— Sammann pojedzie ze mną — powiedziałem, zanim Barb wystrzelił kolejny protest z tych, które pracowicie gromadził w kołczanie podczas wystąpienia Arsibalta. — W aporcie Cord. Fraa Jaad ma wolną rękę.
— Posłucham twojej sugestii i pojadę z tobą — powiedział fraa Jaad. — Jeśli później uznam, że ten układ mi nie odpowiada, zmienię środek transportu.
Tymi słowami uciszył większość naszej siedemnastki — chociażby dlatego, że mało kto słyszał wcześniej jego głos.
— To może nastąpić bardzo szybko — uprzedziłem go. — Aport Cord uda się najpierw na Kopiec Bly’a, gdzie zamierzam odszukać Orola.
Po tych słowach statyści mieli prawo się zaniepokoić, ponieważ deklaranci wyraźnie się wkurzyli i zaczęli hałasować, a moja krótkotrwała kadencja na stanowisku przywódcy prawdopodobnie miała się ku końcowi. Zanim jednak ściągnęli mnie z podium i obłożyli peanatemą, skinąłem głową na Sammanna, a ten podszedł bliżej. Podałem mu rękę i pomogłem wspiąć się na stos palet. Nieznany wcześniej widok deklaranta dotykającego ity na chwilę uspokoił towarzystwo — a potem Sammann zabrał głos, co było tak niezwykłe, że jego pierwsze słowa padły w absolutnej ciszy. Dwie centenarystki demonstracyjnie zatkały sobie uszy i zamknęły oczy w niemym proteście; trzech innych setników odwróciło się do ity plecami.
— Fraa Spelikon kazał mi wyjąć z Teleskopu Mithry i Mylaksa tabliczkę fotomnemoniczną, pozostawioną tam przez fraa Orolo na kilka godzin przed tym, zanim Regulatorka kazała zamknąć gwiezdny krąg — oznajmił Sammann po orthyjsku. Mówił poprawnie, chociaż z dziwnym akcentem. — Posłuchałem go. Spelikon nie wydał mi żadnych zaleceń odnoszących się do poufności zawartych na tabliczce informacji. Dlatego przed oddaniem mu jej sporządziłem kopię. — Z przerzuconej przez ramię torby wyjął tabliczkę fotomnemoniczną. — Zawiera obraz, który fraa Orolo zarejestrował, ale którego nie zdążył już obejrzeć. Wywołam go teraz… — Zaczął manipulować interfejsem tabliczki. — Pokazałem go już fraa Erasmasowi, reszta z was również może go zobaczyć.
Podał tabliczkę stojącemu najbliżej deklarantowi, wokół którego zebrało się paru kolejnych. Nadal jednak byli tacy, którzy udawali, że Sammann nie istnieje.
— Proszę o dyskrecję — przypomniałem. — Statyści nie powinni tego oglądać. Wątpię, żeby mieli chociaż przybliżone pojęcie, co może nas czekać.
Mówiąc „nas”, miałem na myśli wszystkich mieszkańców Arbre. Nikt mnie jednak nie słuchał. Wszyscy wpatrywali się w tabliczkę. Zarejestrowany na niej obraz nie musiał nikogo przekonać do moich racji, z pewnością jednak odciągnął powszechną uwagę od zagrażającej nam przed chwilą kłótni. Ci, którzy się ze mną zgadzali, mogli utwierdzić się w swoim przekonaniu; ci, którzy byli przeciw, stracili animusz.
Ustalenie, kto z kim i czym pojedzie, zajęło nam godzinę. Nie pomyślałbym, że okaże się to takie skomplikowane. Ludzie co chwila zmieniali zdanie; sojusze zawiązywały się, kruszyły i rozpadały; koalicje sojuszów pojawiały się i znikały równie nagle jak wirtualne cząstki elementarne. Pudełkowaty aport Cord, zaopatrzony w trzy rzędy siedzeń, miał zabrać ją, Roska, mnie, Barba, Jaada i Sammanna. Ferman Beller miał duży mob, przystosowany do jazdy po nierównej powierzchni. Zabierał Lio, Arsibalta i trzech setników, którzy postanowili zaryzykować i pojechać z nami. W ten sposób całkiem efektywnie zapełniliśmy dwa największe pojazdy, ale w końcu jeszcze jeden statysta, do tej pory zajęty głównie wydzwanianiem przez piszczek, oznajmił, że dołączy do naszej karawany. Nazywał się Ganelial Crade i wyglądał mi na deolatrę z jakiejś antybazyjskiej arki, może od Niebiańskiego Strażnika, ale tego na razie nie mogliśmy być pewni. Miał duży aport z otwartą skrzynią ładunkową, którą prawie w całości zajmował trycykl na grubych, gruzłowatych oponach. W szoferce było miejsce tylko dla trzech osób. Nikt nie chciał jechać z Crade’em. Zrobiło mi się trochę głupio, chociaż nie aż tak, żeby się do niego przesiąść. W ostatniej chwili zjawił się jakiś jego młody towarzysz, wrzucił na tył pojazdu torbę z rzeczami i wskoczył do kabiny. W ten sposób skompletowaliśmy ekipę wyruszającą do Kopca Bly’a.
Kontyngent udający się prosto do Saunta Tredegarha miał do dyspozycji cztery moby. W każdym jechał właściciel/kierowca oraz jeden dziesiętnik: Tulia, Wyburt, Rethlett i Ostabon. Pozostałe miejsca zajęli setnicy, którzy nie chcieli mieć nic wspólnego z ekspedycją poszukującą Orola, oraz statyści, którzy na ochotnika zgłosili się do udziału w podróży.
Nie licząc Cord i Roska, wszyscy statyści należeli do jakichś ugrupowań religijnych, co deklarantów napawało mniejszym lub większym niepokojem. Wyobrażałem sobie, że gdyby w pobliżu znajdowała się jakaś baza wojskowa, państwo sekularne mogłoby kazać paru żołnierzom przebrać się w cywilne ubrania i ofiarować nam swoje usługi w charakterze kierowców. Ponieważ jednak żadnej takiej bazy nie było, postanowiono się oprzeć na innych organizacjach, którym można było zaufać na podobnej zasadzie: w tym czasie i miejscu oznaczało to arki. Kiedy w ten sposób przedstawiłem sprawę, deklaranci trochę się uspokoili; dziesiętnicy dobrze mnie rozumieli i tylko setnicy, nie bardzo mogący się z tą ideą pogodzić, zadawali pytania o wyznawane przez kierowców deologie. Nie muszę chyba dodawać, że nie skróciło to bynajmniej procesu zajmowania miejsc w pojazdach.
Ganelial Crade rozpoczął już chyba czwartą dekadę życia, ale wyglądał młodziej; był szczupły i nie nosił zarostu. Powiedział, że wie, gdzie znajduje się Kopiec Bly’a, i zaofiarował się, że nas tam zaprowadzi; mieliśmy po prostu jechać za nim. Wsiadł do swojego aportu i uruchomił silnik, kiedy Ferman Beller podszedł do niego i tak długo szczerzył zęby w uśmiechu, aż Crade uchylił okno. Zaczęli rozmawiać. Dość szybko stało się dla mnie oczywiste, że w czymś się nie zgadzają — głównie dzięki temu, że widziałem pasażera Crade’a, który patrzył na Bellera spode łba.
Zakłopotanie znów dało mi się odczuć jako wysychające błoto na głowie. Ganelial Crade zaproponował swoją pomoc z taką pewnością siebie, jakby dawno już uzgodnił swój plan z Fermanem Bellerem — tymczasem wyglądało na to, że żadne takie ustalenia nie nastąpiły. Ja byłem gotowy jechać za Crade’em.
Zaczynałem rozumieć, że przywództwo to dokuczliwy obowiązek: wszyscy chcą, żebym albo robił niewłaściwe rzeczy, albo jak najszybciej ustąpił.
— Też mi przywódca… — mruknąłem pod nosem.
— Że co? — zainteresował się Lio.
— Nie pozwól mi robić więcej głupstw — poprosiłem go.
Lio zrobił zdumioną minę, a ja ruszyłem w stronę aportu Crade’a. Lio i Arsibalt szli za mną w pewnej odległości. Crade i Beller wdali się już w regularną kłótnię. Naprawdę nie miałem ochoty się wtrącać, ale coś musiałem zrobić.
Crade twierdził, że w przeciwieństwie do nas wie, gdzie znajduje się Kopiec Bly’a. To była moja wina; nie powinienem był się przyznawać, że nie znam jego położenia. W koncencie przyznanie się do niewiedzy nie było niczym nagannym, gdyż stanowiło pierwszy krok na drodze do prawdy. Tutaj, extramuros, dawało ludziom pokroju Crade’a okazję do przejęcia władzy.