— Sam mu o nim powiedziałem — wtrącił Sammann.
— Co takiego?!
Sammann trochę się zaniepokoił, ale ja zrozumiałem go tak zupełnie opacznie, że nie pozostało mu nic innego, jak wyjaśnić sprawę do końca.
— Otrzymaliśmy wiadomość od państwa sekularnego.
— „My”, czyli itowie?
— Retikula trzeciego rzędu.
— Że co?
— Nieważne. Kazano nam potajemnie, z pominięciem hierarchów, nawiązać kontakt z najwybitniejszym kosmografem w całym koncencie i powiedzieć mu o statku.
— Co potem?
— Nie otrzymaliśmy dalszych instrukcji.
— Wybraliście Orola.
Sammann wzruszył ramionami.
— Poszedłem do niego którejś nocy, kiedy siedział sam w swojej winnicy, i powiedziałem mu, że… że natrafiłem na tę informację podczas rutynowego przeglądania zarchiwizowanych połączeń w protokole pocztowym.
Nie zrozumiałem tego itowskiego bełkotu, ale sens całej wypowiedzi wydał mi się jasny.
— Czyli państwo sekularne kazało wam stworzyć pozory, że informacja wyszła od was i że z własnej woli postanowiliście…
— Tak, żeby później, w razie jakiejś wpadki, mogli się wszystkiego wyprzeć.
— Nie podejrzewałbym ich aż o takie wyrafinowanie — wtrącił fraa Jaad spokojnym tonem, kontrastującym z naszym zaogniającym się sporem. — Sięgnijmy po Grabie — zaproponował. — Państwo znało odczyty radarów, nie miało jednak obrazów. Do tego potrzebne mu były teleskopy oraz ludzie umiejący je obsługiwać. Nie chcąc wtajemniczać w sprawę hierarchów, jego przedstawiciele obmyślili strategię, którą Sammann był nam łaskaw przed chwilą wyłuszczyć. Chodziło o to, żeby jak najszybciej i najdyskretniej zdobyć jakiś obraz statku. Tylko że wtedy zobaczyli również to.
Przykrył dłonią trzymany na kolanach arkusz.
— I zrozumieli, że popełnili poważny błąd — ciągnąłem, już znacznie spokojniej. — Ujawnili istnienie i charakter Kuzynów ludziom, którym najchętniej w ogóle by o nich nie wspominali.
— Skończyło się to zamknięciem gwiezdnego kręgu i odrzuceniem Orola — dodał Sammann. — Ja zaś wylądowałem z wami w tym aporcie, ponieważ nie mam pojęcia, co chcieliby zrobić ze mną.
Do tej pory zakładałem, że pozwolono mu udać się z nami w podróż, teraz zaś pierwszy raz zacząłem podejrzewać, że to nie takie proste. Dziwnie się czułem, słysząc, jak ita martwi się, że może mieć kłopoty; zazwyczaj to my martwiliśmy się podstępami itów — takimi jak ten, którym usidlili Orola. Zmieniłem diametralnie punkt widzenia i spojrzałem na sprawę z perspektywy Sammanna. Właśnie dlatego, że ludzie mieli ugruntowane poglądy na itów, nikt by mu nie uwierzył; nikt by się za nim nie wstawił, gdyby sprawa wyszła na jaw.
— Skopiowałeś tabliczkę i postanowiłeś zatrzymać kopię, żeby mieć…
— Cokolwiek na swoją obronę.
— Pokazałeś się w Oku Clesthyry. Zasygnalizowałeś — w sposób, którego mógłbyś się wyprzeć — że coś wiesz. Że masz informację.
— To było takie moje… ogłoszenie — odparł Sammann. Zarys jego twarzy zmienił się lekko, a zarost jakby się przemieszczał. W ten sposób ita dawał do zrozumienia, że prawie, prawie się uśmiecha.
— Poskutkowało — przyznałem. — I wylądowałeś tutaj, w jednym pojeździe z bandą deolatrów, pędząc w nieznane.
Cord znudziła się naszym orthyjskim i przesiadła do przodu, obok Roska. Zrobiło mi się jej żal, ale o niektórych sprawach naprawdę nie dało się rozmawiać po fluksyjsku.
Kusiło mnie, żeby zapytać fraa Jaada o odpady radioaktywne, ale nie chciałem poruszać tego tematu przy Sammannie. Sięgnąłem więc po swoją kopię przedstawionego przez Kuzynów dowodu i zacząłem nad nią pracować. Wciągnęła mnie po uszy. Cord i Rosk puścili jakąś muzykę z aparatury aportu — z początku cicho, potem, kiedy nikt nie zaprotestował, nieco głośniej. Fraa Jaad chyba pierwszy raz usłyszał muzykę popularną. Skuliłem się w sobie tak bardzo, że niewiele brakowało, a dorobiłbym się obrażeń wewnętrznych, ale on zareagował na nią z takim samym spokojem jak wcześniej na pasek nawilżający Dynaglide. Darowałem sobie geometrię; gapiłem się przez okno i słuchałem muzyki. Mimo uprzedzeń, jakie żywiłem do kultury extramuros, co rusz zaskakiwały mnie piękne fragmenty ich muzyki. Większość piosenek nie była warta zapamiętania, ale mniej więcej w co dziesiątej zdarzały się przejścia i zmiany linii melodycznych, świadczące o tym, że ich twórca doświadczył czegoś na kształt iluminacji. Że przez chwilę naprawdę dosięgnął ideału. Zastanawiałem się, czy słucham jakiejś reprezentatywnej próbki, czy też Cord ma po prostu nosa do pięknych piosenek i tylko takie przegrywa na swój piszczek.
Muzyka, upał, podskakujący aport, niewyspanie i wstrząs związany z opuszczeniem koncentu… Nic dziwnego, że nie mogłem się skoncentrować na przeprowadzeniu dowodu. Jednakże w miarę jak dzień miał się ku końcowi, słońce opadało coraz niżej, coraz rzadziej napotykaliśmy umierające miasta i zniszczone systemy nawadniające, a krajobraz oczyszczał się i przechodził w pustynię z rzadka upstrzoną kamiennymi ruinami, docierało do mnie, że jeszcze jeden czynnik wywiera na mnie przemożny wpływ.
Pogodziłem się już z myślą, że Orolo nie żyje. Nie dosłownie, oczywiście, nie w takim sensie, że zmarł i został pochowany — ale dla mnie naprawdę był jak martwy. Tak właśnie działała peanatema: zabijała deklaranta, nie naruszając jego ciała. Teraz zaś miałem go zobaczyć ponownie, całego i zdrowego, i zostało mi zaledwie kilka godzin na oswojenie się z tym faktem. Właściwie w każdej chwili mogliśmy go wypatrzyć na którejś z tych samotnych skał, jak wspina się na górę i przygotowuje do nocnej obserwacji nieba. Równie dobrze jego wychudzone zwłoki mogły czekać na nas pod kamiennym kopczykiem, usypanym przez potomków slogów, którzy zjedli wątrobę saunta Bly’a — ale tak czy inaczej, w obliczu bliskiego spotkania z Orolem nie mogłem myśleć o niczym innym.
Cord patrzyła na mnie z błyskiem w oku. Ściszyła muzykę i powtórzyła swoje słowa. Musiałem wpaść w jakiś trans, z którego wytrąciło mnie dopiero poruszenie się.
— Mam Fermana na piszczku — wyjaśniła. — Chce się zatrzymać na siku i rozmowę.
Jedno i drugie mi odpowiadało, zatrzymaliśmy się więc w miejscu, gdzie droga rozszerzała się na zakręcie, w jednej trzeciej zjazdu, który za następne pół godziny miał się zakończyć na dnie płaskiej, zlewającej się z widnokręgiem doliny. Nie była to dolina z rodzaju tych wilgotnych i zielonych, lecz dziura w ziemi, do której wysychające strumyki przypływały umierać, i dopiero ulewne deszcze zmywały zalegający ją brud. Bazaltowe wieże i palisady rzucały cienie dalece przekraczające ich wysokość. W odległości dwudziestu, może trzydziestu mil wznosiły się dwie samotne góry. Pochyleni nad mapomatem, wmówiliśmy sobie, że są to dwie z trzech wybranych wcześniej kandydatek na Kopiec Bly’a. Jeśli zaś chodzi o trzecią… Hmm, chyba właśnie objechaliśmy ją dookoła i znajdowaliśmy się w dolnej partii jej zbocza.
Ferman chciał ze mną porozmawiać o mojej roli przywódcy. Otrząsnąłem się z resztek śpiączki, w którą omal nie zapadłem, i wyprężyłem pierś.
— Wiem, że nie wierzycie w Boga — zaczął. — Ale biorąc pod uwagę wasz styl życia, pomyślałem, że będziecie się dobrze czuli wśród…
— Bazyjskich mnichów? — strzeliłem.
— Właśnie.
Zdziwił się trochę, że tak szybko go przejrzałem, a ja po prostu miałem szczęście. Kiedy Sammann wspomniał mi, że Ferman nawiązał kontakt z „bazyjską placówką”, wyobraziłem sobie katedrę lub coś równie przepysznego. Wtedy jednak nie widziałem jeszcze tutejszego krajobrazu.