Выбрать главу

– Proszę – stojący obok oficer podał ogień.

Między błyskiem zapalniczki a gwałtowną eksplozją cysterny z benzyną był związek, choć mniej oczywisty, niż mógłby przypuścić postronny obserwator. Zapalniczka stanowiła sygnał dla Boba.

Strugi płynącej benzyny zalały południową część płyty lotniska, objęły wozy strażackie, dwa stojące z boku samoloty. Przesłuchujący zgłupieli. Dwa ciosy Wildc'a precyzyjne, mierzone, zwaliły ich z nóg. Równocześnie pilot zwinnie wcisnął odbezpieczony granat w lotniskową radiostację. Ku zaskoczeniu obsługi lotniska, z której większość nie bardzo wiedziała, co zrobić, zawarczał silnik awionetki. Logiczne było, że ktoś zamierza odsunąć ją z zagrożonego obszaru. Ale kto to mógł zrobić, skoro wewnątrz znajdował się wyłącznie trup.

Lenni i pilot wybiegli z budynku ochrony. Gnali w stronę samolotu. Ten zaczynał już kołować, podjechał na spotkanie grupki z kostnicy, która wsiadła niezwłocznie, wciągając za sobą podłużny kształt w bieli. Teraz tylko pozostawał Lenni i pilot. Burt, cały w plastrach, z trupią bielą aktorskiego podkładu na twarzy, kołował sprawnie siedząc za sterami. Za biegnącymi uformował się już cały pościg.

– Strzelać, strzelać! – wrzeszczał jakiś oficer z oddali.

Ktoś przytomny oddał serię, nasz pilot zwinął się i został na płycie. a Lenni jakimś desperackim susem dopadł samolotu. Awionetka nabierała rozpędu. Serie z automatów pohamowały ścigających gorliwców. Tymczasem pożar rozszerzał się. Od strony północnej wsparła go kolejna detonacja. Tym razem ładunek Boba zniszczył wieżę kontrolną. Minęliśmy ją, samolot nabierał rozpędu, naraz zwolnił, spoza hangaru wybiegła rosła, ciemna sylwetka. Bob dopadł samolotu i niczym linoskoczek czepił się wspornika kół. Denningham docisnął gaz. Plując raz po raz ogniem, sanitarny samolocik wzbił się ponad dachami szpitala i nisko, bardzo nisko poszybował nad sadami, polami i zagajnikami.

Denningham powiedział mi tylko jedno słowo: Dobrze!

Barbara okazała się wylewniejsza. Na moment uczułem jej wilgotne usta na swoich. Miłe podziękowanie za chrzest bojowy. Przez moment zastanawiałem się, czy całowała się tego przedpołudnia z kapitanem Maarensem?

David usiłował wstać. Był zupełnie przytomny, tylko okropnie słaby. Dotknąłem końcem dłoni jego palców. Oddał uścisk.

– Dokąd teraz? – zapytał wśród ogólnego zadowolenia chudy blondyn.

Barbara wyprzedziła Denninghama. Wpatrując się w oczy Dauda Dassa powiedziała dobitnie:

– Jest. Marindafontein. Ziegler.

Doktor Livingstone

Niepokój. W życiu zawodowego szpiega strach jest czymś trwałym, naturalnym. Czymś, co zostało oswojone jak kobra przez fakira, ale zawsze potrafi ukąsić. Jeszcze inny charakter ma lęk szpiega amatora. Mordercy z musu, człowieka, który nie ma żadnej ideologii na usprawiedliwienie swych czynów i jedynie większa trwoga zagłusza u niego mniejszą. Kiedy przybierał pseudonim doktora Livingstone, kiedy po raz pierwszy przybył do Ogrodu, wszystko wydawało się prostsze. Nie wiedział, że będzie musiał zabijać. Czasami zastanawiał się, czy wśród naukowców znaleźli się jeszcze inni pracownicy sekretnych służb i dlaczego przy werbunku zdecydowano się właśnie na niego? Czyżby zaważyła wzbudzająca zaufanie powierzchowność?

Tego dnia, a właściwie popołudnia, niepokój doktora wzmógł się. Czuł nieomal pulsowanie adrenaliny. Może dodatkową przyczyną był ostry północno-zachodni wiatr niosący od strony Kaluhani tumany pyłu osiadającego na hermetycznie zamkniętych oknach od krużganków.

Choć kompletny ateista, wierzył jednak w swoją intuicję. Dotąd zawodziła go ona rzadko. Przeklęte pulsowanie! Tak samo czuł się wtedy przed zdemaskowaniem Kapadulosa, podobne uczucia nawiedziły go w dniu, gdy uciekł ten cholerny Hindus.

Ileż wtedy było kłopotów? Dwukrotnie wylatywał nocnym helikopterem na pustynię i konferował z Pułkownikiem. Zawsze bał się tych rozmów. Patrząc w ciemne, nieprzeniknione okulary szefa czuł, że on mu nie ufa. A przecież robił wszystko, by mogli mu ufać. Przecież zareagował natychmiast, gdy otrzymał wiadomość z centrali, że ktoś nadaje sygnał radiowy z wewnątrz Ogrodu. Przecież po ucieczce Dauda Dassa w szczerych przyjacielskich rozmowach starannie badał nastrój kolegów.

Ale Pułkownikowi nie o to chodziło. Chciał znać powiązania Dassa, chciał znać nazwiska naukowców uczestniczących w spisku. Bo że istniała jakaś konspiracja, Livingstone nie miał wątpliwości. Kapadulos nie działał na własną rękę, śmierć Tullera też trudno wytłumaczyć awarią aparatury.

Biedny “Stanley" Tuller. Poznali się dawno, przed dwunastu laty, na jakimś specjalistycznym sympozjum w Berkeley. Później kontaktowali się parokrotnie przy innych okazjach. Dopiero w fundacji Livingstone dowiedział się, że Frank rok wcześniej od niego rozpoczął pracę w RPA. Pułkownik, wtajemniczając w szczegóły misji, dał szpiegowi do zrozumienia, że ma jedynie jak najściślej wspomagać Tullera, który właśnie wpadł na niesłychanie ważny trop. Wahania przełamały pieniądze i mało wyszukane argumenty. Mieli go w ręku. Właściwie nawet nie zdążył porozumieć się z Frankiem. Ot, wymienili uśmiechy, padło umówione hasło. Do jakich odkryć doszedł Tuller? I dlaczego został rozszyfrowany? Czyżby przeciwnikom dopomógł przypadek? System łączności z Centralą był prosty. Aparatura nadawcza mieściła się w pasku roboczych spodni, włącznik – w szwie wewnętrznej kieszeni. Aby uruchomić wystarczyło wsunąć rękę. Głośniczek umieszczono pomysłowo tuż przy uchu w oprawce okularów. Może Frank był nieostrożny? Może nie stosował podwójnej konspiracji przed kolegami i nadzorem? Wielokrotnie nękała Livingstone'a myśl, że w sektorze nadzoru działa jakiś wróg, ktoś, kto kryje konszachty spiskowców, fałszując komputerowe dane. Zgodnie z jego wnioskiem, po śmierci Tullera wymieniono nadzorującą ekipę. Podobnie postąpiono również po ucieczce Dassa. Teraz powinno być bezpiecznie. Prędzej czy później uda się rozgryźć konspirację. Właśnie dlatego sprzeciwił się propozycji rozparcelowania Ogrodu. Zbyt wiele programów znajdowało się na ukończeniu. Nerwowe ruchy, czystka na ślepo, mogły przynieść więcej strat niż korzyści.

Inna sprawa, że, poza likwidacją Kapadulosa, osiągnięcia szpiega były właściwie żadne. Nie znalazł dowodów spisku, nie rozszyfrował sekretnych powiązań. Mimo że lubiany, prawdziwa dusza towarzystwa, nie przeniknął do kryptostruktury. Być może przybył za późno, a afera z Tullerem wzmogła czujność grupki, powodując, że otoczyła się ona hermetycznym pancerzem?

W takie dni jak dzisiejszy lubił być sam, spacerować i rozmyślać. Niestety dziedziniec zamknięto na czas burzy, a poza tym wzywały obowiązki publiczne, czekały przecież wybory. Comiesięczne uzupełniające wybory do Rady Trzech.

Opuszczając apartament usłyszał cichutkie potrójne brzęknięcie w oprawce. Niedobrze, centrala włączyła sygnał wzmożonej czujności. Czyżby znów coś miało się zdarzyć?

– I co?

– Żadnych nowych wiadomości.

Generał Halldericks, dowódca Centralnego Obszaru Ochrony Powietrznej Republiki, ciężko oparł się o stół pokryty mapami.

– To niewiarygodne. Trzy godziny temu nieznany nieprzyjaciel dokonał rajdu na lotnisko w sercu kraju, zdewastował obiekt, uprowadził najbardziej strzeżonego więźnia, a wszystko stało się błyskawicznie, w stylu rajdu Izraelczyków na Entebbe, my natomiast nie mamy żadnych informacji. Nie przerywajcie mi! Wiem, że przez kilkanaście minut trwał bałagan, że później istniały trudności z łącznością, bo ktoś przeciął kabel energetyczny prowadzący do szpitala, niemniej od ponad dwóch godzin postawiliśmy w gotowość wszystkie dostępne nam siły. I nic?!

– Posterunki graniczne twierdzą, że żaden samolot z terenu Republiki nie przedostał się ani do Zimbabwe, ani do Mozambiku, ani do Botswany… Były meldunki z wnętrza kraju, wszystkie niestety mylne. Cóż, toczą się walki, w powietrzu przebywa stale ponad trzydzieści podobnych sanitarek, dopiero pół godziny temu kazaliśmy wszystkim wylądować. Nad Górami Smoczymi zalegają chmury, to wyłącza całe obszary od kontroli naszych maszyn wczesnego ostrzegania… – meldował jeden z niższych oficerów.