Выбрать главу

— Czy ten… klasztor… znajduje się na którejś z tych gór?

— Na tej bliższej. Widać go w połowie wysokości, na północnym stoku.

Z pomocą Fermana wypatrzyłem na zboczu góry szczerbę, jak gdyby naturalny taras w cieniu zielonego półksiężyca — utworzonego, jak się domyślałem, przez drzewa.

— Zaglądam czasem do ich azylu, żeby się wyciszyć — dodał Ferman. — Kiedyś co roku latem posyłałem tam dzieci.

Idea „azylu” nie od razu do mnie trafiła — dopóki nie uświadomiłem sobie, że ja w ten sposób przeżyłem całe życie.

Ferman źle zrozumiał moje milczenie. Odwrócił się do mnie, podnosząc ręce w obronnym geście.

— Jeżeli wolałbyś tego nie robić, mamy dość wody, jedzenia, posłań i innego sprzętu biwakowego, żeby zatrzymać się na noc w dowolnym miejscu. Pomyślałem po prostu…

— Nie, to dobry pomysł. Nie wiem tylko, czy zgodzą się przyjąć kobietę…

— Mnisi mają własny klasztor, niepołączony z obozowiskiem, w którym cały czas są jakieś kobiety; wchodzą w skład personelu.

Długi dzień dobiegał końca, słońce zachodziło, ja byłem zmęczony. Wzruszyłem ramionami.

— Przynajmniej będziemy mieli co opowiadać, jak już dotrzemy do Saunta Tredegarha — powiedziałem.

Lio i Arsibalt, już od jakiegoś czasu kręcący się w pobliżu, dopadli mnie, gdy tylko Ferman Beller zaczął się oddalać. Obaj byli wymęczeni i podenerwowani, jak każdy, kto spędził kilka godzin w towarzystwie Barba.

— Bądź realistą, fraa Erasmasie — zaczął Arsibalt. — Rozejrzyj się! W takim krajobrazie człowiek w pojedynkę nie ma żadnych szans! Skąd miałby brać wodę, jedzenie, lekarstwa…

— Na stoku góry w jednym miejscu rosną drzewa — odparłem. — Pewnie jest tam woda. Ferman i inni posyłają tam dzieci na letni wypoczynek… Nie może być aż tak źle.

— To oaza! — zawołał Lio, zachwycony, że może błysnąć egzotycznym słówkiem.

— Tak, oaza. Jeśli na bliższym kopcu jest oaza dostatecznie duża, żeby wyżywić klasztor i obóz letni, dlaczego na tym dalszym nie miałoby się znajdować miejsce, w którym dzikusy w rodzaju Bly’a, Estemarda i Orola wylegiwałyby się w cieniu drzew i popijały wodę źródlaną?

— Nadal pozostaje kwestia jedzenia — wytknął mi Arsibalt.

— Ale i tak jest lepiej, niż wcześniej myślałem.

Nie musiałem wchodzić w szczegóły, bo obaj doskonale wiedzieli, co mam na myśli: wizję pustelników-desperatów żyjących na szczycie góry i żywiących się porostami.

— Na pewno jest jakiś sposób — dodałem. — Bazyjscy mnisi jakoś sobie radzą.

— Tworzą dużą społeczność — przypomniał Arsibalt. — I utrzymują się z jałmużny.

— Orolo mówił mi, że Estemard przez całe lata pisywał do niego listy z Kopca Bly’a. Sam Bly również chwilę tam pożył…

— Bo slogowie oddawali mu cześć — wtrącił Lio.

— Kto wie, może zastaniemy tam bandę slogów bijących pokłony przed Orolem? Nie wiem, jak to działa. Może mają rozwinięty przemysł turystyczny.

— To ma być żart? — spytał Arsibalt.

— Spójrz tutaj, na to szerokie pobocze, gdzie się zatrzymaliśmy.

— Widzę. I co?

— Jak myślisz, dlaczego znalazło się w tym miejscu?

— Nie mam pojęcia, nie jestem praksykiem.

— Żeby pojazdy mogły się łatwiej wymijać? — zasugerował Lio.

Wyciągnąłem przed siebie rękę, pokazując rozległą panoramę.

— Oto powód.

— To znaczy? Że tu jest tak ładnie?

— Tak.

Ruszyłem za oddalającym się Lio. Arsibalt podziwiał widoki, jakby dostatecznie długie wpatrywanie się w nie miało mu pomóc odkryć lukę w moim rozumowaniu.

— Widziałeś dwudziestościan? — zapytał Lio.

— Widziałem. I jeszcze ten dowód geometryczny.

— Myślisz, że są do nas podobni. Że podzielają nasz punkt widzenia i rozumieją oddanie Naszej Matce Hylaei — mówił, jakby przymierzał do mnie kolejne sformułowania.

Zwęszyłem próbę oskrzydlenia i przeszedłem do obrony:

— Na pewno nieprzypadkowo wpisali w swoje godło Twierdzenie Adrakhonesa…

— Statek jest uzbrojony.

— Ależ oczywiście!

Ale Lio już kręcił głową.

— Nie chodzi mi o bomby używane do napędzania go, bo one są praktycznie nieprzydatne jako broń. Mam na myśli inne elementy, które są całkowicie oczywiste, jeśli się wie, czego szukać.

— Nie zauważyłem niczego, co chociaż w przybliżeniu przypominałoby broń.

— W amortyzatorze o długości mili można schować masę sprzętu. Poza tym nie wiemy, co się kryje pod tym całym żwirem.

— Jakiś przykład?

— Na ścianach widać rozmieszczone w regularnych odstępach przedmioty. Moim zdaniem są to anteny.

— Co z tego? Muszą przecież mieć anteny.

— To macierze fazowe. Wojskowe zabawki, niezbędne do wycelowania lasera albo pocisku kinetycznego. Musiałbym pogrzebać w książkach, żeby powiedzieć coś więcej. Nie podobają mi się też te planety na dziobie.

— O czym ty mówisz?

— Na przednim amortyzatorze są namalowane cztery koła. Moim zdaniem przedstawiają planety, a kojarzą mi się z rysunkami na wojskowych aeroplanach z Epoki Praksis.

Chwila namysłu — i rozszyfrowałem nawiązanie.

— Zaraz… Sugerujesz, że to są… zestrzelenia?!

Lio wzruszył ramionami.

— Nie, no, zaczekaj… Przecież mogą oznaczać coś zupełnie niewinnego. Może to ojczyste planety Kuzynów?

— Wydaje mi się, że z nadmiernym entuzjazmem doszukujemy się wesołych, pogodnych interpretacji…

— A ty jako przyszły Protektor musisz zachować czujność. Świetnie ci idzie.

— Dzięki.

Spacerowaliśmy w milczeniu po szerokim poboczu, mijając innych pasażerów, którzy również wyszli rozprostować nogi, aż natknęliśmy się na samotnego fraa Jaada. Uznałem, że to doskonały moment.

— Fraa Lio? Fraa Jaad powiedział mi, że w matemie tysiącletnim w Sauncie Edharze znajduje się jedno z trzech składowisk, na których państwo sekularne w okresie Rekonstrukcji zgromadziło odpady promieniotwórcze. Dwa pozostałe mieszczą się w Sauncie Rambalfie i Sauncie Tredegarhu. Oba te matemy zostały wczoraj w nocy oświetlone laserem przez Kuzynów.

Lio nie był moimi słowami aż tak zaskoczony, jak na to liczyłem.

— W gronie przyszłych Protektorów chodzą słuchy, że nie bez powodu Trzy Nieskalane Matemy uszły cało z Łupieży. Mówi się na przykład, że składuje się w nich megazabójców i inne niebezpieczne pozostałości Epoki Praksis.

— Proszę cię, mówisz o moim domu, nie o jakimś wysypisku śmieci — odparł fraa Jaad, bardziej jednak rozbawiony niż urażony. Nie wiem, czy można tak powiedzieć o tysięczniku, ale sprawiał wrażenie figlarnego.

— Widziałeś jakieś takie rzeczy? — zainteresował się Lio.

— Naturalnie. Trzymamy je w jaskini, zamknięte w cylindrach, i oglądamy codziennie.

— Po co?

— Z różnych powodów. Ja na przykład jestem strzecharzem.

— Nie znam tego słowa — odezwałem się.

— To bardzo stara profesja: zajmuję się układaniem dachów z trawy.

— Jakie ma zastosowanie w składzie odpadów radioaktywnych?

— Woda skrapla się od środka na sklepieniu jaskini i kapie na cylindry. Dzieje się tak od tysięcy lat i cylindry mogłyby dawno skorodować albo obrosnąć stalagmitami, których ciężar w końcu by je zgniótł. Żeby tego uniknąć, osłaniamy je strzechą.

Wszystko to wydało mi się tak niezwykłe, że nie byłem w stanie myśleć o niczym innym, jak tylko o podtrzymaniu uprzejmej pogawędki.