— Nic się nie dowiemy, bo nie znamy geometrii całego układu! — poskarżył się Barb.
— Chodzi ci o otworek i położenie ekranu w praesidium. — Pokiwałem głową. — Gdzie jest góra, gdzie dół; gdzie północ, a gdzie południe. Zgoda, musimy to wszystko pomierzyć.
Barb ruszył do wyjścia. Był gotowy natychmiast(!) przystąpić do pomiarów.
Ja jednak zwlekałem. Było mi równie spieszno jak jemu, ale w tym punkcie dyskusji Orolo na pewno zaproponowałby jakieś genialnie proste rozwiązanie; coś, co sprawiłoby, że poczułbym się jak idiota, który tylko niepotrzebnie komplikuje sprawę.
Nic takiego nie przychodziło mi do głowy.
— Zmierzmy chociaż kąt — zaproponowałem. — Obiekt nadlatuje z określonego kierunku, z orbity początkowej. Odpalając bomby, zmienia kurs, zmienia kierunek lotu i wchodzi na orbitę docelową. Możemy zmierzyć kąt między kursami.
Zmierzyliśmy. Wyszło nam około jednej czwartej pi, czyli czterdziestu pięciu stopni.
— Jeżeli zakładamy, że początkowa orbita była orbitą biegunową, to po zakończeniu tego manewru statek znalazł się na nowej orbicie mniej więcej w pół drogi między biegunem i równikiem — skonstatował Lio.
— Jak myślisz, po co? — zapytałem go, bo najlepiej z nas wszystkich znał się na broni egzoatmosferycznej.
— Gdyby zrzutować jego trajektorię na globus albo mapę świata, zobaczylibyście, że na takiej orbicie nie wykracza poza czterdziesty piąty równoleżnik. Oscyluje między czterdziestym piątym stopniem szerokości północnej i południowej.
— A na takim obszarze mieszka dziewięćdziesiąt pięć procent populacji Arbre — zauważyła Tulia.
— O czym doskonale już wiedzą, bo mieli aż nadto czasu, żeby wykreślić szczegółowe mapy planety — przypomniał nam Arsibalt.
— Zakończyli fazę pierwszą operacji, czyli zwiad — podsumował Lio. — Wczoraj rozpoczęli fazę drugą, czyli… Kto wie?
— Teraz robią coś konkretnego — podsunął Barb.
— Gryzipiórki o tym wiedzą — powiedziałem. — I martwią się. Od miesięcy mają gotowy plan awaryjny, o czym świadczy nazwisko Orola na liście powołanych. Lista musiała zostać stworzona i zapieczętowana przed jego peanatemą.
— Założę się, że Varax i Onali wręczyli ją prymasowi przy okazji apertu — stwierdziła Tulia. — Statho się z nią nie rozstawał i czekał na umówiony sygnał, żeby złamać pieczęć i wyczytać imiona. — Jej twarz przybrała nieobecny wyraz. — Niepokoi mnie, że wybrali Alę…
— Dopiero niedawno zrozumiałem, jak bardzo się zżyłyście — przyznałem, ale ona nie chciała o tym słyszeć.
— Nie o to chodzi. To znaczy, o to też. Kocham ją. Trudno mi znieść rozłąkę. Ale dlaczego właśnie ona? Paphlagon, Orolo, Jesry — w porządku, rozumiem. Powiedzcie, wy byście wybrali Alę? Po co?
— Żeby zwerbować więcej ludzi — odparł bez namysłu Arsibalt.
— To mnie właśnie niepokoi.
Na Boga. Podnieś głowę. Spójrz w dal.
Wzmianka o inkwizytorach przypomniała mi rozmowę z Varaksem w Dziesiątą Noc apertu. Prędko o niej zapomniałem, bo wydarzenia toczyły się w szybkim tempie, ale pamiętałem, jak stał i patrzył na gwiezdny krąg… A może wcale nie, może po prostu podnosił głowę i spoglądał w dal, w przestrzeń. Jak się tak zastanowić… patrzył na północ.
Są ważniejsze sprawy niż młody fraa z odległej pustelni saunta Edhara, ćwiczący dron na miejscowych opryszkach… Nie bój się myśleć, tak jak nie bał się twój przyjaciel, kiedy postanowił zaatakować czterech silniejszych od siebie przeciwników.
Co to miało znaczyć, u licha? Że statek obcych był zagrożeniem? Że niedługo będziemy musieli się z nimi zmierzyć, nawet jeśli mamy marne szanse na zwycięstwo? A może przesadzałem z tymi domysłami? Dlaczego podczas naszej pierwszej rozmowy Varax tak mnie wypytywał o moje poglądy na temat Hylaejskiego Świata Teorycznego? Jak na inkwizytora, znalazł sobie wyjątkowo dziwny moment, żeby zgłębiać metateorykę.
Nie, chyba jednak za bardzo się przejąłem. A Varax po prostu lubi myśleć na głos.
Ale sens tego Podnieś głowę, spójrz w dal wydawał mi się oczywisty.
Nie potrzebowałem dalszej zachęty. Po peanatemie Orola tylko praca z tabliczką fotomnemoniczną pozwalała mi zachować zdrowe zmysły. Strata Ali mniej mnie przerażała (ona przynajmniej nie została odrzucona), za to — w przeciwieństwie do odejścia Orola — kompletnie mnie zaskoczyła. Nadal źle się z tym czułem, że stałem tam w tumie jak otumanione zwierzę, podczas gdy ona tak po prostu wyszła z mojego życia. Stracić ją w takiej chwili, kiedy ledwie coś zaczęliśmy… Powiem tak: rozpaczliwie potrzebowałem jakiegoś zajęcia.
Najechaliśmy na maszynownię dzwonnicy zaopatrzeni we wszystkie przyrządy pomiarowe, jakie wpadły nam w ręce. Arsibalt wygrzebał skądś stare, czternastowieczne szkice tumu. Na trzy różne sposoby policzyliśmy geometrię camera obscura i tak długo porównywaliśmy wyniki, aż wszystko się nam zgodziło. Doprecyzowaliśmy także pomiary z Fundy Shufa: nowa orbita miała nachylenie około pięćdziesięciu jeden stopni w stosunku do równika, co w praktyce oznaczało, że statek przelatuje nad wszystkimi zamieszkanymi obszarami. Kiedy po Straszliwych Wypadkach klimat stał się suchy i gorący, ludzie migrowali w okolice podbiegunowe. Ostatnio jednak malejąca ilość dwutlenku węgla w atmosferze złagodziła klimat i mieszkańcy Arbre zaczęli wycofywać się w stronę równika, chroniąc się przed promieniowaniem słonecznym, które najsilniej dawało się we znaki właśnie przy biegunach. Prawdę mówiąc, pięćdziesiąt jeden stopni to i tak było ciut za wysoko, jeżeli jedynym celem statku miała być obserwacja mieszkańców planety.
Nie wiedzieliśmy, co o tym myśleć, dopóki Arsibalt nie zwrócił nam uwagi na fakt, że najbardziej oddalony od równika koncent (z tych najważniejszych, czyli posiadających zegary milenijne i dających schronienie setkom lub tysiącom deklarantów) znajduje się pięćdziesiąt jeden i trzy dziesiąte stopnia na północ od równika.
Tak się złożyło, że była to „odległa pustelnia saunta Edhara”.
Wieść się rozeszła. Miesiąc po voco cały matem dziesięcioletni wiedział o statku prawie tyle samo, co nasza piątka. Hierarchowie byli bezradni, ale w dalszym ciągu nie chcieli otworzyć gwiezdnego kręgu. Coraz częściej bywałem zapraszany na nocne spotkania w kredowniach. Studiowaliśmy znaleziony przez Lio szkic statku, opracowywaliśmy teoryczne założenia jego funkcjonowania, dyskutowaliśmy o tym, jak duży musiałby być, żeby zapuścić się w przestrzeń międzygwiezdną. Czasem nasza praca sprowadzała się do prostych obliczeń praksycznych, tak jak w wypadku działania amortyzatorów, kiedy indziej okazywała się niezwykle skomplikowana — tak jak kiedy próbowaliśmy przewidzieć zachowanie plazmy w zderzeniu z płytą na rufie. Dla mnie ta teoryka była za trudna, za to miałem wrażenie, ze na każdym kroku zaprzeczamy lorytom, bo co rusz jacyś inni deklaranci, niewiele starsi ode mnie, przeprowadzali dowody, na które chyba nikt wcześniej nie wpadł. W każdym razie nikt na Arbre.
— Tak się zastanawiam, jak to się ma do Hylaejskiego Świata Teorycznego? — zapytał Arsibalt pewnego letniego wieczoru, jakieś osiem tygodni po pamiętnym voco.
Przez cały ten okres on udawał, że dogląda pszczół, a ja, że opiekuję się swoimi chwastami. Sarthyjska kawaleria zapuściła się daleko w głąb Thranii i wbiła klinem pomiędzy dwa legiony generała Oxasa: czwarty i trzydziesty trzeci. Nic więc dziwnego, że wpadliśmy na siebie z Arsibaltem. Na naszej szerokości geograficznej noc o tej porze roku zapadała bardzo późno, i mimo że od kolacji upłynęło już kilka godzin, nadal mogliśmy pracować przy dziennym świetle.