— Przepraszam! — zawołałem. Beller i Crade przestali się kłócić i spojrzeli na mnie. — Jeden z moich braci zabrał z koncentu starożytny dokument zawierający wskazówki, jak trafić do Kopca Bly’a. Ta wiedza, w połączeniu z umiejętnościami naszego ity oraz mapami z mapomatu, wystarczy, żebyśmy znaleźli drogę.
— Ale ja dokładnie wiem, dokąd udał się wasz przyjaciel… — zaczął Crade.
— My tego nie wiemy — przyznałem. — Jak już jednak wspomniałem, ustalimy to na długo przed dotarciem na miejsce.
— Po prostu jedźcie za mną i…
— To kiepski pomysł. Jeżeli zgubimy cię w tłoku, zabłądzimy.
— Jeżeli mnie zgubicie, możecie do mnie zadzwonić. Mam piszczek.
To był bolesny cios: Crade zachowywał się bardziej racjonalnie ode mnie. Ale nie mogłem się teraz wycofać.
— Panie Crade, może pan jechać przodem, jeśli taka pańska wola, i mieć satysfakcję z faktu, że nas pan uprzedzi. Jeżeli jednak w którymś momencie przestanie nas pan widzieć w lusterku wstecznym, będzie to oznaczało, że postanowiliśmy dotrzeć na miejsce na własną rękę.
Crade i jego pasażer znienawidzili mnie na zawsze, ale przynajmniej jedną sprawę miałem z głowy.
Mój plan wymagał jednak przetasowania, po którym ja i Sammann wylądowaliśmy w pojeździe Bellera, obok Arsibalta: we trzech mieliśmy zająć się nawigacją. Lio i jeden z setników przesiedli się do aportu Cord, żeby zrównoważyć obciążenie pojazdów; mieli jechać za nami. Ganelial Crade obryzgał nas żwirem, ruszając z piskiem opon.
— Ten człowiek do tego stopnia przypomina mi czarne charaktery z beletrystyki, że aż wydaje mi się śmieszny — przyznał Arsibalt.
— To prawda — przytaknął jeden z setników. — Jakby nigdy nie słyszał o zwiastunach w literaturze.
— Pewnie nie słyszał — zauważyłem. — Nie zapominajcie, proszę, że nasz kierowca jest jedynym statystą w tym pojeździe i uprzejmość wymaga, żebyśmy przynajmniej część rozmów prowadzili po fluksyjsku.
— Śmiało, spróbujcie — zaproponował setnik. — Zobaczę, ile uda mi się rozgryźć.
Fraa Carmolathu, bo tak się nazywał, zachowywał się czasem jak dureń, ale skoro zgłosił się na ochotnika do misji poszukiwawczej, nie mógł być taki całkiem zły. Był o pięć, może dziesięć lat starszy od Orola; podejrzewałem, że przyjaźnił się z Paphlagonem.
— Ile dróg prowadzi na północny wschód, równolegle do gór? — spytałem Bellera, licząc na to, że odpowie „jedna”.
— Kilka — odparł. — Którą chcesz jechać, szefie?
— Kopiec jest z definicji odosobnioną formą terenu… — wtrącił po orthyjsku Arsibalt. — Nie wchodzi w skład pasma gór, więc…
— Wznosi się na równinie na południe od gór — dokończyłem po fluksyjsku. — Nie musimy wcale jechać drogą wzdłuż gór.
Beller wrzucił bieg i ruszyliśmy. Pomachałem Tulii na pożegnanie: odprowadzała nas wzrokiem, wyraźnie poruszona. Zgoda, odjechaliśmy bez uprzedzenia, ale bałem się, że jeśli będziemy zwlekać jeszcze chociaż minutę, wybuchnie nowy kryzys. Ona postanowiła jechać prosto do Tredegarha, żeby jak najszybciej odszukać Alę. Może i ja powinienem był tak zrobić — ale nie była to łatwa decyzja i uważałem, że dokonałem właściwego wyboru. Jeżeli wszystko pójdzie dobrze, do Tredegarha dotrzemy dwa dni później niż kontyngent Tulii, która świetnie poradzi sobie z rolą przewodniczki.
Przed opuszczeniem miasta zatrzymaliśmy się (a właściwie zwolniliśmy) w miejscu, gdzie bez zbędnej straty czasu mogliśmy kupić coś do jedzenia. Ja pamiętałem tego rodzaju restauracje z czasów mojego dzieciństwa, dla setników było to jednak zupełnie nowe doświadczenie. Wyobraziłem sobie, jak to wygląda z ich punktu widzenia: mętna rozmowa z niewidoczną kelnerką, wpadające przez okno torebki z potrawami, woń gorącego tłuszczu, paczuszki z przyprawami, jedzenie w pędzącym pojeździe, tony śmieci wypełniających niemal całą wolną przestrzeń we wnętrzu mobu, zapach unoszący się w powietrzu długo po tym, jak przestał być przyjemny.
Ortodoksja bazyjska: Religia państwowa Cesarstwa Bazyjskiego, która przetrwała upadek Bazu, w następnej erze stworzyła system matemowy równoległy i niezależny od systemu Cartas i przetrwała jako jedna z najstarszych religii na Arbre.
Antybaz: Religia wyrosła w oparciu o te same pisma i uznająca tych samych proroków co ortodoksja bazyjska, ale odrzucająca wprost niektóre jej nauki i władzę zwierzchników ortodoksji.
Zanim skończyliśmy jeść, praesidium zniknęło nam z oczu. Zostawiliśmy za sobą także większość domów slogów i znaleźliśmy się w czymś w rodzaju strefy pływów, która stawała się częścią miasta, kiedy się rozrastało, i przestawała nią być, kiedy się kurczyło. Tam, gdzie na nadmorskiej plaży walałyby się kawałki drewna, śnięte ryby i kawałki wodorostów, tutaj znajdowaliśmy rachityczne drzewa, rozjechane zwierzęta i splątane kłęby fikochwastu; miejsce pustych butelek i rozbitych łodzi zajęły puste butelki i rozbite aporty. Jedyną godną uwagi budowlą był kompleks przemysłowy, w którym przetwarzano spławiane z gór drzewa paliwowe: na kilka minut utknęliśmy tam w korku drumonów-tankowców. Niewiele z nich jechało jednak w tym samym co my kierunku, toteż szybko je wyprzedziliśmy i trafiliśmy do rozciągającej się dalej dzielnicy sadów i warzywników.
W naszym mobie oprócz mnie i Fermana Bellera znaleźli się Arsibalt, Sammann i dwóch setników — Carmolathu i Harbret. Aportem podróżowali Cord, Rosk, Lio, Barb, Jaad i trzeci edharczyk z matemu stuletniego, fraa Criscan. Zauważyłem pewną ciekawostkę statystyczną: była wśród nas tylko jedna kobieta, moja koligatka, która — jak na kobietę — była osobą raczej niekonwencjonalną. Intramuros rzadko się zdarzało, żeby proporcje płci były do tego stopnia zakłócone; extramuros wszystko zależało od dominujących w danym okresie norm religijnych i społecznych. Zacząłem się oczywiście zastanawiać, jak do tego doszło, i wróciłem pamięcią do godzinnego zamieszania, jakie towarzyszyło rozlokowaniu ludzi w pojazdach. Głównym czynnikiem determinującym podział na grupy był — naturalnie — stosunek do Orola i pomysłu odnalezienia go. Może właśnie ta wyprawa miała w sobie coś, co przyciągało mężczyzn, ale odpychało kobiety.
Nie licząc Ganeliala Crade’a, było nas dwanaścioro — czyli tyle, ile w drużynie sportowej albo małym oddziale wojska. Przez długi czas utrzymywano, że taką właśnie naturalną liczebność miały wyprawy myśliwskie w epoce kamiennej i że człowiek w grupie tej wielkości czuje się naturalnie i bezpiecznie. Tak czy inaczej, był nas tuzin — bez względu na to, czy zadecydowała o tym anomalia statystyczna, czy prymitywny odruch zakodowany w naszych sekwencjach. Zastanawiałem się jeszcze przez chwilę, czy Tulia i inne suur, jadące z nią prosto do Tredegarha, mają mi za złe taki podział grupy, ale szybko o tym zapomniałem, bo musiałem się skoncentrować na nawigacji.
Opierając się na dostarczonym przez Arsibalta rysunku (na którym w tle było widać łańcuch górski), znanych nam faktach z zapisanej w kronikach historii saunta Bly’a oraz dodatkowych informacjach, jakie Sammann wydobył ze swojego superpiszczka, udało nam się wytypować w mapomacie trzy szczyty i każdy z nich mógł być Kopcem Bly’a. Tworzyły trójkąt o boku około dwudziestu mil, położony mniej więcej dwieście mil od miejsca, w którym się obecnie znajdowaliśmy. Wydawało nam się, że to całkiem blisko, ale kiedy przedstawiliśmy sytuację Fermanowi, zapowiedział, że dotrzemy tam dopiero następnego dnia: drogi w tamtej okolicy to w większości (jak to ujął) „nowe szutry” i nie da się po nich szybko jechać. Moglibyśmy od biedy dojechać jeszcze tego samego dnia, ale już po zmroku, więc i tak nic byśmy nie wskórali. Lepiej było znaleźć miejsce na nocleg i następnego dnia wyruszyć z samego rana.