— Tak.
— W porządku.
Sytuacja zrobiła się ciut niezręczna, by wypadało, żebym znowu ją pocałował, ale ostatecznie poszło mi całkiem nieźle.
— Druga sprawa: czy zamierzamy ujawnić fakt odkrycia statku kosmicznego obcych na orbicie Arbre? — zapytała Ala półgłosem.
Nie była tak jak ja przyzwyczajona do pakowania się w kłopoty i chyba w trudniejszych sprawach wolała się zdać na zatwardziałego recydywistę.
— Tylko paru osobom. Lio pewnie jest na dziedzińcu Protektora. Wpadnę tam i z nim pogadam…
— W porządku. I tak nie powinniśmy się prowadzać razem, dopóki nie poinformujemy o naszym romansie.
Zręczność, z jaką od miłości przechodziła do kwestii statku obcych i z powrotem, przyprawiała mnie o zawrót głowy. I to wcale nie w tej najprzyjemniejszej wersji.
— Spotkamy się później, a jak się nadarzy okazja, powiemy wszystkim — zaproponowałem.
— To na razie. Nie zapomnij zabrać zakazanego kwiatka.
— Będę pamiętał.
I po prostu zbiegła po drabinie.
Minutę później podążyłem za nią i odszukałem Lio w czytelni przy dziedzińcu Protektora. Ślęczał nad opisem bitwy z Epoki Praksis, stoczonej w opuszczonych tunelach pod miastem przez dwie armie, którym zabrakło amunicji i których jedyną bronią stały się z konieczności zaostrzone szpadle. Spojrzał na mnie tępo (musiałem mieć jeszcze głupszą minę), a ja dopiero po chwili uświadomiłem sobie, że wcale nie mam najnowszych wydarzeń wypisanych na twarzy. Będę musiał się z nim porozumieć.
— Przez ostatnią godzinę wydarzyły się niesamowite rzeczy — oznajmiłem.
— Na przykład?
Nie byłem pewny, od czego zacząć, ale uznałem, że statek obcych będzie stosowniejszym tematem do rozmowy w protektorskiej czytelni. Zrelacjonowałem więc Lio całą sprawę, on zaś słuchał mnie jednym uchem, dopóki nie wspomniałem o zakrzywiającej się trajektorii iskierek i o plazmie. Wtedy coś w jego twarzy trzasnęło jak migawka aparatu.
— Wiem, co to jest — powiedział.
Był tak pewny siebie, że nie przyszło mi do głowy mu się sprzeciwiać. Nie rozumiałem tylko, skąd to wie.
— Jak…
— Wiem, co to jest.
— No dobrze. Mów.
Dopiero teraz odwrócił wzrok i rozejrzał się po czytelni.
— Może jest tutaj… a może w starej bibliotece. Poszukam i później ci pokażę.
— Dlaczego po prostu mi nie powiesz?
— Bo nie uwierzysz mi, dopóki nie pokażę ci tego w książce napisanej przez kogoś innego. Takie to niesamowite.
— W porządku — zgodziłem się i dodałem: — Moje gratulacje!
Wydawało mi się, że wypada coś takiego powiedzieć.
Lio zatrzasnął księgę, nad którą siedział, odwrócił się do mnie plecami i skierował w stronę regałów.
Wróciwszy do klauzury, uświadomiłem sobie, że sytuacja będzie się rozwijała znacznie wolniej, niżbym sobie tego życzył. Miałem dyżur przy kolacji, więc czas do wieczora spędziłem w kuchni. Ala i Tulia nie gotowały, ale musiały podawać jedzenie. Wrzucając gorącego ziemniaka do mojej miski, Ala posłała mi takie spojrzenie, że nie będę w tym miejscu opisywał, jak się poczułem. Tulia zaś, zalewając ziemniaka gulaszem, spojrzała na mnie w taki sposób, że wiedziałem już, że Ala wszystko jej opowiedziała.
— Camera obscura — mruknąłem do niej. — Świetna sprawa.
Fraa Mentaxenes, który szturchał mnie ponaglająco miską pod żebro, nie miał pojęcia, o co mi chodzi, i tylko dodatkowo się zirytował.
Lio nie zjawił się na kolacji. Jesry przyszedł, ale nie mogłem z nim porozmawiać, bo siedzieliśmy przy stoliku w towarzystwie Barba i innych. Arsibalt trzymał się od nas z daleka (ostatnio weszło mu to w krew), a po kolacji wypadła jego kolej na zmywaku. Jesry szybko się ulotnił, żeby w którejś kredowni pracować z innymi edharczykami nad jakimś nowym dowodem, i było całkiem prawdopodobne, że będą nad nim siedzieli do świtu. Zresztą i tak bym z nim nie pogadał, bo musiałem porozmawiać z fraa Haligastreme na osobności i zorganizować cichy ryt, w którym następnego dnia mój romans z Alą zostanie ujawniony i zarejestrowany w kronice.
Znalazłem jednak chwilę czasu, żeby sprawdzić, w którym miejscu nieba znajdowało się słońce o drugiej po południu. Późnym wieczorem, kiedy fidowie pokładli się spać, wyszedłem na łąkę, usiadłem na ławeczce i przez bitą godzinę wpatrywałem się w ten punkt nieboskłonu, licząc na to, że szczęście mi dopisze i zobaczę przelatującego satelitę. Była to z mojej strony całkiem irracjonalna nadzieja, bo przecież gdyby statek był widoczny gołym okiem, nie byłoby całego tego zamieszania. Ale najwidoczniej był zbyt mały, zbyt ciemny i/lub krążył zbyt wysoko, żeby odbijać światło w ilości wystarczającej dla naszego wzroku. Tak czy inaczej, musiałem chwilę posiedzieć sam i pogapić się w ciemność, żeby spokojnie poukładać sobie myśli. Przez godzinę mój umysł miotał się między dwoma tematami, zanim całkowicie wyczerpany zwlokłem się z ławki, znalazłem sobie pustą celę i zasnąłem kamiennym snem.
Na Lio natknąłem się rano w refektarzu. Kiedy nasze oczy się spotkały, spojrzał znacząco na wygrzebaną skądś wielgachną księgę: Broń egzoatmosferyczna w Epoce Praksis.
Rozkoszne.
Jesry nie przyszedł na śniadanie, a my z Alą spędziliśmy większość poranka na przygotowaniach do popołudniowej uroczystości. Romans tiviański można było ogłosić w dowolnym momencie, bez zbędnych ceregieli, ale w wypadku etrevaneńskiego obie zawierające go strony powinny najpierw omówić sprawę ze starszym fraa lub starszą suur. Gdy kończyłem właśnie tę rozmowę, dzwony wydzwoniły certyfik — a był to jeden z tych coraz rzadszych dni, kiedy to moja ekipa była odpowiedzialna za nakręcenie zegara. Znalazłem celę Jesry’ego, który jeszcze spał; ściągnąłem go z siennika i pogoniłem do roboty. Skończyło się na tym, że biegliśmy na wyścigi do tumu, jak zwykle spóźnieni, ale miło było spotkać się w starym sprawdzonym składzie, zwłaszcza po tym wszystkim, co się ostatnio działo. Wysiłek fizyczny związany z nakręceniem zegara sprawił mi większą frajdę niż zwykle.
Potem poszliśmy do refektarza na obiad, ale nie było mowy o tym, żebyśmy mogli swobodnie pogadać o statku kosmicznym, i rozmowa zeszła na popołudniowy ryt. Z całej naszej czwórki ja pierwszy posunąłem się do tego, żeby wejść w formalny romans, toteż nasze spotkanie kojarzyło mi się z próbą wieczoru kawalerskiego. Byliśmy tak głośni i zabawni (przynajmniej naszym zdaniem), że dwukrotnie proszono nas o ciszę i grożono nam ciężką pokutą, co tylko dodatkowo nas rozbawiło.
W pewnej chwili zdobyłem się na odrobinę dystansu, żeby spokojnie nacieszyć się radością moich przyjaciół i cofnąć pamięcią do wszystkich niedawnych wydarzeń. Przy tej okazji przypomniałem sobie, że Orolo został odrzucony i teraz błąkał się extramuros, szukając nowej drogi przez życie. Takie myśli zasmuciły mnie i na nowo roznieciły przygasłą już iskierkę gniewu, lecz nie przeszkodziły mi cieszyć się razem z przyjaciółmi. Z pewnością mój entuzjazm po części wynikał z rozwoju znajomości z Alą, ale po części także ze świadomości, że Ala, Tulia i ja wygraliśmy małą bitwę z ludźmi pokroju Spelikona i Trestanas, którzy zamknęli przed nami gwiezdny krąg, próbując w ten sposób wpłynąć na naszą wiedzę i nasze myśli. Nie myślałem już o opuszczeniu koncentu — nie, dopóki Ala w nim mieszkała.
Ani jej, ani Tulii nigdzie nie widziałem, ale wkrótce ich nieobecność stała się jasna: miały do wypełnienia obowiązki w tumie. Ledwie zdążyliśmy zjeść, rozdzwoniły się dzwony. Przez dwie minuty siedzieliśmy bez słowa, próbując rozpoznać zmiany, aż wreszcie odezwał się Barb, który zdążył je już wykuć na pamięć.