i czym się zajmowaliśmy, nim zaczęła widzieć iskry; na myśl, że o tym zapomniałem, czułem się jak ostatni matoł. Ala tymczasem przypomniała sobie o zgubie Chandery i zastanawiała się, co z nią zrobić. Zamieniliśmy się: ja jej dałem arkusz z dziurkami, a ona mi kwiaty, żebym mógł wziąć na siebie ryzyko odtransportowania ich z powrotem na dół.

— Co teraz zrobimy? — pomyślałem na głos.

— Z czym?

Podnieśliśmy klapę. Światło zalało wnętrze szopy. Chciałem odpowiedzieć „Z tym, co widzieliśmy”, ale zobaczyłem jej minę, zobaczyłem, jak przygotowuje się na kolejny cios z mojej strony — i powstrzymałem się chyba w ostatniej chwili.

— Chcesz… Powinniśmy może… — Zamknąłem oczy i powiedziałem wprost: — Chyba nie powinniśmy się z tym kryć.

— Mnie to pasuje — odparła.

— W takim razie jutro — zaproponowałem. — Po certyfiku.

— Powiem Tulii — rzekła, a ja po tonie jej głosu poznałem, że wie o wszystkim, także o tym, że podkochiwałem się kiedyś w jej najlepszej przyjaciółce. — Kogo weźmiesz na świadka?

Miałem zaproponować Lio, ale ponieważ Jesry zachował się w tej sytuacji jak ostatni dupek, uznałem, że mu się należy.

— Wolnym świadkiem może być ktokolwiek, kto się napatoczy. Haligastreme?

— Jakiego rodzaju romans podamy do publicznej wiadomości?

To nie było trudne pytanie. Należało ogłosić początek i rozwiązanie romansu, aby ukrócić plotki i ograniczyć możliwości knucia intryg, które w matemie mogły łatwo wymknąć się spod kontroli. W Koncencie Saunta Edhara uznawano kilka rodzajów romansów, od tiviańskiego, najmniej zobowiązującego, po perelithyjski, najpoważniejszy, bo równoważny małżeństwu. Perelithyjski był wykluczony w wypadku dwojga dzieciaków, które jeszcze trzy kwadranse temu szczerze się nie znosiły. Gdybym jednak zaproponował tiviański, Ala zepchnęłaby mnie do dziury w podłodze i w ostatnich czterech sekundach życia, lecąc na spotkanie śmierci, żałowałbym, że nie powiedziałem „etrevaneński”.

— Pogodzisz się z tym, że ludzie się dowiedzą, że nawiązałaś romans etrevaneński z tym nierozgarniętym fraa Erasmasem?

Uśmiechnęła się.