Выбрать главу

Pielgrzymka (Peregrynacja): (1) Dawniej: epoka zapoczątkowana zniszczeniem Oritheny (-2621) i zakończona po kilkudziesięciu latach rozkwitem i Złotym Wiekiem Ethras. (2) Forma dialogu wywodząca się najprawdopodobniej z tego okresu. Wiele takich dialogów zostało następnie spisanych i włączonych do tradycji literackiej świata matemowego.

— Słownik, wydanie czwarte, 3000 p.r.

Podzieliliśmy się i w kilku turach przebraliśmy w cywilne ubrania, korzystając z męskiej i damskiej toalety. Buty natychmiast zaczęły mnie doprowadzać do szału: zrzuciłem je i wstawiłem pod ławkę, a potem znalazłem kawałek czystej podłogi w narteksie, rozpostarłem na nim zawój i go złożyłem. Wymagało to sporo schylania się i kucania, co w dżinsach wcale nie było takie proste. Nie mogłem uwierzyć, że są ludzie, którzy chodzą w nich przez całe życie!

Złożyłem zawój w kostkę wielkości książki, przewiązałem go sznurem, wrzuciłem do torby razem z pomniejszoną sferą i upchnąłem na dnie plecaka. Po drugiej stronie narteksu Lio ćwiczył ruchy dronu w nowym ubraniu: poruszał się jak człowiek z porażeniem nerwowym. Na Tulię nowy strój w ogóle nie pasował i próbowała się zamienić z jedną z centenarystek.

Szykuje się konwoks?

Teraz już tak.

W historii było zaledwie osiem konwoksów. Pierwszy zbiegł się z Rekonstrukcją. Następne zwoływano na zakończenie każdego milenium i poświęcano redagowaniu Słownika, który miał obowiązywać przez następne tysiąc lat, oraz innym sprawom dotyczącym tysięczników. Dodatkowe konwoksy odbyły się z okazji pojawienia się Wielkiej Grudy oraz po zakończeniu każdej Łupieży.

Barb najpierw zrobił się nerwowy, potem narowisty, na koniec zaczął wariować. Hierarchowie nie wiedzieli, co z nim począć.

— Nie lubi zmian — przypomniała mi Tulia.

Niewypowiedziana na głos wiadomość brzmiała: twój kumpel — twój problem.

Barb nie lubił również tłumu, więc naparliśmy z Lio na niego i zapędziliśmy go do kąta, w którym Arsibalt obozował w towarzystwie swoich książek.

— Voco przełamuje Dyscyplinę, ponieważ powołany wyrusza w drogę sam i zanurza się w świecie sekularnym — zaczął Arsibalt. — Dlatego nie ma dla niego powrotu. Co innego konwoks. Zostaliśmy powołani w tak licznej grupie, że podróżując wspólnie, możemy podczas naszej pielgrzymki podporządkować się Dyscyplinie.

— Pielgrzymka zaczyna się i kończy w matemie — powiedział Barb, nagle całkiem spokojny.

— To prawda, fraa Tavener.

— Więc kiedy dotrzemy do Saunta Tredegarha…

— Urządzą nam przygarnięcie — podpowiedział Arsibalt. — A potem…

— Spotkamy się z innymi deklarantami na konwoksie — domyślił się Barb.

— I…?

— I kiedy skończymy to, co mamy tam do zrobienia, udamy się na pielgrzymkę z powrotem do Saunta Edhara.

— Doskonale, fraa Tavenerze — pochwalił Barba Arsibalt. Widziałem, że zmaga się z pokusą dodania „Chyba że wcześniej obcy spalą nas promieniem śmierci albo Niebiański Strażnik postanowi nas zagazować”.

Barb się uspokoił, ale wiedziałem, że długo to nie potrwa. Po wyjściu za bramę mieliśmy nieustannie zmagać się z drobnymi naruszeniami Dyscypliny, a on z całą pewnością będzie je zauważał i wytykał. Dlaczego, ach, dlaczego został powołany?! Przecież dopiero niedawno został fidem! A teraz będę musiał mu matkować przez cały konwoks.

Upływały poranne godziny, lazurowa kula przedstawiająca w planetarium Arbre przesuwała się po swojej orbicie, a ja w końcu trochę się uspokoiłem. Połowę swojej wiedzy teorycznej zawdzięczałem Barbowi. Gdybym go odepchnął, jakie wystawiłbym sobie świadectwo?

Zaczynało świtać. Połowa powołanych już opuściła koncent. Hierarchowie dobierali w pary dziesiętników z setnikami, mając na uwadze to, że ci ostatni będą potrzebowali pomocy w Saeculum, chociażby z tego powodu, że słabiej znali współczesny fluksyjski. Lio wyruszył w drogę z parą setników. Arsibalt i Tulia szykowali się do wyjścia.

Nie mogłem wyjść boso. Buty zostawiłem na ławce przy planetarium, na której teraz rozsiadł się fraa Jaad. Siedział z pochyloną głową, ręce złożył na podołku… Pogrążył się w jakiejś głębokiej, typowej dla tysięczników medytacji. Gdybym mu przeszkodził tylko po to, żeby wziąć buty, zamieniłby mnie pewnie w kijankę.

Zresztą nikt się nie odważył mu przeszkadzać. Tulia i Arsibalt wyszli, zabierając ze sobą setników, i została nas trójka: Barb, Jaad i ja. Jaad jeszcze się nawet nie przebrał.

Barb ruszył w jego kierunku. Puściłem się biegiem i dopadłem go tuż przed tym, jak doskoczył do Jaada.

— Fraa Jaad musi zmienić ubranie — oznajmił, tak niemiłosiernie kalecząc swój pierwszoroczniacki orthyjski, że ten wyzionął ducha.

Fraa Jaad podniósł wzrok. Do tej pory myślałem, że po prostu trzyma ręce na kolanach, ale z bliska zobaczyłem, że obraca w palcach maszynkę do golenia, jednorazówkę w kolorowym opakowaniu. Też miałem taką w torbie, to była maszynka popularnej marki. Fraa Jaad czytał etykietkę. Duże znaki były kinagramami, jakich nigdy w życiu nie widział, ale w drobnym druku pod spodem użyto tego samego alfabetu, którym posługiwaliśmy się w koncencie.

— Z tego dokumentu nie wynika, jak działa ten pasek nawilżający Dynaglide — stwierdził. — Jest trwały czy się ściera?

— Ściera się — odpowiedziałem.

— Nie powinieneś tego czytać — wtrącił się Barb. — To naruszenie Dyscypliny.

— Zamknij się — powiedział Jaad.

— Nie chciałbym, żebyś wziął moje słowa za oznakę braku szacunku, ale… — zagaiłem po długim, krępującym milczeniu.

— Czas na nas? — Fraa Jaad spojrzał na planetarium jak na zegarek.

— Właśnie.

Wstał i płynnym ruchem ściągnął zawój przez głowę. Niektórzy hierarchowie, ci najbardziej zaskoczeni, odwrócili się do nas plecami. Przez chwilę nic się nie działo, a ja szukałem w torbie Jaada kalesonów. W końcu znalazłem je i mu podałem.

— Muszę to tłumaczyć? — zapytałem, wskazując rozporek.

Wziął ode mnie bieliznę i sam zapoznał się z zasadą działania rozporka.

— Topologia to przeznaczenie — powiedział.

Włożył kalesony: po kolei — najpierw jedna nogawka, potem druga. Trudno było mi ocenić jego wiek. Skórę miał obwisłą i pokrytą plamami, ale bez wysiłku balansował na jednej nodze.

Dalsze doprowadzanie fraa Jaada do przyzwoitego stanu przebiegło już bez przygód. Wyjąłem spod ławki buty i wysilając pamięć, spróbowałem je zawiązać. Barb przyjął polecenie zamknięcia się z takim spokojem i zadowoleniem, że zacząłem sobie pluć w brodę, że wcześniej nie spróbowałem tej metody.

* * *

Potykając się, szurając butami i podciągając spodnie, wyszliśmy przez Bramę Dzienną. Plac był pusty. Przeszliśmy groblą między fontannami i znaleźliśmy się na terenie zamieszkanym przez miastowych. W tym miejscu znajdował się dawniej targ, który władze nazwały Starym Targiem i wyburzyły (miałem wtedy sześć lat), a na jego miejscu postawiły całkiem nowy targ, na którym handlowano koszulkami i innymi pamiątkami z wizerunkiem Starego Targu. Przez ten czas kupcy ze Starego Targu przenieśli się w inne miejsce, na obrzeża miasta, i tam znów rozstawili swoje kramiki, tworząc tak zwany Nowy Targ, chociaż w istocie był to stary targ. Stary Targ obrósł kasynami nastawionymi na zarabianie na jego klientach oraz gościach koncentu, nikt jednak nie chciał odwiedzać Starego Targu otoczonego kasynami, a koncent nie prezentował się szczególnie atrakcyjnie, toteż kasyna popadły w nędzę i zapomnienie. Czasem w nocy słyszeliśmy muzykę z sal tanecznych w ich piwnicach, ale w tej chwili były okropnie ciche.