— Jak duży jest ten statek? — zainteresowałem się. — Czy ktoś próbował oszacować jego rozmiary?
— Z ustawień teleskopu i tabliczki fotomnemonicznej można wnioskować, że ma około trzech mil średnicy — odparł Sammann.
— Pozwól, że oszczędzę ci dalszych przeliczeń — wtrącił fraa Criscan, obserwując mnie z rozbawieniem. — Jeżeli chciałbyś wytworzyć sztuczne ciążenie poprzez obrót części statku…
— Jak w stacjach kosmicznych ze starych szpilów fantastycznych? — zapytałem. — Miały kształt pączka z dziurką i obracały się wokół pionowej osi.
— Nigdy nie widziałem żadnego szpilu. — Twarz Criscana niczego nie wyrażała. — Ale wydaje mi się, że mówimy o tym samym.
— Przepraszam.
— Nic nie szkodzi. Gdybyś chciał na takim statku wytworzyć ciążenie porównywalne z tym na powierzchni Arbre, to zakładając, że taki statek rzeczywiście jest ukryty we wnętrzu tego dwudziestościanu…
— Tak to sobie wyobrażam.
— Przypuśćmy, że ma dwie mile średnicy. Czyli promień długości mili. Musiałby wykonywać jeden pełny obrót w ciągu osiemdziesięciu sekund, żeby w środku zapewnić grawitację zbliżoną do naszej, planetarnej.
— Brzmi rozsądnie — przyznałem. — Dałoby się to zrobić.
— O czym ty mówisz? — zainteresowała się Cord.
— Mogłabyś żyć na karuzeli, której jeden obrót trwa półtorej minuty?
Wzruszyła ramionami.
— No pewnie.
— Rozmawiacie o pochodzeniu Kuzynów? — rzucił Rosk przez ramię. Nie mówił po orthyjsku, ale wychwytywał pojedyncze słowa i próbował coś wywnioskować z tonu naszych głosów.
— Na razie rozmawiamy o tym, czy taka dyskusja w ogóle ma sens! — odparłem.
Moje słowa — wykrzyczane z tyłu pojazdu — nie przebiły się chyba przez drogowy zgiełk i nie dotarły do adresata.
— W książkach i szpilach pokazują czasem takie fikcyjne wszechświaty, w których starożytna rasa dawno temu zasiedliła ileś tam układów gwiezdnych, a one potem potraciły ze sobą kontakt — mówił dalej Rosk.
Miałem wrażenie, że wszyscy deklaranci w pojeździe musieli się desperacko ugryźć w język, żeby się nie odezwać.
— Widzisz, Rosk, problem polega na tym, że znamy skamieliny…
— Sprzed milionów lat, wiem. To rzeczywiście kłopot.
Domyśliłem się, że inni już rozszarpali tę jego fantazję na strzępy, ale on był do niej po prostu bardzo przywiązany, a nikt nigdy nie wyłożył mu idei Grabi Diaksa.
Cord zdążyła już z powrotem nakryć głowę kocem, ale teraz znowu się odezwała:
— Nie zapominaj, że mówiliśmy też o koncepcji wszechświatów równoległych. Dopóki fraa Jaad nie wytknął nam, że ten statek z całą pewnością znajduje się w naszym kosmosie.
— I wszystko popsuł — odparłem. Po fluksyjsku, naturalnie.
— Fakt. Czasem naprawdę ciężko z wami wytrzymać, jesteście tacy logiczni… Ale, ale, widziałeś ten dowód geometryczny?
— Słucham?
— Wcześniej bez przerwy o tym gadali.
Zanurkowałem do niej pod koc. Nauczyła się już powiększać i przesuwać obraz, ustawiła więc w kadrze wybraną ścianę statku i powiększyła go, aż ekran wypełnił taki oto diagram, tyle tylko że rozmyty i znacznie mniej wyrazisty:
— Żeby coś takiego namalować na statku… — mruknąłem. — Dziwne, bardzo dziwne.
Zmniejszyłem obraz, zaintrygowany, w którym miejscu umieszczono ten diagram. Znajdował się na samym środku jednej ze ścian dwudziestościanu, przylegającej (od tyłu) do tej, którą uznaliśmy za dziób. Jeżeli powłoka statku rzeczywiście została wykonana ze żwiru utwardzonego jakimś rodzajem sieci, diagram musiał zostać w nią wbudowany na podobieństwo mozaiki, tak jakby ktoś wybrał same ciemne kamyki i starannie ułożył z nich żądany wzór. Wymagało to mnóstwa zachodu.
— To ich herb — stwierdziłem.
To był tylko mój domysł, ale nikt mu się nie sprzeciwił. Podkręciłem powiększenie i zacząłem oglądać linie z bliska. Bez wątpienia była to ilustracja dowodu jakiegoś geometrycznego pewnika, najprawdopodobniej Twierdzenia Adrakhonesa. Fidowie regularnie ćwiczyli rozwiązywanie podobnych problemów. Poczułem się, jakbym znów znalazł się w kredowni i ścigał się z Jesrym, kto pierwszy znajdzie odpowiedź. Zacząłem rozbijać rysunek na trójkąty, wyszukiwać kąty proste i inne elementy, na których mógłbym oprzeć dowód. Pierwszy lepszy fid z Oritheny poradziłby sobie szybciej ode mnie, tak dawno nie bawiłem się już w geometrię płaską…
Zaczekaj! Nie spiesz się tak! — powtarzał mi jakiś wewnętrzny głos.
Wystawiłem głowę spod koca, uważając tym razem, żeby nie oślepić Cord.
— Ciarki przechodzą mi po plecach. — Wzdrygnąłem się.
— Lio też tak powiedział! — odkrzyknął Rosk.
— Co w tym takiego niesamowitego? — spytała Cord.
— Zdefiniuj, z łaski swojej, powtarzające się fluksyjskie określenie „ciarek na plecach” — poprosił fraa Jaad.
Spróbowałem mu to wyjaśnić, ale orthyjski niespecjalnie nadaje się do opisywania prostych stanów emocjonalnych.
— Intuicyjne odczucie lęku… — stwierdził Jaad. — O charakterze nadnaturalnym.
— „Lęk” to mocne słowo, ale blisko…
Musiałem jeszcze odpowiedzieć na pytanie Cord. Zrobiłem kilka falstartów, dopóki widok ity nie podsunął mi pewnego pomysłu.
— Sammann jest ekspertem od wszelakiej informacji — powiedziałem. — Dla niego „komunikacja” oznacza przesłanie ciągu znaków.
— Takich jak te litery na amortyzatorze?
— Właśnie takich. Z tym że Kuzyni używają innego alfabetu i mówią innym językiem, więc wiadomość od nich wydałaby się nam zaszyfrowana; musielibyśmy ją rozkodować i przełożyć na zrozumiały dla nas język. Zamiast tego kuzyni postanowili… postanowili…
— Pominąć język — podsunął mi Sammann, zniecierpliwiony moją bezradnością.
— Tak jest! I dlatego posłużyli się rysunkiem.
— Myślisz, że narysowali go po to, żebyśmy mogli go zobaczyć? — spytała Cord.
— Po cóż innego mieliby zadawać sobie trud rysowania czegokolwiek na zewnętrznej powierzchni statku? Chcieli go oznakować w sposób, który byłby dla nas zrozumiały. I to właśnie przyprawia mnie o ciarki na plecach: fakt, że wiedzieli, co narysować, żebyśmy ich zrozumieli.
— Ja nie rozumiem — powiedziała Cord.
— Nie rozumiesz dowodu, ale wiesz, co przedstawia rysunek. A my możemy ci go objaśnić znacznie szybciej, niż bylibyśmy w stanie rozgryźć język obcych. Wydaje mi się, że fraa Jaad już wszystko wie.
Spojrzałem na leżący na kolanach Jaada arkusz z przerysowanym diagramem, opatrzony jakimiś znaczkami i dopiskami pomocnymi przy śledzeniu logiki dowodu.
Logika. Dowód.
Kuzyni je znają. To nas z nimi łączy.
Nas — mieszkańców koncentów, rzecz jasna.
Deklaranci uzbrojeni w atomówki!
Wędrują od jednego układu gwiezdnego do drugiego, nawiązują kontakt z osiadłymi na planetach braćmi…
— Wykrztuś to, Ras! — mruknąłem.
— No właśnie. — Fraa Jaad obserwował mnie uważnie. — Chętnie posłuchamy.
— Przybyli — powiedziałem. — Kuzyni przybyli. Państwo sekularne wypatrzyło ich na radarze, namierzyło, zaczęło się martwić, robić zdjęcia… aż zobaczyło to. — Wskazałem arkusz Jaada. — Ciekawostkę dla deklarantów. Zaniepokoiło się jeszcze bardziej. Domyśliło się, że co najmniej jeden fraa również wypatrzył statek: Orolo.