Выбрать главу

— Znaleźć Orola i żyć jak dzikusy.

Bardzo to było wszystko ciekawe, powiedziałbym nawet: poruszające, ale w żaden sposób nie przybliżało mnie do rozwiązania bieżącego problemu.

— Arsibalcie? Zauważyłeś pewną prawidłowość w żywotach sauntów?

— Niejedną. Na którą konkretnie chciałbyś zwrócić moją uwagę?

— Wielu z nich zostało odrzuconych, zanim zorientowano się, że są sauntami.

— Nawet jeśli masz rację, Orolo nie jest sauntem i jego kanonizacja wydaje się bardzo odległa.

— Przepraszam… — wtrącił mężczyzna, który od dłuższej chwili kręcił się w pobliżu z rękami w kieszeniach. — Ty tu rządzisz?

Patrzył na mnie, ja zaś — naturalnie — rozejrzałem się dookoła, pełen najgorszych przeczuć, w co też tym razem wpakowali się Barb z Jaadem. Barb stał nieopodal i obserwował ptaki, które uwiły sobie gniazda wśród dźwigarów. Robił to od godziny. Jaad przykucnął na skrawku piaszczystego gruntu i ułamaną końcówką gwintownika rysował na nim jakieś diagramy. Niedługo po naszym przybyciu zabłąkał się w hali maszyn i przypadkiem uruchomił tokarkę (przez co były szef Cord omal się na mnie nie rzucił), ale od tamtej pory obaj z Barbem zachowywali się przyzwoicie. Dlaczego w takim razie ten statysta wziął mnie za przywódcę grupy? Nie złościł się, nie był chyba przestraszony, raczej… zagubiony.

Doszedłem do wniosku, że udając przywódcę, zdołam załatwić parę spraw po swojej myśli — przynajmniej na krótką metę, dopóki się nie zorientują, że ich oszukałem.

— Tak — odparłem. — Jestem fraa Erasmas.

— Miło poznać. Ferman Beller. — Z wahaniem podał mi rękę, jakby nie był pewny, czy znamy ten rodzaj powitania, ale kiedy mocno uścisnąłem jego dłoń, wyraźnie się odprężył. Był korpulentnym człowiekiem w piątej dekadzie życia. — Ładny mapomat — dodał.

Ta uwaga wydała mi się niezwykle dziwaczna, dopóki nie przypomniałem sobie, że statystom wolno posiadać na własność więcej niż trzy przedmioty i że często stanowią one punkt wyjścia do grzecznościowej konwersacji.

— Dzięki — odparłem na próbę. — Szkoda tylko, że nie działa.

— Nie przejmuj się. — Zaśmiał się. — Dowieziemy was na miejsce. — Domyśliłem się, że jest jednym z naszych kierowców-ochotników. — Posłuchaj, taki jeden gość chciałby z tobą porozmawiać, ale… nie wiedzieliśmy, czy mamy go… no wiesz… wpuścić.

Spojrzałem we wskazanym kierunku, gdzie na słońcu, poza obrębem wiaty, stał mężczyzna z kominem na głowie.

— Znam Sammanna — powiedziałem. — Niech podejdzie.

— Chyba żartujesz! — wysyczał Arsibalt, kiedy Ferman nie mógł nas usłyszeć.

— Posłałem po niego.

— Niby jak? Jak mogłeś posłać po itę?!

— Poprosiłem Cord, żeby go przyprowadziła.

— To ona tu jest? — spytał Arsibalt zupełnie innym tonem.

— Zaraz powinna przyjść — odparłem. — Razem ze swoim chłopakiem — dodałem z naciskiem. Zeskoczyłem ze sterty palet. — Masz. — Podałem mu mapomat. — Znajdź Kopiec Bly’a.

* * *

Na dźwięk dzwonów certyfiku coś przeskoczyło mi w głowie, jakbym był jednym z tych nieszczęsnych psów, które dawni sauntowie podłączali do aparatury, żeby prowadzić na nich doświadczenia psychologiczne. Najpierw poczułem wyrzuty sumienia: znów się spóźnię! Potem przyszło rwanie w rękach i nogach, obolałych od nakręcania zegara. Następnie zaczął mi dokuczać przedobiedni głód. Na koniec zrobiło mi się przykro, że udało im się nakręcić zegar bez naszej pomocy.

— Będziemy rozmawiać głównie po orthyjsku, ponieważ nie wszyscy znają fluksyjski — zapowiedziałem.

Stojąc na podwyższeniu z palet, przemawiałem do całej grupy — siedemnaściorga deklarantów, jednego ity oraz gromady mieszkańców extramuros — której liczebność oscylowała wokół tuzina, dyktowana rytmem przypływów i odpływów ich koncentracji oraz dzwonkami piszczków.

— Suur Tulia będzie tłumaczyła część naszych słów na fluksyjski, ale uprzedzam, że rozmowa ma w znacznej mierze dotyczyć spraw interesujących wyłącznie z punktu widzenia deklarantów. Dlatego nie krępujcie się, jeśli chcecie porozmawiać na inny temat albo po prostu zjeść drugie śniadanie.

Arsibalt pokiwał głową, a ja przeszedłem na orthyjski. Nie spieszno mi było do zagajenia, ponieważ czekałem, aż ktoś mi wytknie, że wcale nie jestem ich przywódcą, ale — jakkolwiek by na to patrzeć — to ja zwołałem to spotkanie i to ja wlazłem na podwyższenie.

W dodatku byłem dziesiętnikiem. Na przywódcę najlepiej nadawał się dziesiętnik, który zna fluksyjski i będzie mógł wchodzić w interakcje ze światem extramuros. Co prawda, nie byłem w tych kwestiach ekspertem, ale setnik wypadłby w tej roli jeszcze gorzej. Fraa Jaad i setnicy nie bardzo mogli wybierać, który z nas, dziesiętników, powinien przewodzić, ponieważ znali nas dopiero od paru godzin, ale od lat widzieli mój zespół w akcji podczas nakręcania zegara: Lio, Arsibalta i mnie znali przynajmniej z widzenia. Jesry’ego, naturalnego przywódcy, nie było. Wzmianka o drugim śniadaniu zapewniła mi dozgonną wdzięczność Arsibalta, Lio zachowywał się zbyt dziwacznie — i w ten sposób, w drodze niezbyt racjonalnego procesu eliminacji, zostałem przywódcą grupy. Nie miałem pojęcia, co im powiem.

— Musimy się podzielić — zacząłem, próbując zyskać na czasie. — Nie pomieścimy się w jednym pojeździe. Na razie będziemy się trzymać podziału ustalonego nad ranem w narteksie. To dobry system, prosty — dodałem, widząc, że fraa Wyburt, jeden z dziesiętników, ale starszy ode mnie, zamierza zaprotestować. — Później będziecie się mogli pozamieniać, ale na razie każdy dziesiętnik jest odpowiedzialny za to, żeby jego podopieczni, setnicy, nie trafili do pojazdu, w którym nie będzie poza nimi nikogo, kto by mówił po orthyjsku.

Spojrzałem fraa Wyburtowi w oczy. Chyba miał ochotę mnie splantować, ale z sobie tylko wiadomych powodów postanowił mi dać spokój.

— Jak się podzielimy? — ciągnąłem. — Moja koligatka, Cord, ta młoda kobieta w kamizelce obwieszonej narzędziami, zabierze kilku z nas do swojego „aportu”. To fluksyjska nazwa: oznacza ten oto industrialny pojazd, wyglądający jak skrzynia na kołach. Cord chce wziąć mnie i Roska; to jej partner, ten barczysty, z długimi włosami. Fraa Jaad i Barb pójdą ze mną. Zaprosiłem także Sammanna, itę. Wiem, że nie wszystkim podoba się jego obecność… — Niektórzy już zaczynali się krzywić. — Dlatego ita pojedzie ze mną.

— Ita nie powinien jechać z tysięcznikiem — zaoponowała suur Rethlett, dziesiętniczka. — To by była zniewaga.

— Fraa Jaadzie, wybacz, proszę, że rozmawiamy o tobie w taki sposób, jakby nie było cię tu z nami. Możesz oczywiście dowolnie wybrać pojazd, którym ruszysz w dalszą drogę.

— Podczas pielgrzymki mamy przestrzegać Dyscypliny — podsunął usłużnie Barb.

— Nie straszcie statystów — zażartowałem.

Patrząc ponad głowami moich fraa i suur, widziałem mieszkańców extramuros, którzy popatrywali nerwowo po sobie, zaniepokojeni naszym sporem. Tulia przełożyła moje słowa. Statyści się roześmiali, deklaranci zachowali powagę, ale przynajmniej emocje trochę opadły.

— Fraa Erasmasie, pozwolisz…? — zapytał Arsibalt.

Skinąłem głową. Arsibalt zwrócił się do Barba, ale mówił głośno, tak żeby wszyscy słyszeli:

— Otrzymaliśmy dwa sprzeczne zalecenia. Pierwszym jest odwieczny nakaz przestrzegania Dyscypliny podczas pielgrzymki, drugim zupełnie nowy wymóg dotarcia do Saunta Tredegarha za pomocą wszelkich dostępnych środków. Nie dostaliśmy opieczętowanego wagonu kolejowego ani innego środka transportu, który mógłby stać się naszą ruchomą klauzurą. Nie mamy wyboru: musimy skorzystać z małych prywatnych pojazdów. Których nie umiemy prowadzić. Twierdzę, że nowe polecenie unieważnia stare i każe nam podróżować w towarzystwie statystów. Podróż w towarzystwie ity na pewno nie jest od tego gorsza, a nawet, powiedziałbym, lepsza, ponieważ itowie nie gorzej od nas rozumieją wymogi Dyscypliny.