Выбрать главу

Nie rozumiałem, o co chodzi z tym „nowym szutrem”, dopóki parę godzin później nie zjechaliśmy z głównej drogi na inną, boczną, która kiedyś była utwardzona. Miałem wrażenie, że szybciej byłoby jechać obok niej, niż wyszukiwać drogę w układance spękanych płyt.

Arsibalt czuł się nieswojo w towarzystwie Sammanna, co poznawałem po tym, że zachowywał się wobec niego niezwykle uprzejmie. Udał więc chorobę lokomocyjną, żeby przesiąść się na miejsce obok Fermana, i wdał się z nim w rozmowę po fluksyjsku. Ja usiadłem za nim i próbowałem się zdrzemnąć. Od czasu do czasu powieki same mi się podnosiły, gdy wpadaliśmy w dziurę w nawierzchni, i przed oczami migał mi rozhuśtany fetysz zawieszony na desce rozdzielczej. Nie znałem się na arkach, ale byłem przekonany, że Ferman należy do ortodoksji bazyjskiej. Jego wiara wydawała mi się w pewnym sensie równie niedorzeczna jak przekonania Ganeliala Crade’a — tyle że była to niedorzeczność znacznie bardziej tradycyjna i przewidywalna.

Mimo to, gdyby grupa fanatyków religijnych postanowiła uprowadzić kilka pojazdów z deklarantami, nie mogła wymyślić lepszego sposobu. Dlatego kiedy usłyszałem, jak Ferman Beller mówi o Bogu, natychmiast się obudziłem.

Wcześniej unikał tego słowa, a ja nie rozumiałem dlaczego. Jeżeli ktoś szczerze wierzył w Boga, jak mógł sformułować jakąkolwiek myśl, wypowiedzieć choćby jedno zdanie bez wspominania o Nim? Tymczasem deolatrzy w rodzaju Bellera potrafili całymi godzinami nie mieszać Boga do rozmowy. Może jego Bóg był zbyt odległy? Albo — co bardziej prawdopodobne — Jego obecność była tak oczywista, że Ferman nie czuł potrzeby mówienia o Nim, tak jak ja nie wspominałem na każdym kroku o tym, że oddycham powietrzem.

W głosie Bellera słyszałem frustrację — nie złość, nie gorycz, tylko łagodną, ciepłą frustrację stryja, który usiłuje wbić coś bratankowi do głowy. Tacy jesteśmy mądrzy… To dlaczego nie wierzymy w Boga?

— Przestrzegamy Dyscypliny Krakerskiej — tłumaczył mu Arsibalt, zadowolony i odprężony, że ma okazję wyjaśnić tę sprawę. Jeżeli liczył na to, że przekona Bellera, to moim zdaniem okazywał nadmierny optymizm. — To jeszcze nie to samo, co niewiara w Boga… chociaż rozumiem, że ktoś nieobeznany z myślą krakerską może tak to postrzegać.

— Myślałem, że to Saunta Cartas wymyśliła Dyscyplinę — przyznał Beller.

— Bo tak właśnie było. Wiele naszych praktyk wywodzi się bezpośrednio z reguł cartaskich, wprowadzonych w Starej Epoce Matemowej, z tym że sporo do nich dodano i trochę wykreślono.

— Krakers był jednym z tych sauntów, którzy postanowili coś dodać?

— Nie. Krakers to takie ciasteczko.

Beller roześmiał się — z wysiłkiem i niezręcznie, jak to zwykle robili statyści, kiedy ktoś opowiedział nieśmieszny dowcip.

— To nie żart — ciągnął Arsibalt. — Nazwa „krakeryzm” pochodzi od krakersów podawanych do herbaty i określa system pojęciowy stworzony pomiędzy Odrodzeniem i Straszliwymi Wypadkami. Dwieście lat wcześniej otworzyły się bramy starych matemów i deklaranci zmieszali się z sekularami, głównie zamożnymi i wysoko postawionymi. Lordami i damami. Świat został już do tego czasu poznany i obrysowany przez kartografów, odkryto też prawa dynamiki i zaczęto wprowadzać je w życie.

— Epoka Mechaniczna… — strzelił Beller, wyławiając z otchłani niepamięci słowo, którego kazano mu się nauczyć dawno temu w jakimś suwinie.

— Otóż to. Człowiek sprytny mógł w tamtych czasach żyć z tego, że odwiedzał odpowiednie salony, dyskutował o metateoryce, pisał książki, uczył dzieci arystokratów i przemysłowców. Był to okres najbardziej harmonijnej współpracy… hmm…

— Nas i was? — podsunął Beller.

— No właśnie. Najbardziej harmonijnej od czasu Złotego Wieku Ethras. Żyła wtedy pewna dama imieniem Baritoe. Jej mąż był flirciarzem i idiotą, ale mniejsza o niego: korzystając z jego nieobecności, Baritoe prowadziła w domu salon, w którym najlepsi metateorycy spotykali się codziennie o określonej porze, kiedy to z piekarnika wyjmowano świeżutkie krakersy. Czas płynął, ludzie się zmieniali, a pani Baritoe była w tym środowisku jedyną stałą. Pisała książki, ale, jak sama zawsze podkreślała, zawartych w nich idei nie można przypisywać żadnej pojedynczej osobie. Ktoś nazwał całokształt jej dzieł „myślą krakerską” i to określenie się przyjęło.

— I potem… dwieście lat później myśl krakerska stała się częścią waszej Dyscypliny?

— Tak, chociaż niezbyt oficjalnie. Przyjęliśmy ją raczej jak zestaw nawyków myślowych, które wielu nowym deklarantom i tak już były znane.

— Takich jak niewiara w Boga? — spytał Beller.

W tym momencie — mimo że jechaliśmy po płaskim terenie — poczułem się tak, jakbyśmy znaleźli się na górskiej drożynie nad tysiącstopową przepaścią, w którą Beller może nas zrzucić jednym ruchem sterów. Zdumiewała mnie tylko zrelaksowana poza Arsibalta, który potrafił się denerwować w znacznie mniej niebezpiecznych sytuacjach.

— Badanie tych spraw to jak jedzenie ciastek na czas — zaczął Arsibalt.

Było to fluksyjskie wyrażenie, przez Lio, Jesry’ego, Arsibalta i mnie używane na określenie długiego i niewdzięcznego przekopywania się przez stertę książek. Zupełnie zmyliło Bellera, który myślał, że nadal mówimy o ciasteczkach, i Arsibalt musiał poświęcić dłuższą chwilę na rozplątanie tego cukierniczo-piekarskiego nieporozumienia.

— Spróbuję ci to pokrótce wyjaśnić — ciągnął, kończąc dygresję. — Myśl krakerska miała być „trzecią drogą”, próbą pogodzenia dwóch możliwości, które były nie do przyjęcia. Jedna zakładała, że całe myślenie odbywa się tutaj, w mózgu. — Postukał się w skroń. — Mózg otrzymuje informacje od oczu, uszu i innych narządów zmysłów. Można nieco naiwnie założyć, że oddziałuje bezpośrednio ze światem materialnym. Patrzę na ten przycisk na desce rozdzielczej, wyciągam rękę, dotykam go…

— Nie dotykaj go! — ostrzegł Beller.

— Widzę, że ty go widzisz, że o nim myślisz, i dochodzę do wniosku, że naprawdę istnieje. Oczy i palce podsuwają mi jego obraz. Kiedy o nim myślę, myślę o materialnym, rzeczywistym obiekcie.

— To dosyć oczywiste — mruknął Beller.

Zapadła niezręczna cisza, którą przerwał dopiero Beller pogodnym wyjaśnieniem:

— Pewnie dlatego powiedziałeś, że to naiwny pogląd.

— Na drugim biegunie znajdowali się ci, którzy twierdzili, że wszystko, co wiemy o świecie na zewnątrz naszych głów, jest złudzeniem.

— Takie myślenie wydaje mi się trochę… impertynenckie — stwierdził Beller po chwili zastanowienia.

— Krakersi też za nim nie przepadali i, jak wspomniałem, wypracowali trzeci model. Mówili tak: kiedy myślimy o świecie, właściwie kiedy myślimy o czymkolwiek, w rzeczywistości rozważamy zbiór danych dostarczonych do naszych mózgów za pośrednictwem oczu, uszu i tak dalej. Wracając do mojego przykładu: mój mózg otrzymuje obraz tego przycisku oraz wspomnienie jego dotyku — i na tym koniec, więcej danych nie będzie. Mózg nie może analizować prawdziwego, materialnego przycisku, ponieważ najzwyczajniej w świecie nie ma do niego dostępu. Dysponuje tylko i wyłącznie wrażeniami zmysłu wzroku i dotyku, które mój układ nerwowy przekazuje mu jako dane.