Выбрать главу

Ten obiekt, który Orolo tak bardzo chciał sfotografować: czy rozpoznamy w nim statek? Dopóki Sammann parę godzin temu nie pokazał mi tabliczki, wiedziałem tylko tyle, że „statek” zmienia kurs, strzelając impulsami plazmy, i może oświetlać różne rzeczy czerwonym laserem, ale nie miałem pojęcia, jak wygląda. Mógł być wydrążoną asteroidą; mógł być obcą formą życia, przystosowaną do życia w próżni i wyrzucającą bomby atomowe przez zwieracz. Mógł zostać zbudowany z surowca, w którym nie rozpoznamy nawet materii. Mógł znajdować się jedną połową w naszym wszechświecie, a drugą w jakimś innym. Dlatego starałem się wyzbyć uprzedzeń i oczekiwań; pogodziłem się z tym, że zobaczę coś, czego w pierwszej chwili nie zrozumiem. Od długiego czasu „statek” był dla mnie zagadką, chociaż niezupełnie taką, jakiej się spodziewałem. Nie miałem dotąd czasu zastanowić się nad nim — ale teraz wreszcie mogłem go spokojnie obejrzeć.

Obraz był rozmazany zgodnie z kierunkiem ruchu pojazdu. Fraa Orolo nastawił teleskop w taki sposób, żeby automatycznie śledził ruch statku po niebie, ale jego kierunek i prędkość mógł tylko oszacować w przybliżeniu — i stąd rozmycie. Przypuszczałem, że mam przed sobą ostatni z serii obrazów rejestrowanych przez Orola w okresie poprzedzającym apert; każdy następny musiał być lepszy od poprzedniego, w miarę jak Orolo korygował ustawienia teleskopu i zmieniał ekspozycję. Sammann zastosował już jakiś proces syntaktyczny, który poprawił obraz, wyostrzył go i uwypuklił słabo widoczne szczegóły.

Tabliczka zarejestrowała dwudziestościan foremny, o ścianach w kształcie trójkątów równobocznych. Ale to wiedziałem już wcześniej, kiedy Sammann pierwszy raz mi ją pokazał. I to już była pierwsza zagadka, ponieważ obiekt w takim kształcie mógł być tworem sztucznym, ale wcale nie musiał. Geometrzy uwielbiali dwudziestościany, lecz natura też je kochała: wirusy, zarodniki, pyłki — wszystkie przyjmowały czasem taką postać. Dlatego to naprawdę mogła być obca forma życia albo kryształ wyrosły w chmurze gazów.

— Nie może być hermetycznie zamknięty — stwierdziłem.

— Dlatego że wszystkie powierzchnie są płaskie? — odezwała się Cord.

Było to bardziej stwierdzenie niż pytanie. Na co dzień stykała się w pracy ze sprężonymi gazami i instynktownie wyczuwała, że pojemnik pod ciśnieniem musi mieć zaokrąglony kształt cylindra, kuli lub torusa.

— Patrzcie uważnie — poradził nam Sammann.

— Narożniki… — powiedziała Cord. — Te… Jak to się nazywa…

— Wierzchołki.

Dwadzieścia trójkątnych ścian zbiegało się w dwunastu wierzchołkach; każdy z nich łączył po pięć trójkątów. Wierzchołki wydały mi się lekko wybrzuszone. W pierwszej chwili wziąłem to za efekt słabej jakości obrazu, ale przyjrzawszy się im bliżej, stwierdziłem, że każdy ma w istocie sferyczny kształt. Przeniosłem wzrok na krawędzie: dwanaście wierzchołków łączyła sieć trzydziestu krawędzi i one również były zaokrąglone, lekko pękate…

— Są! — stwierdziła Cord.

Wiedziałem, co ma na myśli.

— Amortyzatory — powiedziałem.

Teraz było to już oczywiste: każda z trzydziestu krawędzi dwudziestościanu była długim, smukłym amortyzatorem — przypominającym te w zawieszeniu aportu Cord, tylko znacznie większym. Szkielet statku stanowiła kratownica trzydziestu amortyzatorów, łączących się w dwunastu kulistych wierzchołkach. Mieliśmy przed sobą jeden wielki system amortyzacji wstrząsów.

— Jeśli to ma działać, w wierzchołkach muszą być przeguby kulowe — zauważyła Cord.

— W przeciwnym razie rama nie byłaby elastyczna. Ale czegoś tu nie rozumiem…

— Z czego zrobione są płaskie powierzchnie? — podsunęła Cord. — Te trójkąty?

— No właśnie. Nie byłoby sensu robić krawędzi z elastycznego materiału, gdyby same ściany miały być sztywne. Muszą mieć możliwość odkształcenia, kiedy amortyzatory pracują.

Głowiliśmy się więc nad dwudziestką trójkątów tworzących powłokę statku. Wydały mi się trochę zabawne: nie były idealnie gładkie, lecz chropowate, jakby z czegoś pozlepiane.

— Głowę bym sobie dał uciąć, że to gips.

— Ja pomyślałam o betonie — przyznała Cord.

— A co powiecie na żwir? — zasugerował Sammann.

— Zgoda — przytaknęła Cord. — Żwir może być bardziej elastyczny niż beton. Ale co go trzyma?

— W przestrzeni unosi się mnóstwo kamyczków — zauważyłem. — W pewnym sensie żwir to najpowszechniejsze ciało stałe w kosmosie.

— Tak, ale…

— Ale to nie jest odpowiedź na twoje pytanie — przyznałem. — Nie wiem, jak to zrobili. Może opletli go jakąś siatką?

Cord pokiwała głową.

— Ograniczenie erozji.

— Słucham?

— Taki sposób stosuje się nad rzekami, żeby zmniejszyć erozję brzegów: wrzuca się kamienie do sześciennej drucianej klatki, potem klatki stawia się jedna na drugiej i łączy ze sobą.

— Niezła analogia — przyznałem. — Ograniczenie erozji w kosmosie też może się przydać.

— Dlaczego?

— Mikrometeoryty i promieniowanie kosmiczne nieustannie bombardują taki statek ze wszystkich stron. Jeżeli otulisz go powłoką z jakiegoś taniego materiału, na przykład żwiru, ich wpływ zostanie znacznie ograniczony.

— Zaraz, zaczekaj. Ta jest inna.

Cord wskazała jedną ze ścian statku, na której widniało nakreślone koło. Wcześniej nie zwróciliśmy na nią uwagi, ponieważ znajdowała się z boku i widzieliśmy ją w silnym skrócie perspektywicznym. Koło było chyba wykonane z innego materiału: wydało mi się twarde, gładkie i sztywne.

— Patrz. — Teraz ja pokazałem coś palcem. — Nie ma też…

— Amortyzatorów.

Trzy krawędzie tego trójkąta były wąskie, proste, ostre.

— Wiem! — stwierdziłem. — To płyta napędowa!

— Co takiego?

Wyjaśniłem Cord ideę napędzania statku bombami jądrowymi. Zaakceptowała ją znacznie chętniej niż którykolwiek z nas. Statek, który Lio pokazał nam na obrazku, był zbudowany jak stos: płyta napędowa, amortyzatory, część mieszkalna. Tutaj mieliśmy do czynienia z czymś w rodzaju koperty: zewnętrzna powłoka pełniła jednocześnie rolę osłony i rozproszonego amortyzatora. A także, co teraz sobie uświadomiłem, całunu, skutecznie ukrywającego zawartość statku.

Kiedy już rozpoznaliśmy płytę napędową, a więc (co za tym idzie) rufę statku, nasz wzrok naturalną koleją rzeczy podążył ku dziobowi, który jednak pozostawał dla nas niewidoczny. Widzieliśmy tylko jeden z dziobowych amortyzatorów… było na nim coś napisane: rząd znaków musiał być napisem w nieznanym nam języku. Niektóre z nich — okręgi i nieskomplikowane kombinacje linii prostych — do złudzenia przypominały litery naszego pisma bazyjskiego, ale inne były niepodobne do żadnego znanego mi alfabetu.

A zarazem wyglądały tak znajomo, że oba te systemy pisma musiało coś łączyć. Niektóre zostały wręcz zaczerpnięte z alfabetu Bazu, tyle że odwrócone do góry nogami albo odbite w lustrze.

Odrzuciłem koc.

— Ej! — poskarżyła się Cord, mrużąc powieki.

Fraa Jaad odwrócił się i spojrzał mi w oczy. Wydał mi się odrobinę rozbawiony.

— Ci ludzie… — Celowo nie użyłem określenia „obcy”. — Ci ludzie są z nami spokrewnieni!

— Zaczęliśmy ich już nazywać Kuzynami — przyznał fraa Criscan, setnik siedzący obok Jaada.

— Jak to wyjaśnić?! — zapytałem, tak jakby naprawdę mogli mi to wytłumaczyć.

— Nie ma sensu łamać sobie nad tym głowy — powiedział fraa Jaad. — To i tak tylko hipoteza, nic więcej.