— Przepraszam. Nie, gdybym miał kieszeń, nie włożyłbym go do niej.
Lio napluł sobie w lewą dłoń, zamoczył w ślinie opuszki palców prawej ręki i podniósł węgielek z podłogi. Zaskwierczało. Skrzywiliśmy się, a Lio spokojnie wrzucił węgielek do kominka i kilkakrotnie strzepnął palce o udo.
— Drobna nieprzyjemność — oznajmił. — Żadnych trwałych obrażeń. Dźwięk, który słyszeliście, wydawała ślina parująca w zetknięciu z ciepłem węgielka. Wyobraźcie sobie teraz, że okrągła płyta na rufie statku została pokryta materiałem spełniającym tę samą rolę.
— Tę samą rolę co ślina? — upewnił się Barb.
— Tak. Plazma z bomb atomowych odparowywała go, a on, rozszerzając się, gwałtownie napierał na płytę. Amortyzatory łagodziły impet uderzenia i zmieniały go w równomierny ciąg, który ludzie na dziobie odbierali jako miłe, równe przyspieszenie.
— Trudno mi sobie wyobrazić, że ktoś mógłby się znaleźć tak blisko eksplodującej bomby atomowej — powiedziała Tulia. — I to nie jednej, tylko całej serii.
Miała zdarty, chrapliwy głos, podobnie jak my wszyscy — oprócz Barba. Nawiasem mówiąc, Barb już wcześniej przejrzał książkę.
— To były takie specjalne bomby — wyjaśnił. — Maciupeńkie — dodał, tworząc okrąg z ramion, żeby pokazać, co ma na myśli. — Zaprojektowane w taki sposób, żeby większość plazmy wypluwały w ściśle określonym kierunku, w stronę statku.
— Mnie też nie mieści się to w głowie — przyznał Arsibalt. — Proponuję jednak zawiesić na chwilę nasze niedowierzanie i przejść dalej. Dowody mamy jak na dłoni tutaj… — Wskazał książkę. — I tutaj.
Położył rękę na arkuszu, który poprzedniego dnia Ala podziurawiła szpilką, i nagle zmarkotniał. Chyba sprawił to wyraz twarzy Tulii albo mojej: oboje traktowaliśmy okrągły arkusz podobnie jak pamiątki po sauntach, które deklaranci umieszczali z czcią w relikwiarzach.
— Może jeszcze za wcześnie na tę dyskusję — powiedział. — Może…
— A może za późno! — przerwałem mu.
Tulia spojrzała na mnie z wdzięcznością. Nikt nie zaprotestował.
— Jestem mile zaskoczony, Arsibalcie, że w ogóle jesteś tu z nami — dodałem.
— Pijesz do… hmm… płochliwości, jaką przejawiałem w ostatnich tygodniach.
— To ty to powiedziałeś — odparłem, powstrzymując się od śmiechu.
Arsibalt uniósł brwi.
— Ja sobie nie przypominam żadnego dyktatu hierarchów, który zakazywałby dziurkowania papieru albo oświetlania go światłem słońca. A ty? Nic nie można nam zarzucić.
— Nie pomyślałem o tym w ten sposób. Szczerze mówiąc, jestem nawet odrobinę rozczarowany, że już nie łamiemy przepisów.
— Rozumiem, że dla ciebie może to być nowe i obce uczucie, fraa Erasmasie, ale zapewniam cię, że z czasem się przyzwyczaisz.
Barb nie zrozumiał żartu, nawet kiedy mu go wytłumaczyliśmy.
— Tak się zastanawiam… — odezwała się Tulia. — Może jeden z takich statków zaginął?
— Jak to zaginął? — zdziwił się Lio.
— Powiedzmy, że… załoga się zbuntowała, przejęła statek i wyruszyła w nieznane. A teraz, tysiące lat później, ich potomkowie wrócili.
— Nawet niekoniecznie potomkowie — wytknął jej Arsibalt.
— Względność! — wykrzyknął Barb.
— Otóż to — przytaknąłem. — Pomyślcie: jeżeli statek może poruszać się z prędkością relatywistyczną, podróż tam i z powrotem mogła zająć załodze kilka dekad, podczas gdy u nas upłynęły tysiące lat.
Ta hipoteza tak bardzo przypadła wszystkim do gustu, że z miejsca uznaliśmy ją za prawdziwą. Pozostał tylko jeden problem.
— Żaden taki statek nie został zbudowany — poinformował nas Lio.
— Co?!
Spojrzał na nas takim wzrokiem, jakbyśmy mieli o to pretensje do niego.
— To tylko propozycja. Studium projektowe z końca Epoki Praksis.
— Sprzed Straszliwych Wypadków — dopowiedział Barb.
Zapadła cisza. Obalenie i odłożenie na półkę idei, która jeszcze niedawno wydawała się niezwykle ekscytująca, wymaga czasu.
— Poza tym ten statek był przeznaczony wyłącznie do działań wojskowych w obrębie Układu Słonecznego — ciągnął Lio. — Powstawały projekty maszyn, które mogłyby osiągać prędkości relatywistyczne, ale były o wiele większe i wyglądały inaczej.
— Nie musiały mieć szpiczastego dzioba! — wtrącił Barb. Dla niego był to dowcip miesiąca.
— Jeżeli w takim razie zgadzamy się, że to, co z Alą widzieliśmy, ten… iskrownik, to był statek z takim właśnie napędem na orbicie Arbre… — Ruchem głowy wskazałem rysunek.
— To musi być wytworem cywilizacji obcych — dokończył Arsibalt.
— Fraa Jesry uważa, że wysoko rozwinięte formy życia są we wszechświecie niezwykłą rzadkością — poinformował nas Barb.
— Jesry podzielał Supozycję Saunta Mandarasta. — Arsibalt pokiwał głową. — Miliardy planet z jednokomórkową galaretą i bardzo niewiele światów, na których wykształciły się organizmy wielokomórkowe, nie mówiąc już o cywilizacjach.
— Powinniśmy o nim mówić w czasie teraźniejszym — odezwała się Tulia. — Przecież nie umarł.
— To prawda — przyznał bez przekonania Arsibalt.
— Barb? Czy kiedy rozmawialiście o tym z Jesrym, miał jeszcze jakąś alternatywną koncepcję? — zainteresowała się Tulia.
— Jak najbardziej: alternatywną koncepcję alternatywnego wszechświata!
Tulia zmierzwiła Barbowi włosy i dała mu kuksańca, co było błędem, bo zachęcony Barb robił się hałaśliwy. Musieliśmy go postraszyć peanatemą i przegonić pięć razy dookoła Fundy Shufa, żeby się uspokoił.
— Kwestia pochodzenia statku to sprawa drugorzędna — zauważył Lio.
— Fakt — stwierdził Arsibalt tak autorytatywnie, że z miejsca się z nim zgodziliśmy.
— Skądś przybył, nieważne skąd. Kogo to obchodzi? Wszedł na orbitę biegunową i przez jakiś czas okrążał Arbre — podsumowałem. — Po co?
— Zwiad — podsunął Lio. — Orbita biegunowa doskonale się do tego nadaje.
— Chcieli się o nas jak najwięcej dowiedzieć. Poznawali Arbre. Podsłuchiwali nasze transmisje.
— Uczyli się języka — dodała Tulia.
— I Orolo jakoś się o tym dowiedział — ciągnąłem. — Na przykład zauważył jęzor ognia z silników, kiedy statek hamował i sadowił się na orbicie.
Może nie on jeden to widział. Gryzipiórki też się zwiedziały o sprawie i dały znać hierarchom: „To sprawa sekularna, nic wam do tego, nie mieszajcie się”. Posłuszni hierarchowie kazali pozamykać gwiezdne kręgi.
— A inkwizytorzy mieli tego dopilnować — uzupełnił Lio.
— Potem fraa Paphlagon został powołany, żeby zbadać problem — dodała Tulia.
— A razem z nim być może inni specjaliści z innych koncentów — zauważył Arsibalt.
— Statek tkwił na orbicie. Od czasu do czasu korygował trajektorię, odpalając silniki manewrowe, ale robił to tylko wtedy, gdy oglądany z Arbre znajdował się na tle słońca. Zacierał ślady.
— Jak zbieg, który wchodzi do rzeki, żeby zgubić pościg — wtrącił się Barb.
— Wczoraj coś się zmieniło. Coś ważnego.
— Bezmian Gardana sugeruje, że coś łączy obserwowane przez ciebie i Alę zmiany kursu oraz bezprecedensowe sześciokrotne voco z następnego dnia — stwierdził Arsibalt.
Do tej pory unikałem poruszania tematu relikwii, ale dłużej nie mogłem tego robić. Ala nie bez powodu mi ją zostawiła. Rozwinęliśmy arkusz na stole i przycisnęliśmy brzegi książkami.