— Co masz na myśli? — zdziwiłem się.
— Ty i inni edharczycy harujecie w kredowniach nad rozpracowaniem teoryki statku obcych. Oni musieli ją zgłębić dawno temu, żeby go zbudować i polecieć do gwiazd, ale nasuwa się pytanie: czy to jest ta sama teoryka?
— To znaczy… nasza i obcych?
— No tak. Zawój masz ubrudzony kredą, fraa Erasmasie, bo nawet już po kolacji zajmowałeś się jakimiś równaniami. A ja pytam, czy przed tysiącem lat jakiś dwugłowy i ośmioręki obcy, na innej planecie, wypisywał te same równania na jakimś odpowiedniku naszej tablicy?
— Jestem przekonany, że obcy stosują inną notację…
— To oczywiste!
— Mówisz jak Ala.
— Pewnie zamiast znaku mnożenia rysują kwadracik, a zamiast dzielenia kółeczko. — Zirytowany Arsibalt przewrócił oczami i poruszył niecierpliwie rękami, dając mi do zrozumienia, że nasza rozmowa toczy się w zbyt wolnym tempie.
— Może wcale nie wypisują równań — powiedziałem. — Może przeprowadzają dowody za pomocą muzyki.
Nie było to wcale takie niedorzeczne przypuszczenie: my sami robiliśmy coś podobnego w naszych hymnach, a poza tym istniały zakony deklaranckie, które w ten sposób załatwiały całą teorykę.
— Nareszcie do czegoś dochodzimy! — Arsibalt był tak podekscytowany moją sugestią, że zaczynałem żałować, że się z nią wyrwałem. — Przypuśćmy, że jest tak jak powiedziałeś i obcy stosują w pracy teorycznej system oparty na muzyce. Powiedzmy także, że kiedy uda im się uzyskać harmonijny akord albo miły dla ucha dźwięk, oznacza to, że udowodnili prawdziwość jakiegoś twierdzenia.
— Nie przeginaj, Arsibalcie.
— Bądź tolerancyjny dla przyjaciół i fraa. Jak sądzisz, czy każdy dowód opisany przez edharczyków na tablicy ma swój muzyczny odpowiednik w systemie teorycznym obcych? Że oba stwierdzają ten sam fakt, wyrażają tę samą prawdę?
— Gdybyśmy uważali inaczej, w ogóle nie moglibyśmy zajmować się teoryką. Posłuchaj: taka rozmowa to cofanie się w przeszłość. Już Cnoüs pojął, że tak musi być. Hylaea to zrozumiała, Protas sformalizował, a Paphlagon dużo o tym myślał i dlatego został powołany. Po co do tego wracać? Jestem zmęczony; niech się jeszcze trochę ściemni, to się położę.
— Jak mamy się porozumieć z obcymi?
— Nie wiem, ale nie zapominaj, że prawdopodobnie uczą się naszego języka.
— A jeśli nie mogą mówić?
— Przed chwilą kazałeś im śpiewać!
— Nie kpij, Erasmasie. Wiesz, o co mi chodzi.
— Chyba wiem, ale jest już późno. Wczoraj do trzeciej rano dyskutowałem o plazmie i naprawdę wydaje mi się, że ściemniło się wystarczająco, żebym mógł iść spać.
— Wysłuchaj mnie. Zmierzałem do tego, że komunikacja z obcymi może być możliwa za pośrednictwem form protyjskich, prawd teorycznych w HŚT.
— Mam wrażenie, że szukasz pretekstu, żeby zabarykadować się w Fundzie Shufa ze stosem starych ksiąg i posiedzieć nad tą swoją koncepcją. Czego ode mnie oczekujesz? Pozwolenia? Aprobaty?
Arsibalt wzruszył ramionami.
— Jesteś dyżurnym ekspertem od statku obcych.
— Dobra, w porządku. Pracuj nad tym. Ja cię poprę, powiem wszystkim, że wcale nie zwariowałeś…
— Doskonale!
— Pod warunkiem, że mi w czymś pomożesz. Mam zagwozdkę.
— Jaką, fraa Erasmasie?
— Dlaczego matem milenarystów się świeci?
— Słucham?
— Sam zobacz.
Odwrócił się i zadarł głowę. Skalne gniazdo pałało rubinową czerwienią. Zwykle tego nie robiło.
Rzecz jasna, regularnie widywaliśmy tam światła, a przy ładnej pogodzie mury matemu odbijały czasem blask zachodzącego słońca; tak było, kiedy podczas apertu oglądaliśmy go z Orolem. Przez ostatnie kilka minut zmierzch się pogłębiał, a gniazdo okalała czerwona poświata, doszedłem więc do wniosku, że znowu jestem świadkiem tego zjawiska — tyle że przez ten czas słońce zaszło już na dobre, a w dodatku poświata miała zupełnie niesłoneczny odcień i migotliwą, jakby ziarnistą fakturę.
Nie zgadzały się nawet kierunki: słońce podświetliłoby zachodni mur matemu i zachodnią część urwiska, tymczasem rubinowa światłość padała na dachy, blanki i szczyty wież, a wszystko poniżej tonęło w cieniu. Można by pomyśleć, że jakiś aeroplan zawisł nad matemem i włączył czerwony reflektor — jeśli jednak tak było, znajdował się zbyt wysoko, żebyśmy mogli go zobaczyć albo usłyszeć.
Na łące zaroiło się od fraa i suur, którzy wyszli popatrzeć na skalne gniazdo. Prawie nie rozmawiali, zachowywali się jak deolatrzy na widok niebiańskiego omenu, ale jedna grupka teoryków, całkiem niedaleko od nas, prowadziła ożywiony spór, obfitujący w takie słowa jak „laser”, „kolor” i „długość fali”, które podziałały ożywczo na moją pamięć. Już wiedziałem, że gdzieś widziałem takie światło: w laserach naprowadzających M M.
To był klucz do zagadki. Wiązka lasera rozchodziła się na duże odległości, niewiele się przy tym rozpraszając. Cokolwiek oświetlało matem tysiącletni, nie musiało wcale znajdować się w pobliżu, lecz tysiące mil od nas. To mógł… to musiał być statek obcych.
Na łące rozległy się okrzyki, nawet trochę oklasków. Zza murów matemu milenarystów wznosił się słup dymu. Z wysiłkiem przełknąłem ślinę i przez chwilę zaniepokoiłem się nie na żarty. Laser wzniecił pożar w skalnym gnieździe! Promień śmierci! Ale po chwili rozsądek zwyciężył: do podpalenia czegokolwiek potrzebna byłaby wiązka podczerwieni, która rozgrzewa materię. A ten laser z definicji nie emitował podczerwieni, ponieważ widzieliśmy jego światło. Dym nie pochodził więc z płonących budynków, lecz był dziełem tysięczników. Wrzucali do ognia trawę albo cos w tym guście, żeby nad matemem kłębiła się para i dym.
Promień lasera pozostawał niewidoczny, dopóki rozchodził się w próżni albo czystym powietrzu, kiedy jednak na jego drodze znalazł się dym albo kurz, światło rozpraszało się na ich drobinkach na wszystkie strony i promień stawał się świetlistą krechą w ciemności.
Sposób okazał się skuteczny; promień lasera mierzył chyba tysiące mil i większa jego część — ta przecinająca pustą przestrzeń powyżej atmosfery — musiała pozostać dla nas niewidoczna, ale postawiona przez tysięczników zasłona dymna ujawniła ostatnie kilkaset stóp, co pozwalało w przybliżeniu określić, gdzie znajduje się jego źródło.
Ja poza tym miałem dodatkową przewagę nad innymi, ponieważ znałem płaszczyznę orbity statku i wiedziałem, na tle których gwiazd powinien być widoczny. Zasłoniłem oczy rąbkiem zawoju, żeby nie przeszkadzała mi bijąca z matemu czerwona poświata, i spojrzałem w gwiazdy.
I zobaczyłem, jak zatacza łuk na niebie, dokładnie w tym miejscu, gdzie spodziewałem się go znaleźć: czerwony punkcik otoczony watowatą aureolą w miejscu, gdzie światło przechodziło przez atmosferę. Pokazałem go wyciągniętą ręką. Inni na ten widok spojrzeli we wskazanym kierunku i sami wypatrzyli źródło światła. Na łące zapadła cisza jak w tumie podczas peanatemy.
Gwiazdka zamrugała i wtopiła się w czerń, czerwona poświata zgasła. Na łące rozległy się pierwsze oklaski i wiwaty — ale nieśmiałe, niepewne i nerwowe. Ucichły, zanim zdążyły się na dobre rozwinąć.
— Czuję się jak dureń — przyznał Arsibalt. Odwrócił się i spojrzał na mnie. — Kiedy pomyślę o wszystkim, czego się w życiu bałem i czym się przejmowałem, okazuje się, że zamartwiałem się niewłaściwymi rzeczami.