— Chyba rozumiem… Wizja krakersów wydaje mi się mniej zarozumiała niż ta poprzednia, ale… mam wrażenie, że to rozróżnienie nie ma żadnego praktycznego znaczenia.
— Mylisz się. A gdybyś chciał zrozumieć, dlaczego nie masz racji, w tym właśnie miejscu powinien się zacząć wyścig w jedzeniu ciastek. Wychodząc z założenia, jakie przed chwilą ci przedstawiłem, krakersi opracowali cały system metateoryczny, który okazał się ogromnie wpływowy, do tego stopnia, że cała późniejsza metateoryka sprowadza się do podważania go, poprawiania i rozszerzania. Gdybyś dotrwał do końca konkursu jedzenia ciastek, jedną z głównych konkluzji byłoby…
— Przekonanie o nieistnieniu Boga?
— Nie. Coś innego, bardziej złożonego, co trudniej ująć w paru słowach. W skrócie: chodzi o to, że niektórych spraw nie da się w ten sposób rozstrzygnąć. Jedną z nich jest istnienie Boga.
— Jak to nie da się rozstrzygnąć?
— Kiedy przeprowadza się rozumowanie logiczne w zgodzie z systemem krakerskim, dochodzi się do konkluzji, że nasze mózgi nie są w stanie myśleć o Bogu w żaden sensowny, użyteczny sposób… Przez Boga rozumiemy tu Boga ortodoksji bazyjskiej, który z całą pewnością nie jest czasoprzestrzenny, czyli nie istnieje fizycznie w czasie i przestrzeni.
— Bóg istnieje zawsze i wszędzie! — zaperzył się Beller.
— Ale co to naprawdę znaczy? Twój Bóg jest czymś więcej niż ta droga, ta góra i wszystkie inne materialne elementy wszechświata, prawda?
— No jasne. Pewnie, że tak. Gdyby było inaczej, czcilibyśmy po prostu naturę.
— Czyli kluczowym elementem twojej definicji Boga jest przekonanie, że jest On czymś więcej niż wielki stos różnych przedmiotów.
— Naturalnie.
— Widzisz, to „coś więcej” z definicji wykracza poza granice czasu i przestrzeni. Krakersi wykazali, że nie jesteśmy w stanie snuć żadnych użytecznych rozważań na temat czegoś, czego z założenia nie możemy doświadczyć zmysłami. Ale po twojej minie widzę już, że się ze mną nie zgadzasz?
— Tak, nie zgadzam się!
— To w tej chwili nie ma znaczenia. Zmierzałem do tego, że od czasów krakersów ludzie zajmujący się teoryką i metateoryką przestali rozprawiać o Bogu i pokrewnych tematach, takich jak wolna wola albo co było, zanim powstał wszechświat. To właśnie mam na myśli, mówiąc o Dyscyplinie Krakerskiej. Do czasu Rekonstrukcji weszła nam w krew i została włączona do naszej Dyscypliny nie tylko bez większej dyskusji, ale chyba wręcz bez świadomego zastanowienia.
— Ale przecież macie tyle wolnego czasu, siedzicie w tych swoich koncentach od czterech tysięcy lat, i co? Nie znalazł się nikt, kto by chciał się nad tym zastanowić? Podyskutować?
— Mamy mniej czasu, niż ci się wydaje — odparł spokojnie Arsibalt. — Co nie zmienia faktu, że deklaranci oczywiście rozważali te kwestie, zakładali zakony wierzące w Boga lub zaprzeczające Jego istnieniu, jedne poglądy zyskiwały na popularności, inne traciły… Nic jednak nie skłoniło nas do odrzucenia podstawowych założeń krakersów.
— Wierzysz w Boga? — zapytał Beller bez ogródek.
Pochyliłem się, zafascynowany.
— Dużo ostatnio czytam o rzeczach, które nie mają natury czasoprzestrzennej, a jednak uważa się, że istnieją — powiedział Arsibalt.
Domyśliłem się, że ma na myśli obiekty matematyczne z Hylaejskiego Świata Teorycznego.
— Nie jest to czasem zaprzeczenie Dyscypliny Krakerskiej? — zainteresował się Beller.
— Jest, ale w zaprzeczaniu jej nie ma nic złego, o ile nie robi się tego w sposób naiwny, tak jakby nie istniały żadne pisma pani Baritoe. Często zarzuca się krakersom, że mieli mizerne pojęcie o czystej teoryce. Wielu teoryków na widok prac Baritoe mówi: „Zaraz, chwileczkę, tu czegoś brakuje: możemy przecież odnosić się bezpośrednio do bytów nie-czasoprzestrzennych, kiedy na przykład dowodzimy twierdzeń i tak dalej”. Właśnie na ten temat czytam najwięcej.
— Widzisz Boga w uprawianiu teoryki?
— Nie Boga. Nie takiego, którego jakaś arka byłaby skłonna uznać.
Po tych słowach Arsibaltowi udało się zmienić temat. Podobnie jak ja, zastanawiał się, co takiego powiedziało państwo sekularne swoim podwładnym, ogłaszając zapotrzebowanie na ochotników.
Odpowiedź brzmiała: niewiele. Państwo miało kłopot, zagwozdkę, zagadkę do rozwiązania — a deklaranci byli dobrzy w te klocki. Pewnych fraa i suur należało przetransportować z punktu A do punktu B, żeby tam mogli się zająć tą sprawą. Sekularowie (tacy jak Ferman Beller) byli nas ciekawi, co było oczywiste. W suwinach uczyli się o Rekonstrukcji i rozumieli, że my również mamy swoją rolę do odegrania (choć nie zdarza się to często), jeżeli cywilizacja ma funkcjonować bez zarzutu. Z fascynacją obserwowali funkcjonowanie tego mechanizmu, które przytrafiało im się raz w życiu, i z dumą angażowali się w jego działanie, nawet jeśli kompletnie go nie rozumieli.
Kiedy popołudniowy upał stał się nie do zniesienia, zjechaliśmy w cień drzew, dawniej osłaniających przed wiatrem zabudowania farmy, która od tego czasu legła w gruzach. Crade’a dawno już nie widzieliśmy, za to prowadzony przez Cord aport był tuż za nami. Korzystając z przerwy, niektórzy wyszli na spacer, a inni ucięli sobie drzemkę. Góry przyciemniały północno-zachodni horyzont, chociaż ktoś, kto nie wiedziałby o ich istnieniu, mógłby je wziąć za chmury burzowe. Na ich przeciwległe zbocza spadała większość skroplonej wilgoci znad oceanu, która później, już pod postacią rzeki, przepływała przez nasz koncent, ale oglądane przez nas w tej chwili stoki były suche jak wiór. Z własnej woli rosła na nich tylko kępiasta trawa i niskie aromatyczne krzewinki. W pewnych okresach historii państwo sekularne nawadniało je i osiedlało tam ludzi, którzy zajmowali się uprawą zbóż i roślin strączkowych, teraz jednak znajdowaliśmy się w dołku takiego cyklu, czego dowodził stan dróg, farm oraz kompleksów zabudowań, które według mapomatu miały uchodzić za miasta. Rowy irygacyjne pozarastały zielskiem, ciernistym i obfitującym w rzepy. Przeszliśmy się z Lio skrajem jednego z nich, ale nie rozmawialiśmy za wiele, zajęci wypatrywaniem węży.
Miałem wrażenie, że Sammann chce mi coś powiedzieć. Zrobiliśmy więc kolejne przetasowanie i znalazłem się razem z nim w aporcie Cord, a Lio i Barb przesiedli się do mobu Bellera. Barb nie chciał się rozstać z Jaadem, ale domyślaliśmy się, że tysięcznik może mieć już dość jego towarzystwa, i postawiliśmy na swoim. Rosk zastąpił zmęczoną prowadzeniem aportu Cord.
— Ferman Beller komunikuje się z jakąś bazyjską placówką w pobliskich górach — poinformował mnie Sammann.
Te słowa zabrzmiały dość dziwnie, biorąc pod uwagę, że od upadku i złupienia Bazu upłynęło pięć tysięcy dwieście lat.
— Bazyjska placówka… — powtórzyłem. — Jak w ortodoksji bazyjskiej?
Sammann wzniósł oczy ku niebu.
— No tak.
— Co to może być? Instytucja religijna?
— Albo coś w tym rodzaju.
— Skąd o tym wiesz?
— To nieistotne. Po prostu pomyślałem, że zainteresuje cię fakt, że nie tylko Ganelial Crade ma jakieś ukryte zamiary.
Przyszło mi do głowy, żeby Sammanna także zapytać o jego ukryte zamiary, ale mu odpuściłem. Teraz pewnie zastanawiał się nad tym, jak bazyjscy kapłani przyjmą itę.
Ja zamierzałem obejrzeć sobie w spokoju tabliczkę fotomnemoniczną, z którą wszyscy pasażerowie tego pojazdu (poza Cord, zajętą prowadzeniem) dawno już zdążyli się zapoznać. Wcześniej widziałem ją tylko przelotnie. Usiedliśmy z Cord z tyłu, nakryliśmy się kocem i skuliliśmy pod nim jak dwójka dzieciaków, które rozbiły „namiot” pod stołem w jadalni.