Выбрать главу

Mnisi byli zachwyceni i po naszej inwokacji zaśpiewali we czterech swoją własną, równie starą modlitwę. Musiała się wywodzić z początków ich tradycji monastycznej, niedługo po upadku Bazu, ponieważ użyty w niej starorthyjski niczym nie różnił się od naszego. Zresztą melodia również zdradzała, że skomponowano ją, zanim muzyczne drogi matemów i klasztorów na dobre się rozeszły. Gdybym nie wsłuchał się w słowa, mógłbym wziąć modlitwę za jedną z naszych kompozycji.

Rozmowy przy kolacji musiały brzmieć miałko i nieciekawie w porównaniu z wydarzeniami ostatnich dwudziestu czterech godzin — szczególnie że musieliśmy mówić po fluksyjsku i unikać wszelkich wzmianek o statku, które mogłyby dojść do uszu naszych gospodarzy. Siedziałem sfrustrowany, znudzony i senny; prawie się nie odzywałem. Cord i Rosk rozmawiali bez przerwy. Nie byli religijni i było po nich widać, że czują się w takim miejscu niezręcznie. Jedna z młodych kobiet z personelu nie szczędziła wysiłków, żeby okazać im gościnność, ale jej trud przynosił skutek odwrotny do zamierzonego. Sammann bawił się swoim piszczkiem, który w jakiś sposób udało mu się podłączyć do systemu łączności w azylu. Barb wyszperał gdzieś regulamin obozowiska i uczył się go na pamięć. Nasi trzej setnicy usiedli razem i rozmawiali między sobą: nie znali fluksyjskiego i nie roztaczali uroku tysięcznika, który fraa Jaadowi zapewnił zainteresowanie mnichów. Arsibalt dyskutował o czymś z Fermanem. Widząc, że Cord i Rosk przysuwają się do nich i strzygą uszami, również podszedłem bliżej. Ferman najwyraźniej rozmyślał o krakersach i chciał się dowiedzieć o nich jak najwięcej. Z braku innej rozrywki Arsibalt postanowił przedstawić mu tradycyjną calcę nazywaną „Mucha, nietoperz i dżdżownica”, która służyła zapoznaniu fidów z krakerską koncepcją czasu i przestrzeni.

— Widzisz tę muchę łażącą po stole? — zapytał. — Nie, nie płosz jej. Przyjrzyj jej się. Zobacz, jakie ma wielkie oczy.

Ferman Beller posłusznie zerknął na muchę, po czym znów wlepił wzrok w talerz.

— Wyglądają, jakby stanowiły połowę jej ciała — przyznał.

— Składają się z tysięcy osobnych oczu — mówił dalej Arsibalt. — Na dobrą sprawę nie powinny działać. — Wziął zamach, omal nie trafiając mnie przy tym w twarz. — Kiedy zamacham ręką tutaj, w dużej odległości, mucha się tym nie przejmie. Wie, że nic jej nie grozi. Dopiero kiedy przysunę rękę…

Przeniósł dłoń nad stół. Mucha odleciała.

— …jej mikroskopijny muszy mózg odbiera sygnały od tysięcy oddzielnych prymitywnych oczu i w jakiś sposób scala je w poprawny obraz, który nie jest po prostu przestrzenny, lecz czasoprzestrzenny. Mucha wie, gdzie znajduje się moja ręka, i ma świadomość, że jeśli dalej będzie się poruszać tym torem, zgniecie ją. Dlatego postanawia zmienić miejsce pobytu.

— Myślisz, że Kuzyni też mają takie oczy? — spytał Beller.

Arsibalt zrobił unik:

— Może są jak nietoperze? Nietoperz wykryłby moją rękę, nasłuchując echa.

— Niech ci będzie. — Beller wzruszył ramionami. — Może Kuzyni piszczą jak nietoperze.

— Weźmy pod uwagę także to, że kiedy poruszam się, żeby zgnieść muchę, moje ciało wprawia stół w wibracje, które jakaś żywa istota, nawet głucha i ślepa, jak dżdżownica, mogłaby poczuć…

— Do czego zmierzasz?

— Proponuję ci mały eksperyment myślowy. Rozważmy protyjską muchę, muchę w postaci czystej. Muchę doskonałą.

— Czyli?

— Złożoną z samych oczu. Żadnych innych organów zmysłów.

— W porządku — zgodził się dobrodusznie Beller. — Rozważam ją.

— Dalej: protyjski nietoperz.

— Same uszy?

— Właśnie. I protyjska dżdżownica.

— Sam… zmysł dotyku?

— Tak. Nie ma oczu, nie ma uszu, tylko skórę.

— Chcesz w ten sposób obskoczyć wszystkie pięć zmysłów?

— Nie, to by było nudne. Trzy wystarczą. Umieszczamy muchę, nietoperza i dżdżownicę w jednym pomieszczeniu, razem z jakimś przedmiotem. Powiedzmy… z zapaloną świecą. Mucha widzi światło. Nietoperz piszczy i słyszy odbity dźwięk. Dżdżownica wyczuwa ciepło, a jeśli podpełznie bliżej i dotknie świecy, pozna jej kształt.

— Przypomina mi to starą przypowieść o sześciu ślepcach i…

— Właśnie że nie! To zupełnie co innego. Ślepcy mają te same narządy zmysłów…

Beller pokiwał głową, dostrzegając swoją pomyłkę.

— To prawda. Mucha, nietoperz i dżdżownica mają różne.

— Ślepcy nie mogą się dogadać, czym jest przedmiot, który wyczuli dotykiem…

— A mucha, nietoperz i dżdżownica się dogadają? — Beller uniósł brwi.

— Słyszę w twoim głosie powątpiewanie — i słusznie. Ale cała trójka bada ten sam przedmiot, prawda?

— Naturalnie. Nie rozumiem jednak, co chcesz powiedzieć przez to, że się dogadają.

— Fascynujące pytanie… Zbadajmy je dokładniej. Tylko proponuję najpierw zmienić nieco reguły gry. Podnieść stawkę. Umówmy się, że przedmiot na środku pokoju nie jest już świecą, lecz pułapką.

— Pułapką?! — Beller parsknął śmiechem.

Arsibalt spojrzał na niego z dumą.

— Po co nam pułapka? — zdziwił się Beller.

— Stanowi zagrożenie. Jeżeli mucha, nietoperz i dżdżownica nie zdołają się porozumieć, zginą.

— Dlaczego pułapka, a nie po prostu czyjaś ręka, która zamierza je złapać?

— Myślałem o tym, ale musimy dać fory nieszczęsnej dżdżownicy, która w porównaniu z pozostałą dwójką bardzo wolno odbiera bodźce.

— No dobrze. Spodziewam się, że prędzej czy później cała trójka wpadnie w pułapkę.

— Są bardzo inteligentne.

— Mimo to…

— No dobrze, powiedzmy w takim razie, że znajdują się w olbrzymiej jaskini, w której roi się od much, nietoperzy i dżdżownic. Są ich miliony, a po całej jaskini ktoś porozrzucał tysiące pułapek. Kiedy jakaś ofiara wpada w pułapkę i ginie, reszta to widzi i się uczy.

Beller przetrawiał słowa Arsibalta, biorąc dokładkę jarzyn.

— Wydaje mi się, że rozumiem, do czego zmierzasz. Po upływie dostatecznie długiego czasu, kiedy śmierć zbierze wystarczająco obfite żniwo, muchy nauczą się rozpoznawać pułapki po wyglądzie, nietoperze po echu, a dżdżownice po dotyku.

— Powiedzmy, że pułapki podkładają bezlitośni eksterminatorzy, którym zależy na wybiciu szkodników do nogi. Co rusz wymyślają nowe albo zmieniają coś w starych.

— Muchy, nietoperze i dżdżownice muszą być w takim razie bardzo cwane, żeby rozpoznawać zmieniające się pułapki.

— Ale taka pułapka może wyglądać zupełnie dowolnie! Muszą obserwować wszystko, co pojawia się w ich otoczeniu, i decydować na bieżąco, czy jeden albo drugi obiekt może się okazać pułapką.

— Rozumiem.

— Niektóre pułapki są zawieszone na sznurkach. Dżdżownice nie mogą ich dosięgnąć ani wyczuć ich drgań.

— No to mają pecha.

— Muchy nie widzą po ciemku.

— Szkoda mi ich.

— A w niektórych rejonach jaskini panuje taki zgiełk, że nietoperze nic nie słyszą.

— Czyli, jeśli chcą żyć, muszą się nauczyć współpracować.

— Jak? — To był dźwięk potrzasku Arsibalta zatrzaskującego się na nodze Bellera.

— Chyba… powinny się porozumieć.