Wydzwonili voco o trzeciej nad ranem.
Wczesna pora nikomu nie przeszkadzała, i tak nie spaliśmy. Ludzie schodzili się do tumu długo i powoli, ponieważ większość zabrała ze sobą książki i inne drobiazgi, które mogły im być potrzebne, gdyby wyczytano ich imiona.
Statho powołał siedemnaścioro deklarantów.
— Lio.
— Tulia.
— Erasmas.
— Arsibalt.
— Tavener…
Wszedłem do prezbiterium; zrobiłem krok, który robiłem tysiące razy, idąc nakręcać zegar — tyle że wtedy zawsze miałem świadomość, że po paru minutach fraa Mentaxenes znów otworzy przede mną drzwi i będę mógł wrócić. A teraz odwróciłem się plecami do trzystu twarzy, których miałem nigdy więcej nie zobaczyć — chyba że i ci ludzie zostaną powołani i posłani… gdziekolwiek ja miałem się udać.
Znalazłem się w towarzystwie kilkorga znajomych oraz kilku obcych mi setników.
Wyliczanie imion dobiegło końca. Straciłem rachubę i pomyślałem, że to koniec listy. Spojrzałem wyczekująco na Statha, spodziewając się rozpoczęcia następnej fazy rytu, ale Prymas wpatrywał się w trzymany w ręce spis. Trudno było coś wyczytać z jego twarzy: była tak samo nieruchoma jak całe jego ciało. Zamrugał i przysunął listę do najbliższej świecy, jakby miał kłopot z jej odczytaniem. Wydawało mi się, że raz za razem odczytuje ten sam wers. W końcu podniósł wzrok i spojrzał na drugą stronę prezbiterium, w kierunku ekranu milenarystów.
— Voco… — wychrypiał i odchrząknął. — Voco fraa Jaad z matemu tysiącletniego.
Zrobiło się cicho jak makiem zasiał. A może to tylko dudniąca mi w uszach krew zagłuszyła wszelkie dźwięki.
Długo czekaliśmy, zanim drzwi w ażurowej przegrodzie uchyliły się, odsłaniając sylwetkę fraa w podeszłym wieku, który jeszcze przez chwilę stał nieruchomo, czekając, aż kurz opadnie (te drzwi rzadko otwierano), i dopiero wtedy wszedł do prezbiterium. Ktoś zamknął za nim drzwi.
Statho wypowiedział oficjalną formułę powołania, my daliśmy wymaganą przez ryt odpowiedź, deklaranci za przepierzeniami podjęli pożegnalno-żałobną peanatemę. Włożyli w ten śpiew całe serce. Od chrypliwego basu milenarystów zatrząsł się tum; bardziej czuliśmy go w kościach, niż słyszeliśmy uszami. Przyprawiał mnie — nawet w większym stopniu niż śpiew mojej decenarskiej rodziny — o gęsią skórkę i łzawienie oczu. Tysięcznicy będą tęsknić za fraa Jaadem i chcieli mieć pewność, że to odczuje.
Podniosłem wzrok, tak jak przede mną robili to Paphlagon i Orolo. Światło świec nie sięgało daleko w górę prezbiterium, ale też ja nie próbowałem tam niczego zobaczyć. Chciałem po prostu powstrzymać potop z oczu i nosa.
Wokół mnie zaczął się jakiś ruch. Spuściłem głowę: młody hierarcha wyprowadzał nas z prezbiterium.
— Wiesz, jest taka hipoteza, że teraz zabiorą nas po prostu do komory gazowej — odezwał się Arsibalt.
— Zamknij się.
Nie miałem ochoty słuchać jego pomysłów, więc zwlekałem, żeby zdążył mnie wyprzedzić — co trochę trwało, bo z połowy zawoju zrobił torbę na książki i taszczył ze sobą pół biblioteki.
Hierarchowie — wszyscy w oficjalnych fioletach — poprowadzili nas środkiem północnej nawy i dalej, do narteksu za Bramą Dzienną. Zebraliśmy się pod Wielkim Planetarium. Brama Dzienna stała otworem, ale plac był pusty. Nie czekał na nas żaden aeroplan, autokar, nic; nie było nawet rolek.
Młodsi hierarchowie krążyli w naszej grupie i rozdawali różne przydatne drobiazgi: dostałem torbę na zakupy z miejscowego domu towarowego, a w niej dżinsy, koszulę, kalesony, skarpetki i buty, do których dokopałem się na samym końcu. Za chwilę dostałem także plecak z manierką na wodę, poliplastową torbą z przyborami toaletowymi i kartą płatniczą.
Dostałem również zegarek naręczny, chociaż dopiero po dłuższej chwili zrozumiałem, do czego będzie mi potrzebny: kiedy oddalimy się od Saunta Edhara bardziej niż na kilka mil, nie będziemy mogli w inny sposób określić godziny.
— Udacie się do Koncentu Saunta Tredegarha — oznajmiła suur Trestanas.
— Szykuje się konwoks? — zapytał ktoś.
— Teraz już tak.
Te słowa suur Trestanas uciszyły nas na dobrą minutę, zanim uświadomiliśmy sobie, co to znaczy.
— Jak się tam dostaniemy? — spytała Tulia.
— To wasza sprawa.
— Co?!
To i inne, podobne słowa wyrwały się z piersi wszystkich powołanych. Częścią romantycznego nimbu otaczającego voco (mającą chociaż trochę wynagrodzić rozłąkę ze wszystkimi, których się znało) był transport jakimś pojazdem, tak jak to się odbyło w wypadku fraa Paphlagona. Zamiast tego dostaliśmy po prostu solidne buty.
— Nie wolno wam nosić zawoju i sznura pod gołym niebem, w dzień ani w nocy — ciągnęła Trestanas. — Sfery macie zmniejszyć do rozmiarów pięści lub mniejszych. Nie przyświecajcie sobie nimi. Nie możecie również wyjść przez bramę wszyscy na raz: opuścicie koncent parami i trójkami. Później, jeśli chcecie, możecie się spotkać, z dala od koncentu i najlepiej pod jakąś osłoną.
— Jaką rozdzielczość ma ich aparatura inwigilacyjna? — zainteresował się Lio.
— Nie mamy pojęcia.
— Saunt Tredegarh jest dwa tysiące mil stąd — zauważył Barb.
Tak jakby to kogoś interesowało.
Owszem, interesowało.
— Pewne lokalne organizacje powiązane z arkami postarają się wam załatwić transport: pojazdy i kierowców.
— Ludzie Niebiańskiego Strażnika? — domyślił się Arsibalt. Uprzedził mnie o włos.
— Niektórzy — przytaknęła Trestanas.
— To ja pięknie dziękuję! — odezwał się ktoś. — Podczas apertu jedna taka próbowała mnie nawracać, ale używała żałosnych argumentów.
— Ho, ho, ho, ho, ho… — usłyszałem gdzieś bardzo blisko.
Odwróciłem się: fraa Jaad stał tuż za mną, z torbą na zakupy w ręce i plecakiem na ramieniu. Nie śmiał się zbyt głośno, toteż nikt inny nie zwrócił na niego uwagi. Pachniał dymem. Nie chciało mu się jeszcze zajrzeć do torby. Widząc, że się do niego odwracam, spojrzał mi w oczy. Był ogromnie rozbawiony.
— Najwyżsi sikają już pewnie w gacie — powiedział. — Czy co tam się teraz nosi…
Ludzie byli tak oszołomieni, że odebrało im mowę — a ja miałem nad nimi przewagę: przywykłem do stanu oszołomienia. Tak jak Lio przyzwyczaił się, że obrywa po głowie.
Wskoczyłem na kamienną ławkę, z której goście mogli podziwiać planetarium.
— Na południe od koncentu, niedaleko Bramy Stulecia, po zachodniej stronie rzeki znajduje się zbudowana nad kanałem wiata. To blisko hali maszyn, nie sposób jej nie zauważyć, tym bardziej że w okolicy nie ma drugiej równie dużej budowli. Możemy się tam spotkać. Pod dachem. Tylko idźcie tam małymi grupami, tak jak mówi suur Trestanas. Spotkamy się i obmyślimy jakiś plan.
— O której? — zapytał któryś z setników.
Zastanowiłem się.
— Powiedzmy, że w porze, kiedy będziemy… to znaczy: kiedy będą wydzwaniać certyfik.
Część 6 PIELGRZYMKA
Pielgrzym: (1) Teor, który przeżył zagładę Oritheny i udał się na tułaczkę po świecie antycznym, sam lub w towarzystwie podobnych sobie osób. (2) W nowoczesnym użyciu: deklarant, który pod pewnymi warunkami w drodze wyjątku opuszcza mury matemu i wędruje po Saeculum, starając się przestrzegać ducha, choć nie zawsze litery, Dyscypliny.